Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 października 2018

533. Teściowa z piekła rodem


AUTOR: Sandie Jones
TYTUŁ ORYGINALNY: The Other Woman
TŁUMACZ: Aleksandra Żak
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Otwarte

OPIS
Ona, on i... jego matka
Pammie zachowuje się jak typowa zaborcza matka. Niechęć, jaką żywi do Emily, ukochanej Adama, z każdym dniem rośnie. Pammie wtrąca się w ich życie, psuje romantyczne chwile, a wreszcie – pod pretekstem choroby – wprowadza się do nich.
Stopniowo życie Emily zmienia się w koszmar. Adam zawsze staje po stronie matki, a im bliżej ślubu, tym bardziej oddala się od przyszłej żony. Kiedy Emily odkrywa, że to Pammie znalazła ciało poprzedniej narzeczonej syna, która zmarła w tajemniczych okolicznościach, uświadamia sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła...
A jeśli zagrożeniem jest ktoś inny? [1]

RECENZJA
Są książki, którym towarzyszy ogromny marketing. Są pokazywane dosłownie wszędzie. W prasie, telewizji czy na każdej otwartej stronie w Internecie. „Rywalka” właśnie zalicza się do tej grupy. Doszło do tego, że bałam się otworzyć lodówkę, by nie wyskoczyła mi z niej okładka tej książki. Dlatego postanowiłam zapoznać się z nią, gdy jest na fali. Z reguły tego nie robię, ale teraz postanowiłam zrobić wyjątek.

Nie wiem jak inne kobiety, ale ja ogromnie stresowałam się, gdy miałam poznać mamę mojego mężczyzny. Po prostu nie paliłam się do tego tak bardzo i uważałam, że na to zawsze przyjdzie czas. Okazało się, że źle nie było i wszystko zmierza w dobrym kierunku, ale wszyscy wiemy, że istnieją teściowe dosłownie z piekła rodem i z taką musiała się zmierzyć Emily, która jest główną bohaterką „Rywalki”.

Emily poznała Adama i wydawało jej się, że jest to mężczyzna jej marzeń. Przystojny, z dobrą pracą, szarmancki. Problemy nastały w momencie, gdy naszedł moment poznania przyszłej teściowej dziewczyny. Okazało się, że Emily musi zmobilizować w sobie wszelkie siły by wygrać walkę z Pammie. Matka Adama to osoba, której nigdy nie chciałabym spotkać, jako swojej teściowej. Uprzykrzała życie kobiety w każdy możliwy sposób, ale nikt tego nie widział oprócz Emily. Potrafiła zepsuć każdą jej szczęśliwą chwilę, jak na przykład wieczór panieński, gdy zaprosiła byłą przyjaciółkę, Emily. Adam z kolei był ślepo zapatrzony w matkę i nic sobie nie robił z argumentów swojej przyszłej żony. Co jednak, jeśli Pammie nie była taka przypadkiem tylko kryło się za tym wszystkim drugie dno?

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji, którą zaserwowała mi autorka. Byłam mocno tym wszystkim zaskoczona, ale w sposób pozytywny. Czegoś takiego się nie spodziewałam i muszę przyznać, że po przeczytaniu książki to wszystko zaczęło mieć sens i logiczną całość. Wielki szacunek dla autorki.

Książkę czyta się szybko i sprawnie. Nie zajęło mi to dużo czasu, chociaż czytanie dla mnie jest ostatnio luksusem, na który nie mogę sobie pozwolić codziennie. Ciągnęło mnie do tej książki i chciałam wiedzieć jak cała ta historia się zakończy. Jednak trochę irytowała mnie główna postać swoją naiwnością, że wygra z ukochaną mamusią oraz swoją lekką głupotą. Na dodatek trudno mi uwierzyć, że nikt, oprócz Emily nie widział tego jak zachowuje się Pammie. Przecież rodzona matka dziewczyny powinna zauważyć, że przyszła teściowa ją prześladuje.

Ogólnie książkę oceniam dobrze, bo przyjemnie spędziłam przy niej czas. Jednak momentami czułam się zirytowana tym wszystkim, co się dzieje, bo było tego dużo. Nie jest to zła pozycja, ale do wybitnej też jej daleko. I w sumie po jej przeczytaniu - moim zdaniem - szum medialny, jaki wokół niej był jest usprawiedliwiony, bo ostatecznie ją Wam polecam.

„Nie odpowiedziałam, że też go kocham. Nie wiem, dlaczego, przecież tak jest. Może to część wbudowanego mechanizmu obronnego, z którym chyba rodzą się kobiety, a który nas ogranicza i powstrzymuje przed mówieniem tego, co naprawdę chcemy powiedzieć. Każe nam wierzyć, że wstrzymywanie się daje nam jakąś przewagę, sprawia, że jesteśmy lepsze, silniejsze. Dlaczego zatem udając kogoś, kim nie jestem, czuję się taka słaba i smutna?” ~ Sandie Jones, Rywalka, Kraków 2018, s. 286.
OCENA: 7/10

Dobrze, 
Z krótkich ogłoszeń to na blogu będą zmiany... i to duże, ale o tym dowiecie się wkrótce. 
Dziś po pracy odwiedzam Wasze blogi i będziemy walczyć o systematyczność, co Wy na to? :) 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 2 lipca 2018

521. Jakim prezydentem jest Donald Trump?


AUTOR: Michael Wolff
TYTUŁ ORYGINALNY: Fire and fury. Inside the Trump White House
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
Najbardziej sensacyjna premiera 2018 roku!
Biały Dom robił wszystko, by nie dopuścić do ukazania się tej książki…
Jeszcze przed swą przyspieszoną premierą książka Michaela Wolffa zyskała ogromny rozgłos i wzbudziła wiele emocji i kontrowersji, a prezydent USA Donald Trump usiłował wstrzymać jej publikację. Bezskutecznie. "Ogień i furia" natychmiast stała się bestsellerem w Stanach Zjednoczonych, a prawa do niej wykupują wydawnictwa z całego świata.
Przez osiemnaście miesięcy autor przeprowadził ponad dwieście rozmów z pracownikami Białego Domu, członkami amerykańskiej administracji i samym Trumpem, dzięki czemu dogłębnie poznał kulisy działania najbardziej kontrowersyjnej prezydentury naszych czasów. Michael Wolff opowiada pasjonującą historię o tym, w jaki sposób Trump rozpoczął kadencję tak nieprzewidywalną i wybuchową jak on sam.
W książce, która wstrząsnęła posadami Białego Domu, znajdziemy odpowiedzi na wiele intrygujących pytań, m.in.:
• Czy Trump rzeczywiście nie chciał zostać prezydentem?
• Czy cała kampania wyborcza miliardera miała być tylko zabiegiem marketingowym, poprzedzającym otwarcie nowej stacji telewizyjnej?
• Po co syn prezydenta i szef jego kampanii wyborczej spotkali się przed wyborami z przedstawicielem Kremla?
• Co o prezydencie Trumpie tak naprawdę myślą pracownicy Białego Domu?
• Co oznaczają tajemnicze powiązania Trumpa z ludźmi Putina?
• Czemu Steve Bannon, szef kampanii wyborczej Trumpa i jego były doradca ds. strategicznych, określa prezydenta, jako „umysłowo niezdolnego” do kierowania Białym Domem?
• Czy Trump zostanie odsunięty od władzy?
Nigdy przedtem prezydentura tak bardzo nie podzieliła narodu amerykańskiego. Znakomicie zrelacjonowana i zdumiewająco świeża, "Ogień i furia" Michaela Wolffa pokazuje nam sensacyjne kulisy prezydentury Donalda Trumpa. [1]

RECENZJA
Jako politolog powinnam częściej czytać książki o tematyce politycznej, ale po zakończeniu studiów jakoś tak wyszło, że przestałam. Po książkę Michaela Wolffa sięgnęłam, ponieważ chciałam się dowiedzieć, dlaczego Donald Trump pokonał Hillary Clinton. Jednak już po wstępie wiedziałam, że ta książka będzie dla mnie trudnym tematem…

Wygrana Donalda Trumpa zszokowała większość świata w tym i mnie. Nie wierzyłam w jego zwycięstwo nawet przez moment. Zwłaszcza, że tyle kobiet oskarżało go o molestowanie seksualne. Jednak wygrał i myślę, że jest najbardziej wyróżniającym się prezydentem USA – czy pozytywnie czy negatywnie czas pokaże, gdy jego prezydentura dobiegnie końca.

Wolff już w samym wstępie napisał coś, co mnie mocno zaniepokoiło. Otóż autor wolał informacje przekazywane nieoficjalnie, czyli „off the record”, ponieważ mógł w ten sposób uniknąć podawania źródeł, a co za tym idzie nie mamy pewności, że ktoś to naprawdę powiedział i czy przypadkiem autor sobie tego nie wymyślił. Postanowiłam jednak nie skreślać od razu książki, ale przyznaję, że miałam mocne obawy.

Moje obawy okazały się słuszne, bo spędziłam z tą książką dwa tygodnie. To były jedne z najgorszych książkowych dwóch tygodni w moim życiu. Uwierzcie mi, że ta książa nigdy nie powinna powstać, a co dopiero zostać wydana w jakimkolwiek kraju. To istny bełkot. Nie mówię, że Donald Trump to wzór inteligencji, ale nie róbmy z też z niego kompletnego idioty i wariata. Mimo wszystko jakoś dorobił się majątku i sławy, a żeby to osiągnąć to, chociaż odrobinę inteligencji musi mieć. Michael Wolff pokazał Trumpa, jako osobę kompletnie niezorientowaną w polityce i mającą gdzieś prezydenturę. Też w to do końca nie wierzę, bo w takim przypadku, po co starałby się w ogóle o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki?

W książce zasmucił mnie jeden fakt, a mianowicie, że większą jej część zajmuje Steve Bannon, a nie Donald Trump. Kim też jest Bannon? Był szefem kampanii wyborczej i doradcą Trumpa. To właśnie od Bannona autor ma najwięcej informacji, które mogą być mało wiarygodne, ponieważ 18 sierpnia 2017 został on zdymisjonowany. Odniosłam wrażenie, że Bannon liczył, że Trump jest taki głupi, że da się być prezydentem za jego plecami – co idealnie pokazywała sytuacja ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare. Dlaczego Bannonowi tak bardzo zależało na tym, aby podejmować decyzje, pod którymi podpisze się Trump? Dlaczego w takim układzie sam nie kandydował na prezydenta? Odpowiedź jest prosta, bo był za słaby marketingowo, bo mówcie, co chcecie, ale Donald Trump swoim zachowaniem w trakcie kampanii wyborczej mocno się wyróżniał.

Książkę bardzo ciężko się czytało. Byłam tak oporna na czytanie, że wolałam spać niż czytać. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że albo autor tak pisał albo po prostu jest to winna tłumaczenia, które było mało dokładne, mimo, że pracowały nad nim trzy osoby. Bywały momenty w książce, gdzie czułam lekkość i czytało mi się sprawnie, ale za chwilę znowu trafiałam na bardzo toporne zdania. W Ameryce książka ukazała się 5 stycznia 2018 roku, a w Polsce swoją premierę miała 27 lutego, więc tłumaczenie musiało być ekspresowe, a co za tym idzie mogło to się odbić na jego, jakości.

Nie polecam. Nie kupujcie. Nie czytajcie. Po prostu jedno wielkie nie, bo ta książka jak dla mnie jest mało wiarygodnym źródłem ze względu na brak przypisów i podanych źródeł. Ogromnie się cieszę, że ją skończyłam.

OCENA: 2/10

Cześć, 
przychodzę do Was z recenzją złej książki, ale również ze słowami wyjaśnienia dlaczego z mojej strony jest mnie tak mało, a wręcz wcale u Was. 
Wiem, że widzicie, że nie ma nas za często na Waszych blogach i że sama Kreatywna Alternatywa trochę podupadła. 
W moim życiu zmieniło się trochę rzeczy. Wydaje mi się, że są to zmiany na lepsze. Te zmiany zabierają mi wiele wolnego czasu, ale wcale mi to nie przeszkadza. Pewnie sobie myślicie: "Tłumaczy się, ale pisze, że nie przeszkadza jej to". Dalej lubię czytać i dalej sprawia mi to ogromną przyjemność, tylko zeszło na dalszy plan. Stało się dla mnie swego rodzaju luksusem, na który mogę sobie pozwolić, gdy w końcu znajduję wolną chwilę w tygodniu. Cały czas próbuję znaleźć jakąś metodę, żeby odwiedzać Wasze blogi, żeby znaleźć moment, by zmienić wygląd bloga. Niestety praca na trzy zmiany utrudnia mi wprowadzenie pewnego rodzaju systematyczności.
W związku z tym informuję również, że postanowiłam zrezygnować z egzemplarzy recenzenckich, które proponują wydawnictwa. Wiele moich książek czeka na przeczytanie i wolę im poświęcić czas. Ukaże się tylko jeszcze jedna recenzja z książką od jednego wydawnictwa, ponieważ zgodziłam się na nią nim podjęłam decyzję. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. 
Dziękuję, że mimo to jesteście tutaj na blogu. Myślę, że w końcu uda się mi znaleźć równowagę między życiem prywatnym, a blogiem. Trzymajcie kciuki. 
Lady Spark
[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 31 maja 2018

516. Czy wojna jest dla kobiet?


AUTOR: Luba Winogradowa
TŁUMACZ: Dorota Bal
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO: Znak Horyzont

OPIS
Godziny wyczekiwania w napięciu, pierwszy zabity wróg, a potem kolejne „punkty na koncie”, śmierć koleżanek, ale też zabawa, zaloty i pierwsze miłości. Tak wyglądało życie Kławy, Marusi, Rozy i innych, znoszących trudy wojny, zahartowanych snajperek, bez wahania naciskających na spust. Jednocześnie bardzo młodych dziewcząt tęskniących za mamą, za domem, za normalnością.
Co czuje młoda dziewczyna, gdy kolejna już przyjaciółka ginie na froncie? I gdy to kolega z własnego obozu okazuje się być najgroźniejszym wrogiem? Jak to jest być „frontową żoną”? Czy można wrócić z wojny do domu i znów gotować barszcz, jak mama i babcia? Luba Winogradowa przeszukując archiwa, studiując wspomnienia naocznych świadków udowadnia, że wojna tylko z pozoru jest męską sprawą. Oddaje sprawiedliwość bohaterkom, których zasługi nigdy nie zostały należycie docenione. 

RECENZJA
Wojna nie kojarzy się z kobietami. Wojenne potyczki to krew, ból, zmęczenie i żołnierze. Obraz kobiety - delikatnej i wątłej - w ogóle tu nie pasuje. Tymczasem w wojskach wielu państw to właśnie dziewczęta szły ramię w ramię z mężczyznami i oprócz bycia sanitariuszkami na równi walczyły o wolność. Snajperki Luby Winogradowej to opowieść o młodych kobietach, które służyły w sowieckim wojsku. Książka jest swojego rodzaju świadectwem tych nielicznych, które przeżyły.

Wiele milionów Rosjan podczas wojny wegetowało - w kraju panował głód, ludzie żyli w skrajnej biedzie, a sowiecka propaganda robiła swoje. Nic więc dziwnego, że wiele dziewczyn w wojsku widziało szanse na poprawienie własnych warunków życia, a możliwość zemszczenia się na "złych Niemcach" i dołożenie swojego wkładu do wyzwolenia kraju działały na nie jeszcze bardziej motywująco.

Autorka zabierała nas w podróż do wojennej rzeczywistości. Nie próbowała bawić się w psychologa, na siłę ubierać przeżycia wojennych kobiet w piękne słowa, a po prostu pozwolił im się wypowiedzieć, podzielić się nie tylko swoimi wspomnieniami, ale przede wszystkim tym co czuły kiedy były ścigane, kiedy celowały do niemieckich snajperów, czy uczestniczyły w akcjach. Książka posiada bardzo dużo cytatów z różnego rodzaju dokumentów - pamiętników czy relacji. Bardzo lubię kiedy w literaturze historycznej pojawia się dużo źródeł. Wtedy cała pozycja nabiera wiarygodności i wartości. Jeśli o to chodzi chylę czoła przed panią Winogradową. Nie podoba mi się jednak samo rozmieszczenie przypisów - wszystkie zostały zebrane na końcu lektury, więc, żeby sprawdzić z jakich źródeł korzystała autorka trzeba było "skakać".

Przeczytałam już całkiem sporo książek historycznych. Do tej pory spotykałam się z biografiami zbiorczymi, które miały zbliżony układ - jeden rozdział zazwyczaj przypadał jednemu bohaterowi. Snajperki zostały podzielone w zupełnie inny sposób - tutaj nie ma podziału na postaci, lecz na... no właśnie to nie jest tak jednoznaczne. Wydawać by się mogło, że chodzi o sytuacje, które łączyły kilka dziewcząt. Taki sposób rozpisania rozdziałów nie do końca przypał mi do gustu bo miałam wrażenie, że wprowadzał trochę zamętu. Jedna bohaterka mogła pojawiać się w kilku miejscach w książce (niekoniecznie chronologicznie), a jeśli do tego dołożymy tych nazwiska całkiem sporo to o zakręcenie się nie jest trudno. 

Styl autorki jest przejrzysty i łatwy w odbiorze. Mimo, dużej ilości wiadomości czytelnik nie czuje się tym wszystkim przytłoczony i może dosłownie w 3-4 wolniejsze wieczory "zapoznać" się z sowieckimi snajperkami.

Wojna jest zła. My na ten moment możemy cieszyć się wolnością, ale trzeba pamiętać, że historia często zatacza koło (pfu, pfu, pfu nie chce być prorokiem, w żadnym wypadku!). Czytając tego typu pozycje czy to o polskiej armii, czy o jakiejkolwiek innej nigdy nie staram się oceniać żołnierzy. Nie wiemy jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji. Zdarzyło się, że rosyjskie snajperki przeżywały dwa piekła - najpierw przeszły swoje na froncie, a potem gdy wojna dobiegła końca okazało się, że powrót do domu wcale nie jest taki jaki sobie wyobrażały. Nie jest łatwo kiedy poświęcasz się i za innych i za kraj, gdy widziałaś jak każdego dnia twoje koleżanki/przyjaciółki zostają zastrzelone/rozerwane przez minę/wzięte do niewoli, a jedyne na co stać bliskich i sąsiadów po wojnie to przypięcie snajperce etykietki "frontowej żony" - która, albo była po prostu formą rozrywki dla "prawdziwych" żołnierzy, albo wybrała się na front, żeby znaleźć w armii wysoko postawionego męża. Smutne i przykre.

Snajperki to pozycja bardzo ciekawa i wciągająca. Śmiało przypadnie do gusty tym, którzy lubią czytać książki historyczne o tematyce wojennej. Gdyby nie czysto techniczne błędy, które niestety przeszkadzały, byłoby jeszcze lepiej. Niemniej same "wnętrze" zasługuję na uwagę. 

OCENA: 7/10

Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu

Witam. Dawno mnie tutaj nie było, ale nadal się nie ogarnęłam i nie "uprzątnęłam" się na tyle, żeby móc w pełni tutaj wrócić. Ale obiecuje sobie i Wam, że niebawem to nastąpi. Jeszcze tylko troszkę...
Pozdrawiam...




czwartek, 19 kwietnia 2018

507. "Łowca snów" niekoniecznie porywający


AUTOR: Stephen King
TYTUŁ ORYGINALNY: Dreamcatcher
TŁUMACZ: Arkadiusz Nakoniecznik
ROK WYDANIA: 2001
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

OPIS
Czterej kilkunastoletni chłopcy zrobili kiedyś coś wspaniałego, coś wielkiego i dobrego - coś, co odmieniło ich życie. Połączeni telepatyczną więzią kroczyli przez lata różnymi ścieżkami, które jednak w końcu doprowadziły ich do drewnianego domku w środku lasu. Tam ich drogi musiały się rozejść: niektórych czekała śmierć, niektórych zaś los znacznie gorszy od śmierci: ucieczka w głąb własnego umysłu przed bezwzględnym, drapieżnym, nieznającym litości przeciwnikiem, początkowo całkowicie nieludzkim i tym groźniejszym, im bardziej upodabniał się do człowieka. Uwolnić ich od tego koszmaru mógł tylko ten piąty, ten, który kiedyś pomógł im wznieść się ponad przeciętność, który połączył ich na długie lata, który znacznie więcej dawał, niż brał - prawdziwy łowca snów... [1]

RECENZJA
Jak pewnie zdążyliście zauważyć przynajmniej raz w miesiącu staram się, aby w moje dłonie wpadła książka autorstwa Stephena Kinga. Spytacie się pewnie, dlaczego? Otóż postanowiłam, że po tylu latach unikania, muszę w końcu nadrabiać dzieła Mistrza. Bo o tym, że King jest prawdziwy asem w swoim fachu nie muszę nikogo przekonywać, prawda? No, ale wracając do meritum – „Łowca snów” był kolejną lekturą, z którą postanowiłam się zmierzyć. Ciekawy opis znajdujący się na tylnej okładce tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze. Niemniej jednak po ponad 600 stronach historii, muszę się przyznać, że czułam dość spory niedosyt. Książka, co prawda nie rozczarowała mnie, ale nie mogę również powiedzieć, że wciągnęła mnie do tego stopnia, abym nie mogła oderwać od niej wzroku.

Może na początku zacznę od bohaterów. W „Łowcy snów” mamy do czynienia z prawdziwą męską przyjaźnią, która połączyła piątkę młodych chłopców i z sukcesem przeniosła się również w dorosłość. Czterej mężczyźni: Beaver, Henry, Jonesy i Pete, w dzieciństwie uratowali przed chuliganami, upośledzonego umysłowo chłopca – Dudditsa. Od tej pory pomiędzy nimi wytworzyła się wyjątkowa więź, którą dodatkowo łączą pewne nadprzyrodzone zdolności. Duddits okazał się być kimś więcej niż tylko chorym chłopcem, a z czasem również reszta bohaterów zaczyna dostrzegać jego, ale również swoją własną wyjątkowość. Pomimo tego, że każdy z nich jest zupełnie innym niż pozostali, to mimo wszystko, stanowili bardzo zgrany zespół. Różniło ich praktycznie wszystko, ale połączyła przyjaźń i miłość do Dudditsa. Właśnie Dudds… również i mnie urzekła tak wykreowana postać. Z jednej strony bezbronny i zagubiony, z drugiej niebezpieczny i tajemniczy. Z jednej strony przyjacielski i ciepły, z drugiej kolei bezwzględny i pewny swego. Jakkolwiek dziwie by to zabrzmiało, jego upośledzenie było w sumie jego największym atutem. Jeśli z kolei chodzi o pozostałych bohaterów, to chyba żaden zbyt bardzo mnie nie porwał – nie irytowali mnie, a i owszem, ale niestety również i nie zachwycili. W pewnym sensie czuję się zawiedzona, liczyłam, że „Łowca snów” będzie kolejnym majstersztykiem Kinga, a tymczasem dostałam książkę dobra, ale nie najlepszą.

No to teraz fabuła! W sumie zamiast pytania: „co znajdziemy w książce”, powinniśmy zadać pytanie: „czego tam nie znajdziemy”. Mamy tam stwory, Ufo, poczynania rządu, propagandę, szalonego dowódcę i wiele, wiele więcej. Głównym tematem historii jest walka ziemian z kosmitami, którzy chcą opanować ziemię – powinniśmy, więc mieć ciągłą akcję i wyścig z czasem. Niemniej jednak przez ponad 600 stron historii zdarzyło się kilka rozdziałów tak nużących, że ja sama walczyłam z ogromną pokusą przeskoczenia o kilka kartek w przód. Jako, że nie lubię zdradzać zbyt wielu szczegółów, (co to by nie spojlerować) nie chcę zbytnio rozpisywać się w tym akapicie. W dużym skrócie powiem jedynie tyle, że przez większą część lektury naprawdę dużo się dzieje, ale te kilkanaście stron, o których wspominałam wyżej, sprawiły, że czułam się nieco rozczarowana, tym bardziej, że w pamięci wciąż mam „Miasteczko Salem”, które oczarowało mnie pod każdym względem.

Język! Przy okazji oceniania wcześniejszych pozycji Kinga mówiłam, że czego, jak czego, ale braku talentu pisarskiego nie można temu panu odmówić. Uwielbiam ten jego charakterystyczny styl, który pozwala przenieść się w zupełnie inny, alternatywny świat. Czytając kolejne strony „Łowcy snów” czytelnik może czuć się jakby był naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń, które mają miejsca w książce. Jak zwykle w tym konkretnym podpunkcie nie mogę się do niczego przyczepić.

Reasumując, lektura z pewnością spodoba się wszystkim kingomaniakom oraz osobom, które lubią sobie poczytywać coś w rodzaju zagadek z Archiwum X. Ja sama czuję niedosyt po tym konkretnym tytule, mam jednak nadzieję, że kolejna historia Kinga, z którą będę miała do czynienia, sprawi, podobnie jak „Miasteczko Salem”, że nie będę mogła spać.

No i mamy jeszcze ocenę! Myślę, że szóstka będzie w tym przypadku idealna.

"Pamiętał doskonale, jak głaskał go po delikatnych, jasnych włosach. Jego płacz wbijał się im w serca jak sztylet, ale kiedy się śmiał, byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Kiedy słyszałeś śmiech Dudditsa Cavella, znów zaczynałeś wierzyć we wszystkie stare kłamstwa: że życie jest dobre, że ma sens, że oprócz mroku istnieje też światło.” ~ Stephen King, Łowca Snów, Warszawa 2001, s.558


OCENA: 6/10

Strasznie szalony okres u mnie, sama nie wiem za co na początku się zabrać. Mogę po prostu pójść spać?

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 1 marca 2018

492. „Do bloku skoczył najwyżej jak mógł, lecz za ręce złapał go sam Bóg” *

AUTOR: Piotr Bąk
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: SQN

OPIS
Biografia Arka Gołasia napisana we współpracy z rodziną i bliskimi. Zwyczajny, skromny chłopak. Tak mówili o nim ci, którzy kiedykolwiek spotkali go na swojej drodze. I choć przyjaciele i znajomi wiedzieli, że potrafił także dobrze się zabawić, a w złości rozbić telefon o ścianę, wszyscy pozostawali zgodni co do jednego: był jednym z największych talentów w historii polskiej siatkówki. Tragiczny wypadek na autostradzie w Austrii sprawił, że marzenia 24-letniego Arkadiusza Gołasia w jednym momencie zostały brutalnie przerwane – niespełna dwa miesiące po ślubie z Agnieszką i osiem dni po zakończeniu mistrzostw Europy, w których z reprezentacją Polski zajął piąte miejsce…
Piotr Bąk postanowił zadbać o to, by pamięć o tym wyjątkowym siatkarzu nigdy się nie zatarła. Rozmawiając z jego siostrą, rodzicami, trenerami, kolegami z internatu, klubów i reprezentacji Polski, stworzył niezwykle osobisty portret Arka Gołasia – wielkiego sportowca i człowieka. Ta książka nie jest kolejną zwykłą biografią. To piękny hołd oddany komuś, kto siatkówce poświęcił się bez reszty. I do dziś pozostał w sercach kibiców z całej Polski. [1]

RECENZJA
Wszyscy z Was już pewnie wiedzą, że oprócz książkoholiczki jestem również siatkówkomaniaczką! Tak, tak! Siatkówka zajmuje ważne miejsce w moim życiu i nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie kibicować – że zabrakłoby mnie meczu otwarcia zeszłorocznego euro, a wcześniej mundialu; że zamiast wstać o 3 w nocy, aby zobaczyć mecz reprezentacji smacznie bym sobie spała, czy żebym całym serduchem nie była za PGE Skrą Bełchatów. Nie zdziwi Was, zatem fakt, że książki o tematyce siatkarskiej łykam jak bociek żaby… z Przerwaną podróżą Piotra Bąka nie mogło więc być inaczej.

Arkadiusz Gołaś to zawodnik, którego nazwisko jest znane każdemu kibicowi – ci starsi doskonale pamiętają tego cichego, wiecznie uśmiechniętego środkowego, młodsi zaś nasłuchali się wiele o jego fantastycznej postawie. Ja, na szczęście, zaliczam się do tej grupki osób, które miały jeszcze możliwość (co prawda krótką) podziwiania fantastycznej gry Arka… niestety jego własna historia zakończyła się 16 września 2005 w Griffen w Austrii.

Takiego zasięgu nie było jeszcze nie tylko w polskiej siatkówce, ale również i w światowej. Skoczność i dynamiczność ataków młodego, polskiego środkowego odbiła się szerokim echem na parkietach prawie wszystkich, znaczących lig. Przy swoich 201 centymetrach wzrostu Arek osiągał niebotyczne wręcz parametry – 365 centymetrów w ataku i 352 centymetrów w bloku. Mógł odnieść ogromny sukces, cały świat stał przed nim otworem, a możliwość gry w Maceracie miała być pierwszą naprawdę poważną ofertą w jego młodym, raptem 24-letnim życiu, niestety jedna chwila wystarczyła, aby wszystko legło w gruzach.

Piotr Bąk rozpoczyna biografię Arkadiusza Gołasia nietypowo, ponieważ zaczyna od samego końca – tragicznych zdarzeń z 16 września 2005 roku. Ten zabieg można odbierać dwojako. Spotkałam się z opinią, że jest to żerowanie na ludzkiej krzywdzie, dla mnie jednak jest to pewnego rodzaju  „zatrzymanie” czytelnika na dłużej, gwarant tego, że nie będzie można oderwać się od książki, aż do momentu, w którym pozna się całą historię Arka.

Sam styl autora jest bardzo łatwy w odbiorze, a przedstawiona przez niego biografia nie jest tylko zbiorem suchych faktów. To zbiór wspomnień osób, które były z Arkadiuszem Gołasiem najbliżej – jego rodziny, przyjaciół. Aż łza kręci się w oku podczas zapoznawania się z historiami przedstawionymi przez wieloletniego głównego libero polskiej reprezentacji, a prywatnie najlepszego przyjaciela Arka – Krzysztofa Ignaczaka.

Niestety zabrakło mi więcej informacji odnośnie młodszych lat środkowego. Piotr Bąk skupia się przede wszystkim na tym okresie w życiu Arka, w którym siatkówka zajmuje już jego większą część, więc informacje odnośnie dzieciństwa są bardzo szczątkowe. To, przynajmniej dla mnie, jest duży minus, bo z wielką przyjemnością dowiedziałabym się czegoś więcej jaki był Arek za młodu.

Na plus za to można zaliczyć wydanie – twarda okładka, dużo zdjęć pochodzących z prywatnych archiwum to bez dwóch zdań ogromne urozmaicenie, które przyciągnie czytelnika.

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana siatkówki. Arkadiusz Gołaś stanowczo za krótko cieszył kibiców swoją grą. Był taki młody, miał całe życie przed sobą... mógł osiągnąć wszystko.

OCENA: 8/10

Przepraszam za ostatnio mnie tak ubogo i u Was i tutaj… to naprawdę ciężki miesiąc. Pozdrawiam!


*autor nieznany
[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 15 lutego 2018

489. Czarna owca rodziny czy niewinna, zbłąkana owieczka?

AUTOR: Helena Mniszkówna
ROK WYDANIA: 2005 (przybliżony)
WYDAWNICTWO: MG

OPIS
Najsłynniejszy polski melodramat „Trędowata” kończy się śmiercią Stefci Rudeckiej, niezamożnej szlachcianki, która zdobyła serce ordynata, Waldemara Michorowskiego. Dziewczyna została zadręczona przez niechętnych jej arystokratów, niemogących zaakceptować faktu, że ktoś skromnego pochodzenia mógłby zająć miejsce należące się – ich zdaniem – jedynie dziedziczce magnackiego rodu.
Młody ordynat żyje wspomnieniami, ale rodzina, wbrew jego woli, oczekuje, że ordynacja dostanie potomka. Waldemar budzi uczucia u wielu pięknych kobiet, w tym także u swej młodej kuzynki Luci. Los stawia mu jednak na drodze dalszego kuzyna Bogdana, utracjusza i hulakę. Ordynat podejmuje to wyzwanie – postanawia chłopaka „wyprowadzić na ludzi”. [1]

RECENZJA
Trędowata to historia wielkiej, gorącej, aczkolwiek tragicznej miłości między ordynatem Michorowskim a Stefanią Rudecką. Po zapoznaniu się z prawie sześciuset stronicową „cegłą” przyszedł czas na poznanie również kontynuacji – niewielkiej objętościowo, bo liczącej raptem 200 stron, lektury Ordynata Michorowskiego. Historia Waldemara? Niekoniecznie...

Jeszcze jakiś czas temu polska arystokracja cieszyła się ogromnym szacunkiem wśród ludu. Od pewnego jednak czasu coś się zmieniło i coraz mniej życzliwości i sympatii do sfery można dostrzec w niższych szczeblach „hierarchii”. W kraju szerzy się bunt co zmusza niejedne hrabiostwo do emigracji. Wśród „uciekinierów” znajduje się również pani Elzonowska i jej córka Lucia -  była uczennica Stefci. Panna Lucyna nie jest już tą rozkapryszoną pannicą, z którą poznaliśmy się w Trędowatej. Teraz to ułożona panna, która oddała swoje serce jednemu mężczyźnie… niestety ten zdaje się w ogóle nie dostrzegać płomiennego uczucia młodej kobiety. Jednocześnie w otoczeniu Waldemara pojawia się jego kuzyn – dla jednych czarna owca rodziny, a dla Waldemara zbłąkana dusza, którą trzeba naprostować…

O ile w Trędowatej akcja toczyła się bardzo powoli i mozolnie, o tyle tutaj fabuła biegnie tak szybko, że niekiedy na kilku stronach sytuacje obejmują czasowo parę tygodni. Z jednej strony dzięki temu lektura nie nuży czytelnika, ale z drugiej kolei można odnieść wrażenie, że cała historia została pisana w ogromnym pośpiechu i nie do końca przykładano się do całości. Niektóre wątki są, więc bardzo okrojone i potraktowane po macoszemu.

Styl, nadal poprawny i łatwy w odbiorze, to z pewnością atut książki, a to zawsze coś, bo akurat w tej sytuacji tych plusów jest znacznie mniej.

Byłam przekonana, że sięgając po Ordynata Michorowskiego poznam przede wszystkim dalsze losy Waldemara, ale z przykrością muszę stwierdzić, że mało tutaj Waldiego. Samemu ordynatorowi trochę lat przybyło, niesie bagaż własnych doświadczeń i w sumie nie przypomina tego z Trędowatej, podobnie zresztą jak Lucia. W tej części na pierwszy plan wysuwa się kuzyn ordynata – Bochdan i to przede wszystkim jego historie poznajemy. W sumie młody Michorowski jest kreowany na takiego trochę lekkoducha, ale o ogromnym serduchu. Ja osobiście wolałam jednak jego wuja i tego będę się trzymać.

Ordynat Michorowski na dobrą sprawę powinien być traktowany nie jako kontynuacja Trędowatej, lecz jako zupełnie odrębna historia. Ja co prawda się na nią skusiłam, z czystej ciekawości, ale jestem zdania, że nie jest to lektura obowiązkowa. Ot cieniutka książeczka, z którą można szybko się zapoznać i jeszcze szybciej o niej zapomnieć.

OCENA: 5/10


Królestwo i renta księżniczki za łóżko i poduszkę!

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


czwartek, 8 lutego 2018

487. Kiedy sfera niszczy wszystko...

AUTOR: Helena Mniszkówna
ROK WYDANIA: 2005 (przybliżony)
WYDAWNICTWO: MG

OPIS
Historia miłości trudnej, a jednocześnie doskonałej, zmysłowej i duchowo idealnej, a zakończonej tak, jak kończyły się największe romanse wszech czasów: Romeo i Julia czy Tristan i Izolda. W chwili, gdy już wydaje się, że kochankowie zwalczyli wszelkie przeciwności i szczęście jest na wyciągnięcie ręki, dopada ich ta, przed którą nie ma ucieczki. Śmierć. I jest to zakończenie idealne. Los Stefci Rudeckiej i ordynata Michorowskiego to los tragicznych kochanków, którzy jednak mówią do nas z odległej epoki: nie bójcie się i idźcie zawsze za odgłosem serca.

RECENZJA
Powszechnie uchodzę za kobietę bez serca. Nie wzruszają mnie żadne romansidła, nie lubię słodkości w książkach i najchętniej ukatrupiłabym autorów za wprowadzenie do  akcji irytujących i zbędnych wątków miłosnych. Mogę śmiało stwierdzić, że obyłabym się bez wielkiej namiętności pomiędzy bohaterami… ale…ale… są wyjątki!

Uwielbiam Trędowatą w reżyserii Jerzego Hoffmana z przeuroczą Elżbietą Starostecką w roli Stefci Rudeckiej i wspaniałym Leszkiem Teleszyńskim jako Waldemarem Michorowskim. Nie zliczę ile razy już oglądałam tę konkretną adaptację filmową i wszystkie dialogi znam na pamięć. To jeden z nielicznych przypadków, gdzie zanim poznałam „pierwowzór” zakochałam się w ekranizacji. Do tej pory nie znałam jednak powieści napisanej przez Helenę Mniszkównę i stwierdziłam, że początek roku będzie idealnym czasem aby nadrobić zaległości! Byłam przekona, że zarys historii znam z ekranu, więc autorka  niczym mnie nie zadziwi… i nic bardziej mylnego! Myślałam, że znam Trędowatą, a okazało się, że flm a lektura to na dobrą sprawę coś zupełnie innego! Różnią się sytuacje, różnią się choroby, ba o istnieniu niektórych postaci nawet nie zdawałam sobie sprawy!

Stefania Rudecka ma złamane serce. Mężczyzna, którego kochała okazał się być zwykłym draniem i materialistą. Dla młodej kobiety, pochodzącej z dobrej aczkolwiek niezbyt zamożnej rodziny, to prawdziwy cios, z którego wcale nie tak łatwo jest się otrząsnąć. Stefcia potrzebuje zmiany, a posada guwernantki Luci Elzonowskiej wydaje się być idealną propozycją. Panna Rudecka bardzo szybko przenika do świata wyższych sfer i cieszy się ogólną sympatią, przez pryzmat której przymyka się oko na jej niższe pochodzenie… do czasu, aż mocniej zaczyna interesować się nią ordynat Michorowski, najlepsza partia w kraju!

Trędowata to pozycja miejscami infantylna, miejscami bardzo naiwna, ale w tym wszystkim jest również niezwykle urzekająca i wciągająca. Mimo pokaźnych rozmiarów (to prawie 600 stron) lekturę czyta się bardzo szybko i nie sposób nie przeżywać wraz ze Stefcią i Waldemarem ich rozterek, smutków, radości i oczywiście ogromnie gorącego uczucia. Jeśli ktoś liczył na pełną dynamiki i niespodziewanych zwrotów akcji książkę może poczuć się rozczarowany, bo tutaj sprawy płynął znacznie wolniej, rozkładają się w czasie i pozwalają na tworzenie własnych refleksji.

Bardzo żałuję, że sami bohaterowie w większości są postaciami jednokolorowymi. Stefcia jest poczciwa i dobra, księżna Podhorecka cieszy się szacunkiem wszystkim, Lucia to jeszcze dziecko, a hrabia Barski jest bucem jak ich mało, razem ze swoją córeczką Melanią! Jedynie Waldemar i panna Rita wyróżniają się swoimi charakterami od wszystkich, bo mają w sobie trochę i dobrych i złych cech i chyba za to najbardziej ich polubiłam. No zresztą ordynat Michorowski był kreowany na takiego troszkę złego chłopca, ale z dobrym sercem (ależ mamy paradoks!), a ja bardzo takich panów lubię! Aż chciałoby się zaśpiewać: Gdzie ci mężczyźni…

Sam styl autorki jest poprawny, chociaż musze się przyznać, że miałam chwilę zwątpienia czytając o tym jak kwiaty „rozmawiają” ze Stefcią! Nie, nie pomyliłam się – nie panna Rudecka z roślinami, a właśnie one z nią. Poza tym w Trędowatej mamy bardzo dużo szczegółowych opisów, co wiem, że jednym się podoba, ale drugich może nużyć.

Uwielbiam filmową wersję i zawsze byłam przekonana, że Trędowatą to znam na pamięć. Nic bardziej mylnego! Książka to nie tyle rozbudowana historia, co 3/4 zupełnie inna! Miejscami może zbyt mocno naiwna, ale mimo wszystko mam jakiś sentyment do Stefci i Waldemara, więc miło było zapoznać się z pierwowzorem.

OCENA: 7/10


To zły miesiąc, bardzo zły miesiąc…


[1] Opis pochodzie ze strony wydawnictwa

czwartek, 25 stycznia 2018

482. Jesteś ciekawy jak wygląda Twój alternatywny świat?

AUTOR: Neil Gaiman
TYTUŁ ORYGINALNY: Coraline
TŁUMACZENIE: Paulina Braiter
SERIA: Gaiman
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: MAG

OPIS
Dzień po przeprowadzce Koralina postanowiła zwiedzić cały dom... W nowym mieszkaniu, do którego Koralina przeprowadziła się z rodzicami, jest dwadzieścia jeden okien i czternaścioro drzwi. Trzynaścioro z nich otwiera się zwyczajnie, czternaste zaś są zamknięte na klucz. Za nimi znajduje się tylko ściana z cegieł – przynajmniej do dnia, w którym Koralina otwiera je i odkrywa przejście do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Ale pozory mylą. Z początku nowo odkryte mieszkanie wydaje się jej cudowne. Na obiad dostaje same smakołyki, a w pudełku z zabawkami czekają anioły, które po nakręceniu fruwają po pokoju, książki, w których ilustracje wyglądają, jakby ożywały, małe główki dinozaurów, które na zawołanie klekocą zębami. Jednakże w nowym domu są też nowi rodzice, którzy chcieliby, żeby Koralina została ich córeczką. Chcą ją odmienić, zatrzymać i nigdy nie oddać jej z powrotem. W lustrach zaś kryją się nieszczęśliwe dzieci, zagubione dusze... [1]

RECENZJA
Brytyjski pisarz Neil Gaiman to obecnie jeden z najbardziej „wziętych” autorów fantastyki. Ja, jako ogromna fanka tego konkretnego gatunku ze wstydem musze przyznać, że do tej pory nie poznałam ani jednej książki Gaimana… aż do dzisiaj, bo oto przed Wami recenzja niewielkiej objętościowo pozycji – Koraliny.

Koralina jest dzieckiem i jak każdy w jej wieku wręcz doprasza się o uwagę i zainteresowanie ze strony rodziców. Chce być ich wymarzoną córeczką, taką z której będą dumni i z którą będą chcieli spędzać każdą wolną minutę. Tymczasem jej wiecznie zajęta mama nigdy nie może znaleźć dla niej czasu, a tata zamyka się na długie godziny w swoim pokoju. Koralina większość czasu spędza samotnie, bo w jej okolicy nie ma żadnych dzieci, a sąsiedzi wydają się być dziwni – mówią niestworzone historie i sprawiają wrażenie nie do końca normalnych. Pewnego dnia Koralina podczas swoich „poszukiwań” otwiera drzwi, za które do tej pory nie mogła wejść. Jej oczom ukazał się alternatywny świat  – z nową-starą-mamą, która gotuje pyszne jedzenie, z nowym-starym-tatą, który ma dla niej czas i gadającym kotem. Nowa matka chcąc, żeby Koralina została z nimi na zawsze obiecuje, że będzie kochana i rozpieszczana… do czasu…

Koralina to literatura grozy dla młodszych. Sama fabuła w zamyśle jest podobna do Alicji w Krainie Czarów, z tym, że chyba ten świat jest bardziej przerażający dla starszego czytelnika z jednego powodu – autor w swoim „fantastycznym” świecie zamieścił ogromny problem dzisiejszych czasów – mianowicie zmiana w piramidzie wartości, gdzie już nie rodzina i dzieci są najważniejsze, ale uczestniczenie w „wyścigu szczurów”. Akcja rozwija się stopniowo, po to, aby w ostatnich rozdziałach znacznie przyśpieszyć i nie pozwolić czytelnikowi oderwać się od książki. Neil Gaiman porywa w swój świat sprawiając, że chce się więcej i więcej.

Muszę się przyznać, że początkowo trudność sprawiał mi sam styl autora. Bardzo dużo powtórzeń, które chyba zostały celowo wprowadzone w takiej ilości, niemiłosiernie mi przeszkadzały. Niemniej im dalej w lekturę tym bardziej się przyzwyczajałam. Koralina to w większości dialogi, brak jest tutaj dłuższych, wnikliwszych opisów, co w sumie można zrozumieć mając na uwadze fakt, że lektura jest skierowana do młodszych czytelników.

Zasiadając do czytania nie miałam żadnych oczekiwań i w sumie to nawet i lepiej. Książka była ciekawym doświadczeniem, ale z powodu stylu z początku trudno było mi wkręcić się w całą historię. Mam nadzieję, że inne pozycję autora jeszcze mnie zaskoczą!

OCENA: 6/10


Dzień dobry. Chyba i ja się dałam ponieść w ten wyścig szczurów, bo ostatnio nie mam czasu na nic, dosłownie na nic! Pozdrawiam,

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


czwartek, 18 stycznia 2018

480. „Spowiedź” niepokornego siatkarza

AUTOR: Łukasz Kadziewicz & Łukasz Olkowicz
SERIA: Biblioteka Przeglądu Sportowego 
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Ringier Axel Springer Polska

OPIS 
Autobiografia Łukasza Kadziewicza, jednego z najwybitniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich siatkarzy. Najbarwniejszy polski siatkarz ostatnich lat Łukasz Kadziewicz wreszcie zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Autobiografia wicemistrza świata przełamuje tabu w tym środowisku, pozwala zajrzeć za kulisy i zrozumieć, dlaczego reprezentacja Polski po trzydziestu latach posuchy zaczęła odnosić sukcesy. Kadziewicz odsłania sekrety, pokazuje, że opinie o nim jako krnąbrnym siatkarzu nie były przesadzone i opowiada, jak udawało mu się godzić życie siatkarza i rockendrollowca. Przeczytamy o szalonych imprezach siatkarzy, wodzie sodowej po zdobyciu srebrnego medalu mistrzostw świata, ale i tytanicznej pracy wykonanej pod okiem Raula Lozano. [1]

RECENZJA
Moją największą miłością, na równi z książkami (no może jednak centymetr przed) jest siatkówka. Uwielbiam ten sport i od lat moje serce oddane jest ligowo PGE Skrze Bełchatów, a reprezentacyjnie oczywiście naszym biało-czerwonym orłom! Ostatnio coraz częściej sięgam po sportowe biografie, ale te siatkarskie zawsze mają specjalne miejsce w moim czytelniczym serduszku.

Łukasz Kadziewicz to urodzony 20 września 1980 roku w Dobrym Mieście polski siatkarz, grający na pozycji środkowego. Kadziu od zawsze był prze mnie uważany za jedną z najbarwniejszych postaci polskiej siatkówki. Mimo, że zupełnie inny od mojego ulubionego Michała Bąkiewicza, to jednak niepokorny Łukasz na dobre zadomowił się na podium moich ulubionych graczy. Grał między innymi w polskim AZS Olsztyn, włoskiej Casa Modena czy białoruskim Szachcior Soligorsk. Z reprezentacją wywalczył srebrny medal na Mistrzostwach Świata Japonii w 2006 roku.

Kadziu. Siatkówka & Rock’n’Roll to swoistego rodzaju spowiedź. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych (nie bójmy się tego słowa) graczy postanowił odsłonić przed czytelnikami  nie tylko swoje prywatne życie, ale również sytuacje, które miały miejsce na zgrupowaniu kadrowym, w poszczególnych klubach, czy chociażby na Olimpiadzie. Ogólnie ja, zapoznając się z wszystkimi tymi zdarzeniami, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że polscy siatkarze są… po prostu ludzcy. To nie żadni bogowie o nadprzyrodzonych mocach, a zwykli ludzie, którzy również mają swoje słabości i wady i mimo wszystko nie próbują ich usilnie pudrować. 

Ogólnie myślę, że napisanie przez Kadziewicza książki, takiej książki, było (mimo wszystko) aktem odwagi. Czytelnik nie dostatnie tutaj suchej formułki o tym, jakie to życie sportowca jest łatwe, miłe i przyjemne. Wręcz przeciwnie dostaniemy opis życia ciężkiego, wymagającego niezwykłego poświęcenia i przede wszystkim życia, w którym zwyczajne ludzkie słabości, takie jak alkohol, nie są tematem tabu. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie robię z naszych siatkarzy alkoholików (wręcz przeciwnie!), sam Łukasz jednak piszę, że tego typu używka dosyć często gościła na „salonach”, co nie jest oczywiście żadnym poważnym grzechem, a jedynie pokazuje, że sportowcy nie są w tej kwestii żadnymi bogami i usilnie nie próbują robić z siebie ascetów.

Sam styl jest bardzo prostu i łatwy w odbiorze, co jest niezwykłym atutem. Ponad to, Łukasz nie stara się „upiększać” języka na siłę i czasami można spotkać się z nieco ostrzejszym słownictwem. Dla mnie osobiście nie był to żadnem problem, ale mam świadomość tego, że nie wszyscy lubią „przemycanie” do lektur różnego typu wulgaryzmów. 

Fan siatkówki na pewno nie przejdzie obojętnie obok tej lektury. „Wyznanie” Łukasz Kadziewicza przeprowadzi czytelnika przez najważniejsze siatkarskie wydarzenia XXI wieku. Jednoczenie autor doskonale wie, że nikt nie chce zapoznawać się z jakimiś górnolotnymi, suchymi faktami. Dostajemy za to obraz polskiej siatkówki bez żadnych zbędnych urozmaiceń – prosty, szczery przekaz, który w tym wszystkim chyba najbardziej nas zjednuję.  To nie jest typowa autobiografia, do wywiadu-rzeki tej książce daleko, ale to przede wszystkim spowiedź sportowego „grzesznika”, który chce nie tyle się wybielić, co przekazać czytelnikom autentyczny zbieg wydarzeń. 

Mi osobiście ta książka bardzo przypadła do gustu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy podzielą moje zdanie. Niemniej jednak, ja spędziłam bardzo miły wieczór przy lekturze autobiografii niepokornego Kadzia i z pewnością nieraz do niej wrócę.

OCENA: 7/10


Witam, to chyba jednak nie jest dobry tydzień, niestety nie jest…

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 11 stycznia 2018

477. Czy taki Mróz dobry jak go malują?

AUTOR: Remigiusz Mróz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona

OPIS
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera. Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną? Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem. [1]

RECENZJA
Czy jest wśród nas ktoś, kto nie znałaby Remigiusza Mroza? Ten młody autor już na dobre rozsiadł się na tronie króla polskiego kryminału. Był taki okres, że gdzie się człowiek w booksferze nie obejrzał tam wszędzie było pełno Mroza. Muszę przyznać, że przez ten „nawał” ja osobiście do twórczości pana Remigiusza podchodziłam bardzo ostrożnie. Niemnie jednak, kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się Czarna Madonna nie mogłam się jej oprzeć! 

Filip ma bardzo ciekawe, burzliwe życie. Jeszcze jakiś czas temu, jako ksiądz ewangelizował wiernych, próbując ustrzec ich przed grzechem. Tymczasem okazało się, że sam nie był na tyle silny, żeby oprzeć się pokusie i zakochał się w Anecie. Tak normalnie, po ludzku, pokochał kobietę i dla niej zdjął sutannę. Od tego momentu żyli razem szykując się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Przed powiedzeniem sobie „tak” mieli odbyć jeszcze wspólną podróż do Ziemi Świętej. Zrządzeniem losu na pokład samolotu wsiadła tylko Aneta, a mężczyzna miał czekać na jej powrót w Polsce. Niestety, w parę godzin po starcie maszyna znikała z radarów i nie można było nawiązać z nią żadnego kontaktu. Filip jest zdruzgotany… a do tego wszystkiego nagle w jego najbliższym otoczeniu dzieją się rzeczy dziwne, nie z tego świata i przerażające. Jakby tego było mało pojawia się również ojciec niedoszłego pana młodego, który odszedł tyle lat wcześniej…

Zanim zasiadłam do lektury Czarnej Madonny z wielką ciekawością czytałam i słuchałam kolejnych opinii, w których zapewniano mnie, że książka jest przerażająca; jak to nie będę mogła spać po nocach; jak to będę się bała nawet pomyśleć o poruszanych w książce tematach. Cóż… przeczytać przeczytałam, spałam dobrze, nie bałam się, a jeśli autor przez dodanie tego paranormalnego wątku chciał stworzyć mrożący krew w żyłach horror, to niestety ale to nie wyszło.

Ogólnie rzecz biorąc w książce dzieje się dużo, ale na dobrą sprawę te wszystkie wydarzenia są jakoś dziwnie pourywane, niektóre ważne wątki są potraktowane po macoszemu, ale najgorsze i tak jest końcówka, która nie dość, że jest dziwna to najzwyczajniej w świecie jest tak bezsensowna, że to aż boli. Pan Remigiusz bardzo mocno starał się stworzyć pozycje na miarę Kinga czy Browna (do czego zresztą sam się przyznaje), ale niestety do obu autorów jest jak na razie bardzo daleko! Ponadto, nie mogę wybaczyć Mrozowi tego, że „spełnił” moje obawy – tak bardzo „płodny” pisarz często tworzy „po łebkach”. Czarna Madonna to przede wszystkim dialogi, bardzo mało opisów i pominięte wątki, które mogłyby stać się bardzo interesującymi.

O samych bohaterach też trudno się wypowiadać, bo autor niewiele miejsca poświęca na stworzenie dokładnego profilu swoich postaci. Mamy raczej jakąś skróconą charakterystykę, która niestety musi nam całkowicie wystarczyć. Mówiąc szczerze ja osobiście nie byłam w stanie zżyć się z żadnym „zarysem” (bo pełnowartościową postacią nikogo nazwać nie można). Szkoda, szkoda. Może wtedy ta pozycja byłaby bardziej znośna?

Mimo, że do samej fabuły mam bardzo dużo zastrzeżeń książkę przeczytałam szybko. No i tutaj mamy paradoks – bo z jednej strony narzekam na brak długich opisów i jakieś szczegółowej charakterystyki, a z drugiej takie uproszczenie bardzo ułatwia zapoznawanie się z lekturą. Niemniej nie nazwałabym tej umiejętności pana Remigiusza „lekkością pióra”, to raczej taka klasyczna prostota, która jednak się sprawdziła.

Pierwsze spotkanie z twórczością Remigiusza Mroza uważam za... średnie. Książka miała mnie przestraszyć, miała sprawić, że nie będę mogła zasnąć, a tymczasem miałam wrażenie, że dostałam jakiś bliżej niezidentyfikowany twór - ni to King, ni to Brown.

OCENA: 4/10


Dzień dobry, w Nowym Roku! Jak Wasze noworoczne postanowienia? Mocno trzymacie się ich realizacji? 
Pozdrawiam, 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 7 grudnia 2017

467. Gdy koszmar wdziera się do naszego świata...

AUTOR: Kerstin Gier
TYTUŁ ORYGINALNY: Silber - Das zweite Buch der Träume
TŁUMACZENIE: Agnieszka Hofmann
CYKL: Trylogia Snów
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: Media Rodzina

OPIS
Sprawy Liv, młodej bohaterki serii „Silver”, układają się coraz lepiej. Nowy dom i nowa rodzina okazały się całkiem w porządku. Romantyczny związek z przystojnym i bystrym Henrym trwa. W dodatku nowe fascynujące możliwości odkrywa przed dziewczyną sfera snów. Niestety, Liv ma także powody do niepokoju. Po pierwsze, anonimowa blogerka Secrecy wie o Liv rzeczy, których nie powinna wiedzieć. Po drugie, Henry ma swoje tajemnice. Wiele tajemnic. Po trzecie, za drzwiami z klamką w kształcie jaszczurki czai się coś strasznego, mrocznego i złowrogiego… [1]

RECENZJA
Przy okazji recenzowania pierwszego tomu Trylogii Snów mówiłam o tym, że okładka jest naprawdę przepiękna. Wydawała się być idealna i sądziłam, że już ładniejszej zrobić nie można było. Tymczasem myliłam się! Druga część cyklu pokazuje, że można jeszcze bardziej wznieść się na wyżyny piękności w grafice! 

Liv sama w to nie wierzy, ale jej życie powoli się stabilizuje. Po koszmarze przeżytym kilka tygodni wcześniej zostało już tylko wspomnienie i mina dawnego przyjaciela Arthura, który co prawda nie pała do Olivii sympatią, ale nie wydaje się być na tyle groźny, żeby jej zaszkodzić. Poza tym panna Silver ma prywatnych „ochroniarzy” w postaci przyrodniego, starszego brata i ukochanego chłopaka Henrego. Okazuje się również, że mieszkanie pod dachem z nową „rodziną” wcale nie jest takie złe, jak można byłoby przypuszczać. Dodatkową frajdą jest również poznawanie krainy snów z czego Liv wręcz nagminnie korzysta. Wszystko jest pięknie do czasu, kiedy na „sennym” korytarzu pojawia się coś więcej – wyczuwalna jest czyjaś obecność, tajemnicza i bardzo mroczna. Jakby ten fakt nie był już wystarczająco niepokojący, okazuje się, że szkolna „plotkara numer jeden” Secrecy wie o rodzinie Silverów zdecydowanie więcej niż powinna...

Stęskniłam się już troszkę za  tą naszą szaloną rodzinką, naprawdę. O ile początkowo wydaję się, że wszystko jest piękne i ładne to im dalej w książkę przekonujemy się, że nasza Bohaterka musi się mierzyć z sytuacjami, z którymi nie do końca wie jak sobie poradzić. Najgorszym wrogiem Liv staje się Arthur, chłopak, który jeszcze do niedawna był traktowany jak przyjaciel. Sam pomysł zmiany charakterów wydaje się naprawdę fajny, szkoda tylko, że mimo wszystko cała historia jest bardzo przewidywalna. Ale o ile w innych tego typu książkach ta prostota, by mi przeszkadzała o tyle w Silver naprawdę nie czuła jakiegoś niedosytu. Lekturę bardzo przyjemnie mi się czytało, nawet jeśli jest przeznaczona dla młodszych czytelników.

Sama kreacja bohaterów również jest bardzo zbliżona do tej przedstawionej w pierwszym tomie. Ni e mamy postaci wielobarwnej, wszyscy „aktorzy” są przedstawiani w jednoraki sposób – albo dobrzy, albo źli. Jedynie Henry próbuje „wybić” ponad wszystkich, jednak w głównym rozrachunku pozostaje dalej tą dobrą duszą znaną z pierwszej części. Mimo wszystko historię czytało mi się na tyle dobrze, że nie odczuwałam żadnego dyskomfortu spowodowanego jednobarwnością bohaterów. 

Sam styl, podobnie jak w tomie poprzedzającym drugą część, można uznać za niezwykle łatwy  i przystępny. Nawet, jeśli niektóre momenty były mocno naciągane i infantylne to osobiście wpisywałam to w „bieg” tej historii i nie było to dla mnie nie wiadomo jak trudne do zdzierżenia.

Silver. Druga księga snów to równa kontynuacja pierwszego tomu. Cała historia jest, co prawda pisana pod młodszego czytelnika, ale to wcale nie znaczy, że ten starszy będzie się nudzić. Wręcz przeciwnie! Dla mnie, starej krowy, to historia, która pozwoliła się odprężyć, zrelaksować i zapomnieć o tych wszystkich „dorosłych” sprawach, które spędzały mi  sen z oczu.

OCENA: 7/10


Było już tak ładnie, a znowu szaro, buro i nijako! Gdzie ten wspaniały śnieg!

*Opis pochodzi ze strony wydawnictwa





czwartek, 30 listopada 2017

464. Czy to sen czy jawa?

AUTOR: Kerstin Gier
TYTUŁ ORYGINALNY: Silber - Das erste Buch der Träume
TŁUMACZENIE: Agnieszka Hofmann
CYKL: Trylogia Snów
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: Media Rodzina

OPIS
Liv zawsze przywiązywała dużą wagę do snów. Ale odkąd zamieszkała w Londynie, znalazły się w centrum jej zainteresowań. Tajemnicze zielone drzwi. Gadające kamienne posągi. Niania z tasakiem w schowku na miotły... Tak, ostatnio sny Liv stały się bardzo dziwne. A szczególnie ten: czterech chłopaków, łacińskie inkantacje, dziwny rytuał, a wszystko to w nocy pośrodku cmentarza. No tak, Liv zna tych chłopaków z nowej szkoły - i zawsze, gdy spotykają się na jawie, oni zdają się wiedzieć o niej więcej, niż powinni... Chyba że... śnili ten sam sen, co ona? [1]

RECENZJA
Przyznaję się bez bicia – no jestem okładkową blacharą. Początkowo całkowicie temu zaprzeczałam, wypierając ze swojej świadomości, ze ja przecież nie mogę tak po prostu lecieć na ładną grafikę! Następnie byłam na siebie wściekła za każdym razem, gdy wybrana przeze mnie „piękna” książka okazywała się być totalnym niewypałem. W końcu przyszedł czas na to, że próbowałam sama ze sobą negocjować – kupię jakoś ładną pozycję, ale jednocześnie zainwestuję też w coś wartościowego! Po długich miesiącach takiej wewnętrznej walki stwierdziłam dosyć – jestem okładkową blacharą i nie muszę się z tym ukrywać… a następnie na mojej półce pojawiła się cała seria Silver! 

Po małym maratonie lektur dobrych, ale wymagających postanowiłam zabrać się za coś lekkiego, niezobowiązującego i magicznego. Miałam nadzieję, że wybór Trylogii Snów Kerstin Gier będzie strzałem w dziesiątkę. Z ogromną ciekawością zasiadłam więc do czytania.

Liv nie ma łatwego życia - jest nastolatką; ma młodszą siostrę, którą kocha niemal tak samo mocno jak ona ją denerwuję; nie miała jeszcze chłopaka i właśnie po raz kolejny musi zmienić szkołę, bo jej mama postanowiła ułożyć im życie od nowa. Przylot do nowego kraju już od początku jest jedną wielką katastrofą – dziewczynki wiozły ze sobą niezwykle olbrzymi i niezwykle śmierdzący ser, który stał się niemała atrakcją wśród pracowników lotniska i innych pasażerów. Jakby tego było matka Liv ma dla nich jeszcze jedna niespodziankę – jest szczęśliwie zakochana i wszystkie we trzy zamieszkają z jej nowym mężczyzną! Dziewczęta w pakiecie z przybranym „ojczymem” dostają również starsze rodzeństwo – Graysona i Florence – oraz kocura Spota.

Silver. Pierwsza księga snów to bardzo lekka fantastyka dla młodszego czytelnika, co jednak wcale nie oznacza, że ten starszy nie będzie lekturą usatysfakcjonowany. Autorka nie bawiła się w kreowanie świata bardzo rozbudowanego magiczne, a całą swoją fabułę oparła jedynie na możliwości „podróżowania” pomiędzy snami. Książka jest, więc idealnym przykładem na to, że wcale nie trzeba mieszać skrzatów z ufoludkami, żeby stworzyć coś przyjemnego do czytania. Akcja co prawda początkowo rozwija się dosyć mozolnie, ale kiedy główna bohaterka zaczyna w końcu pojmować co dzieje się wokół niej wydarzenia zaczynają biec ciutkę szybciej. Jeśli ktoś liczy na ciągłe zwroty akcji to też może się trochę przeliczyć – lektura jest dość przewidywalna, ale naprawdę miło można spędzić przy niej czas. I wiecie, co? Nawet wątek miłosny mi nie przeszkadzał! 

Nasza główna bohaterka, Olivia „Liv” Sliver jest nastolatką, dlatego też jej rozumowanie jest miejscami bardzo infantylne, ale w tym wszystkim ma w sobie jakąś taką wrodzoną uroczość, że nie sposób jej nie polubić. Wierzcie mi lub nie, ale wielokrotnie nie mogłam powstrzymać uśmiechu podczas poznawania jej sennych perypetii. Żałuję jedynie, że autorka podczas tworzenia innych postaci troszeczkę zamknęła się w sztywnych ramach. Na dobrą sprawę nie mamy ani jednego wielobarwnego bohatera - Liv jest po prostu Liv, Grayson to idealny starszy brat, Florence jest strasznie jędzowatą siostrą, a Henry to chłopak marzenie. Jedynie Anabel, dziewczyna przyjaciela Olivii, miała zaczątki na bardziej złożoną osobowość… ale tak nie do końca to wyszło. 

Styl autorki, podobnie jak sama książka, jest bardzo przyjemny. Prosty, przejrzysty, bardzo ułatwiający zapoznanie się z całą historią. Dodatkowo fajnym posunięciem były użycie, jako przerywników pomiędzy kolejnymi rozdziałami screenów ze szkolnego „portalu” plotkarskiego – wpisów nie powstydziliby się nawet redaktorzy Pudelków, Kozaczków i innych Plotków.

Pierwszy tom Trylogii Snów był całkiem miłym przeżyciem. Nie mogę się doczekać, co spotkana bohaterów w kolejnych częściach! 

OCENA:  7/10

Śnieg, śnieg! Za oknem jest śnieg! Jak ja uwielbiam śnieg! Kto ulepi ze mną dziś bałwana? Trzymajcie się ciepło! 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 9 listopada 2017

461. Złote Maliny Literatury zostały rozdane!

AUTOR: Anna Todd & inni autorzy
TYTUŁ ORYGINALNY: IMAGINES: Celebrity Encounters Starring You
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: ZNAK Literanova

OPIS
Anna Todd, autorka bestsellerowej serii AFTER w nowej książce! Fan fiction z Tobą w roli głównej!
SELENA GOMEZ, ZAC EFRON, BRACIA HEMSWORTH, EMMA WATSON, KANYE WEST, JENNIFER LAWRENCE, KYLIE JENNER, CHRIS EVANS i mnóstwo innych gwiazd –
oni wszyscy potrzebują właśnie CIEBIE!
WYOBRAŹ SOBIE, ŻE…
JUSTIN BIEBER od rana zasypuje Cię uroczymi niespodziankami z okazji rocznicy Waszego… ślubu.
KIM KARDASHIAN potrzebuje Cię, by przetrwać w świecie, w którym nie można robić selfie!…
Na pokładzie samolotu zaprzyjaźniasz się z chłopakami z ONE DIRECTION… W ramionach CHANNINGA TATUMA tańczysz najbardziej zmysłowy taniec na świecie…
Twój najlepszy przyjaciel ED SHEERAN ma dla Ciebie naprawdę szalony prezent urodzinowy…
DANIEL SHARMAN zabiera Cię na romantyczny spacer po plaży…
WYOBRAŹNIA NIE MA GRANIC, WIĘC WYOBRAŹ SOBIE, ŻE MOŻE ZDARZYĆ SIĘ WSZYSTKO, CO ZECHCESZ – Z KIM TYLKO ZECHCESZ. [1]

RECENZJA
Do tej pory rok 2017 pod względem czytelniczym był naprawdę udany. Czytałam wiele dobrych książek, kilkanaście świetnych pozycji, które po prostu wbiły mnie w fotel i nie spotkałam na swojej drodze lektury złej. Nie bez powodu użyłam czasu przeszłego bo zapoznałam się z Imagines i oto statuetka „Złote Maliny Literatury” trafia w ręce Anny Todd i jej współpracowników! Tylko uważajcie! Recenzja zawiera spojlery! 

Fanfiki to bardzo specyficzna, rządząca się własnymi prawami forma pisania. Osobiście mam ogromny sentyment do tego rodzaju kompozycji, ponieważ sama w wieku lat – nastu snułam fantastyczne historie czy to z członkami zespołu US5, czy później z polskimi siatkarzami. Jako, że na własnej skórze poczułam magię bycia „pisarzem” starałam się podejść do zbioru zaprezentowanego nam przez Annę Todd bez jakiś większych wymagała. Liczyłam na miłe, przyjemne opowiastki z dużą nutą fikcji literackiej okraszone sporą dawką dobrego humoru. Nic bardziej mylnego! Książka była tak fatalna, że sama nie wiem, od czego mam zacząć. 

Głównym założeniem lektury było danie czytelnikowi możliwości wcielenie się w głównego bohatera. Pomysł zacny muszę przyznać! Kto w końcu nie chciałby przeżyć jakieś szalonej przygody z kimś sławnym? Ja przyznaję się bez bicia – za Michałem Bąkiewiczem idę chociażby do samego piekła. No, ale wracając do tematu – z ogromną ciekawością oraz radością podjęłam zabawę zaproponowaną mi przez autorów i niestety to był mój błąd. Pomijam już fakt, że w każdym opowiadaniu główna bohaterka (czyli notabene mogę sobie wyobrażać, że ja!) jest piekielnie irytująca i pozbawiona jakiegokolwiek charakteru – albo jest przedstawiana jako zakompleksiona szara myszka albo jak prawdziwy vamp. Jakby tego było mało miałam wrażenie, że poszczególnie wersje „mnie” ścigają się w konkursie – która pierwsza przeleci kogoś sławnego! Już dawno nie spotkałam się z postaciami tak prostymi, skonstruowanymi na doskonale znanych schematach. Najbardziej śmiałam się z opowiadania, w którym „ja” byłam na tyle nieśmiała i tajemnicza, że nie powiedziałam nowo poznanemu (O BOŻE SŁAWNEMU) chłopakowi nic istotnego o sobie – chociażby nazwiska, czy daty urodzin, ale byłam już na tyle spontaniczna i otwarta, żeby obściskiwać się z nim na oczach innych ludzi i głośno przyznać się do tego, że nie znoszę spać w staniku! 

Zasiadając do książki miałam świadomość tego, że będę czytała fikcję, samą fikcję i tylko fikcję literacką. W najgorszych jednak snach nie przypuszczałam, że będę dostanę na tacy takie absurdy! Ja mogę sobie naprawdę wiele wyobrazić (na przykład zaakceptowałam fakt, że Justin Biber to naprawdę romantyczy gość ), moja wyobraźnia jest ogromna (Kayne West jako prezydent USA?! A czemu nie!), ale ma swoje granice – w tym konkretnym przypadku było to hołd złożony pierwszej damie USA Kim Kardashian, czyli wyrzeźbienie jej ciała i twarzy w skale niczym, skalne głowy Ojców Założycieli! No wybaczcie mi, takiej ściemy nawet moja przeogromna inwencja twórcza nie zdzierży! 

Tyle różnych historii jest jednoznaczne z dużą ilością autorów. Z tego co mogłam wywnioskować o doborze „pisarzy” decydowała popularność ich fanfików umieszczonych w sieci. Ja jednak jestem przekonana, że popularność nie zawsze jest jednoznaczna z jakością i te opowiadania nie powinny były ukazać się w formie książki! To grzech i względem czytelnictwa i względem wyciętych drzew! Hańba! Co prawda (całe szczęście!) w Imagines nie spotkałam się z jakimiś rażącymi błędami, czy niewiadomo jak ambitnym lub niezrozumiałym językiem, a to śmiało mogę zaliczyć na plus. Dosyć łatwy w odbiorze język, w połączeniu z niezbyt długimi historiami i przystępną czcionką sprawiły, że książkę czytało się w miarę szybko – jedno „przysiadniecie” do lektury to średnio 3-4 opowiadania.

Imagines to pozycja zła, fatalna, absurdalna i niezwykle irytująca! Nie polecam, nie zachęcam do poznania i radzę nawet na nią nie spoglądać!

OCENA: 2/10


Dzień dobry, to zły tydzień i zła książka… przypadek? Nie sądzę! Pozdrawiam


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa



czwartek, 26 października 2017

455. Tea przerzuca się na war booki?

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Czwarty
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: Ender


OPIS
Tajwan jako pierwszy opracowuje futurystyczną technologię zimnej fuzji. Pekin dostrzega swoją szansę. Największa armia świata szykuje się do inwazji. Stany Zjednoczone, jak zwykle, gdy w grę wchodzą zasoby, technologia i pieniądze, wysyłają swoją flotę. Najpotężniejsza morska siła świata kieruje się ku wodom Morza Południowochińskiego. Pacyfik staje się areną największego konfliktu morskiego od czasów II wojny światowej. Gdzieś pośrodku tego piekła ląduje europejska jednostka specjalna Radegast z Polakami w swoich szeregach. [1]

RECENZJA
Po cały cykl Jakuba Pawełka zdecydowałam się sięgnąć po rekomendacji starszego brata. Mówiąc szczerze nigdy nie sądziłam, że tego typu książki są dla mnie, ale bo dłuższych namowach i opowieściach nabrałam ogromnej czytelniczej ochoty na zapoznanie się z twórczością autora. Pierścień ognia to czwarty i jak na razie ostatni wydany tom serii „Przymierze”. Po lekturze tej konkretnej części mam jedno, wielkie „ale” do autora – ALE JAK MOŻNA SKOŃCZYĆ W TAKIM MOMENCIE?! No jak?! Pytam się ale jak?!

Tajwańscy naukowcy dokonali przełomowego odkrycia. Jako pierwsi opracowują niezwykle przyszłościową technologię zimnej fuzji. Te przełomowe odkrycie jest ogromnym pstryczkiem w nos dla coraz bardziej panoszącego się Pekinu. Chiny nie mogą pozwolić sobie na takie zagranie, więc nie cofnął się przed niczym, żeby zniweczyć nowatorskie plany Tajwanu. Niewielka wyspa zostaje szczelnie otoczona „ognistym” pierścieniem chińskiej armii. Kiedy pada pierwszy strzał wszystko staje się jasne – Chińczycy nie odpuszczą. W tym samym czasie Radegas – jednostka specjalna Przymierza – ma za zadanie wydostać dyplomatów z ogarniętej wojną tajwańskiej ziemi. Kiedy cała wyspa jest szczelnie odcięta od reszty świata, a z nieba nieustannie pada deszcz pocisków, zadanie wydaje się być niewykonalne. 

Bo słabszym Kaukaskim płomieniu obawiam się, że Jakub Pawełek po raz kolejny będzie chciał zagrać bezpiecznie i nie wyjdzie po za utarte we Wschodnim gromie schematy – a więc opisy wojennych zmagań, długie i szczegółowe opisy broni oraz jeszcze więcej suchych relacji z bola bitwy. Przyznaję się bez bicia, nie wierzyłam, że autor radykalnie zmieni swój styl, a tymczasem pan Jakub to właśnie zrobił! Zaserwował mi całą masę emocji, sprawił, że szczęka mi opadła i nie mogłam nic powiedzieć, a co najważniejsze – samym zakończeniem wbił mnie w fotel! Dlatego znowu ponawiam pytanie – jak można w takim momencie skończyć książkę! Przecież to grzech, niewybaczalny grzech! Może nie będę kingowską Misery, ale najchętniej stanęłabym nad głową autora i tak jojczyła, że dla świętego spokoju napisałby kolejną część już, dziś, zaraz! 

W poprzednich tomach cyklu zabrakło mi jednego elementu. Miałam wrażenie, że autor tak bardzo skupił się na potyczkach, że zupełnie zapomniał, iż na wojnie nie giną tylko żołnierze. Walki pochłaniają zawsze tysiące ludzkich istnień, w większości cywilów. W Pierścieniu Ognia po raz pierwszy czytelnik może przekonać się jak wygląda konflikt zbrojny z perspektywy zwykłego człowieka – a w tym konkretnym przypadku młodego małżeństwa wraz z małymi dziećmi. Bardzo się cieszę, że Jakub Pawełek zdecydował się na taki zabieg, bo przez to cała lektura nabrała, wręcz namacalnej, realności. 

Sama akcja jest zdecydowanie lepiej zwarta i zarysowana niż do tej pory. Fabuła dosyć szybko nabiera tempa i niemal cały czas trzyma w napięciu! No ja jestem naprawdę bardzo, bardzo zadowolona z lektury! 

Do dobrze znanych czytelnikowi z dwóch pierwszych tomów bohaterów dochodzą zupełnie nowi. W książce mamy więc prawdziwy wachlarz postaci – jedni zdecydowanie lepiej zarysowani, inni potraktowani trochę po macoszemu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przy takiej ilości charakterów nie sposób zająć się wszystkimi w równie absorbujący sposób. 

Styl (co muszę stwierdzić z nieukrywaną radością) jest z każdą częścią coraz lepszy. Co prawda nadal tych technicznych opisów jest dosyć sporo, ale tym razem autor poszedł do przodu i chwała mu za to! Już zacieram ręce na to, co dostaniemy w piątym tomie! Mogę się do przyczepić jedynie do powtórzeń, które może nie zdarzały się nagminnie, ale jednak występowały. 

Pierścień Ognia jest jedna z lepszych książek, z którą dane mi było zapoznać się w tym roku i drugą lekturą, której zakończenia po prostu nie przyjmuje do wiadomości. Sprawa rozpoczęta w ostatnich zdaniach powinna już dawno zostać wyjaśniona i każda chwila zwłoki będzie działać na niekorzyść autora! A już tak całkiem serio – jestem mega pozytywnie nastawiona do innych lektur tego typu! Kto wie, może jeszcze z czasem war booki zajmą bardzo wysokie miejsce w moim subiektywnym rankingu ulubionych gatunków!

OCENA: 8/10


Witam, dzisiaj mam wolne, więc tylko wrzucam recenzję i idę odsypiać, a co! To był bardzo długi, ciężki tydzień… dobrych snów! 

[1] Opis pochodzi ze strony LubimyCzytać

czwartek, 19 października 2017

453. Autor wraca do początków, czyli "Kaukaski płomień"

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2015
WYDAWNICTWO: Ender

OPIS
Po zatrzymaniu chińskiej ekspansji i po klęsce Amerykanów w Iranie rozpoczyna się nowa polityczna era. Przymierze, niełatwy sojusz Polski, Rosji oraz innych krajów Europy Środkowej rośnie w siłę wbrew woli starej Unii Europejskiej oraz NATO. Rozpoczyna się gra o wpływy na Kaukazie oraz zasoby Morza Kaspijskiego. W Azerbejdżanie od kuli snajpera ginie prezydent Alijew. Podejrzenia padają na odwiecznego wroga – Armenię. Dochodzi do szybkiej eskalacji konfliktu i zbrojnych incydentów.
Świat zmierza w stronę wielkiej wojny o ostatnie wielkie złoża ropy i gazu. Na kaukaskich wyżynach rozpoczyna się konwencjonalne starcie na pełną skalę. W ogniu pocisków artyleryjskich, karabinowych kul i rakiet rozpoczyna się również walka o życie polskiej reporterki… [1]

RECENZJA
Jakub Pawełek całkiem niespodziewanie w moim czytelniczym serduszku zajął fotel z naklejką „obiecujący polski autor”. Sama nie sądziłam, że książki z serii WarBook mogą mi się spodobać, a jednak na świecie są takie rzeczy i sytuacje, które się nawet Tea nie śniły! Bo dobrym Wschodnim gromie i świetnym Perskim podmuchu, przyszedł czas na trzecią część „Przymierza” – Kaukaski płomień!

Świat tylko z pozoru może cieszyć się pokojem. Najwięksi światowi mocarze mają chrapkę na zasoby Morza Kaspijskiego, a Przymierze z każdym dniem rośnie w siłę i zdobywa nowe wpływy. Tymczasem w Azerbejdżanie ma miejsce udany zamach na prezydenta Aliewa. Wszystkie tropy prowadzą na Armenię. Po raz kolejny do gry wchodzą żołnierze, a oba państwa starają się pozyskać jak najwięcej sprzymierzeńców. Konflikt na kaukaskich wyżynach jest idealnym momentem, aby przejąć władze nad ogromnymi złożami ropy i gazu. Polityczna gra nabiera rumieńców.

Muszę się Wam przyznać, że czuję się trochę zawiedziona. Perski podmuch był ogromnie zajmującą i intrygującą lekturą, w Kaukaskim płomieniu z żalem muszę przyznać, że autor cofnął się do swoich wcześniejszych „przyzwyczajeń” i akcja bardzo powoli nabiera tempa. Co prawda w pewnym momencie z delikatnego truchtu przechodzi w miarowy bieg, ale zanim do tego dochodzi trochę stron w książce mija. Sama polityczna intryga była świetnie przemyślana, ale niestety po raz kolejny więcej można poczytać o wojennych potyczkach (miejscami trochę przydługich i nużących) niż politycznych gierkach. 

Autor zdecydował się również na rozbudowanie „polskiego” wątku i takim oto sposobem bliżej poznajemy dziennikarkę Ludmiłę Gajdę, która z wojennego pola trafia w ręce terrorystów. Na pomoc polskiej obywatelce wyrusza Radegas – jednostka specjalna Przymierza. 

Sam pomysł stworzenia sojuszu polsko-rosyjskiego jest bardzo fajnym posunięciem, może mało prawdopodobnym (jak  już to wcześniej podkreślałam, dla mnie to żaden problem), ale za to naprawdę intrygującym! Mam jednak nadzieję, że w jak na razie ostatniej wydajnej lekturze w cyklu (Pierścień Ognia) Jakub Pawełek zdecydowanie więcej miejsca poświęci na polityczną fikcję. 

Do dobrze znanych czytelnikowi z dwóch pierwszych tomów bohaterów dochodzą zupełnie nowi. W książce mamy więc prawdziwy wachlarz postaci – jedni zdecydowanie lepiej zarysowani, inni potraktowani trochę po macoszemu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przy takiej ilości charakterów nie sposób zająć się wszystkimi w równie absorbujący sposób.

Sam styl autora nie jest zły, chociaż nie obraziłabym się, gdyby kosztem dokładnych opisów broni w książce pojawiło się coś więcej chociażby o bohaterach. Miejscami dało się wyczuć, „powrót” do debiutu, nad czym strasznie ubolewam! Mam tylko na dzieję, że Pierścień ognia powali mnie na kolana!

Kaukaski płomień to kolejna nienajgorsza, typowo „męska” lektura – techniczna i twarda, która nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu. Autor troszkę zawiódł wybudowane w Perskim podmuchu zaufanie, ale wierzę, że pan Jakub jeszcze nie powiedział ostatniego słowa!

OCENA: 6/10


Witam! Ta pogoda w kratkę strasznie dobija moje ciśnienie. Czy tylko ja w te słoneczne dni zmagałam się z ciągłymi zawrotami głowy? Ja chcę już zimy! Chcę śniegu, mrozu… no i świąt! Zdecydowanie. Pozdrawiam serdecznie 

[1]Opis pochodzi ze strony LubimyCzytać