Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 października 2019

590. Michael Dobbs - "House of Cards. Ostatnie rozdanie"


AUTOR: Michael Dobbs
ORYGINALNY TYTUŁ: The Final Cut  
SERIA: Francis Urquhart
TOM: Trzeci
TŁUMACZ: Agnieszka Sobolewska
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO:  Znak Literanova

OPIS
Francis dzięki swojej przebiegłości i bezwzględnym wybiegom wygrał wszystko, co na scenie politycznej było do wygrania. Dla niego to jednak wciąż za mało. Tylko miesiące dzielą go od tytułu najdłużej urzędującego premiera Wielkiej Brytanii. Wyniki sondaży są jednak coraz gorsze. Groźba utraty władzy staje się realna. Francis musi posunąć się dalej niż kiedykolwiek wcześniej, by nie utracić swojej pozycji.
Nawet niebezpieczny pomysł wywołania międzynarodowego konfliktu stanie się opcją wartą zaryzykowania… [1]

RECENZJA
Po ekspresowo przeczytanym drugim tomie House of Cards szybko wzięłam się za „Ostatnie rozdanie”. Naprawdę wciągnęłam się w tę serię przy poprzedniej części i mocno liczyłam, że finał wciągnie mnie równie porządnie. Niestety, ale po pierwszych stu stronach czułam się mocno rozczarowana. Dlaczego? Przekonacie się, jeśli przeczytacie recenzję do końca.

Od wydarzeń w ostatnim tomie minęło około dziesięć lat. Francis dalej jest premierem i tylko kilka miesięcy dzieli go od pobicia rekordu urzędowania należącego do Margaret Thatcher. Coraz więcej jest jednak głosów, że ze względu na wiek – ma siedemdziesiąt pięć lat – powinien odejść na emeryturę. Francis dalej jest rządny władzy i ciągle czuje się na siłach by sprawować urząd premiera. Aby zamkną usta swoim przeciwnikom postanawia zagrać negocjacjami granic na Cyprze. To wszystko może doprowadzi do międzynarodowego konflikt. Na dodatek jest jeszcze również tajemnicza sprawa związana ze stacjonowaniem Francisa Urquharta na Cyprze w 1954. Czy Francis posunie się do tego, aby wywołać międzynarodowy konflikt? Czy aby utrzymać władzę sparaliżuje bezpieczeństwo międzynarodowe? Ci, którzy znają Francisa znają już na te pytania odpowiedzi…

Francis ma już sześćdziesiąt pięć lat. Wszyscy zauważają, że wiek zaczyna odgrywać u niego rolę. Nawet jego żona Mortima to widzi, ale nie mówi mu tego przez wzgląd na ich uczucie. Urquhart ma ambicje by być najdłużej panującym premierem w kraju. Chce zapisać się na kartach historii. Dalej jest bezwzględny w dążeniu do celu. Jest w stanie poświęcić w tej sprawie nawet krew gimnazjalistek z Cypru. Jednak prądy nie sprzyjają jego decyzjom. Wielu ministrów zaczyna knuć przeciwko niemu, ale tylko jeden z nich ma odwagę oficjalnie się mu sprzeciwić. Jest nim Tom Makepeace, który jest wskazywany na nowego premiera. Francis nie chce jednak oddawać władzy i postanawia zagrać negocjowanymi granicami na Cyprze: między greckimi Cypryjczykami oraz tureckimi. Nie wszystko jednak idzie tak jak powinno, a nasz premier jest w coraz większym szoku i niedowierzaniu, że jego era może dobiegać końca…

Rozczarował mnie jeden fakt. Drugi tom zakończył się w dość zaskakującym momencie i w trzecim brakowało mi jego kontynuacji. Oczywiście fakt, że akcja dzieje się dziesięć lat później pokazuje mniej więcej jak zakończyła się sytuacja, ale jednak to mnie nie usatysfakcjonowało. Poczułam się oszukana przez Michaela Dobbsa, bo ten wątek można było dobrze kontynuować w trzecim tomie. Postanowiono z kolei na konflikt międzynarodowy, który nie do końca mi przypasował. Bardziej interesowały mnie wewnętrzne roszady w rządzie premiera. Zakończenie jest zaskakujące, ale gdy na spokojnie przeanalizuje się zachowanie Francisa przez całą serię nie wydaje się ono w sumie takim zaskoczeniem.

Podsumowując: jak dla mnie najsłabszy tom. Lepiej by wyszło, gdyby autor zaczął w momencie, gdzie zakończył się tom drugi. Ten napisany trochę na siłę. Jednak całą serię oceniam pozytywnie i z pewnością będę ją polecać, bo jest warta zainteresowania.  

OCENA: 6/10

W następnym poście postaram się Wam zebrać w całość moje odczucia odnośnie całości książki jak i obejrzanego przeze mnie serialu ;). 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 12 października 2019

587. Dorota Gąsiorowska - "Szept syberyjskiego wiatru"


AUTOR: Dorota Gąsiorowska
ROK WYDANIA: 2019
WYDAWNICTWO:  Między Słowami

OPIS
Opowieść o uczuciu silniejszym niż syberyjski wiatr.
Kalina musi zostawić wszystko, co kocha. Oszukana przez wspólniczkę, wraca do Polski po wielu latach nieobecności i zaczyna pracę w fabryce porcelany należącej do jej bogatej babki. W nowych obowiązkach ma jej pomóc Sergiusz, prawa ręka starszej pani. Mężczyzna jest od początku zaskakująco wrogo nastawiony do Kaliny. Jednak za każdym razem, kiedy dziewczyna patrzy w jego oczy – głębokie niczym jezioro Bajkał – czuje, że skrywa on jakąś tajemnicę. Pewnego dnia babka prosi Kalinę, by odebrała z Petersburga dziwną przesyłkę. W podróży towarzyszyć ma dziewczynie Sergiusz. Dwie tajemnice – babki i Sergiusza – splecione ze sobą, zawiodą Kalinę aż na Syberię. To tam za przewodnika dziewczyna będzie musiała obrać własne serce.
Tylko czy odważy się go posłuchać? I co się stanie, gdy do jej serca wtargnie uczucie silniejsze niż sam buran, porywisty syberyjski wiatr? [1]

RECENZJA
Po przeczytaniu „Karminowego serca” obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie książki Doroty Gąsiorowskiej. Co prawda najpierw muszę przywieźć je z domu rodzinnego, ale po „Karminowym sercu” w jakiś sposób stałam się fanką tej autorki. Dlatego od momentu zapowiedzi „Szeptu syberyjskiego wiatru” oczekiwałam na datę premiery by móc zakupić najnowszą powieść Doroty Gąsiorowskiej.

Kalina Fiodorow jest pół Polką i pół Rosjanką, która od dziesiątego roku życia mieszkała w Szkocji. Zabrała ją tam siostra jej mamy po tym, gdy rodzice dziewczynki zginęli w wypadku samochodowym. W Szkocji razem z ciotką Moniką prowadziła sklep z pamiątkami. Szło im całkiem dobrze, aż nie weszły w układ z najlepszą przyjaciółką Kaliny – Olivią. Kobieta uciekła z pieniędzmi i zostawił Kalinę i Monikę w ogromnych długach. Na ratunek przychodzi im babcia dziewczyny – Leonia, którą widziała jeden jedyny raz na pogrzebie rodziców. Starsza kobieta jest właścicielką fabryki porcelany w okolicach Nowego Sącza. Chce, aby Kalina zaczęła pracę w tej fabryce, a przy okazji zaczęła się wprawiać do przejęcia rodzinnego majątku. W szczegóły pracy i jej obowiązki ma wprowadzić ją tajemniczy Sergiusz, który od początku jest wrogo nastawiony do dziewczyny. Dlaczego? Jaką tajemnicę skrywa Sergiusz, a co ukrywa przed światem babcia Leonia?

Kalina jest młodą i atrakcyjną dziewczyną, która swoje atrybuty maskuje obszernymi bluzami i innymi nijakimi ubraniami, więc według niej nie pasuje do pracy na ważnym stanowisku w fabryce porcelany. Podejmuje jednak wyzwanie analizując dokładnie swoją sytuację. Nie podjęła tej decyzji spontanicznie. To właśnie charakteryzuje Kalinę. Jest ostrożna w podejmowaniu ważnych decyzji. Możliwe, że Duzy wpływ miał na to incydent związany z jej najlepszą przyjaciółką, która oszukała ją na ogromną kwotę. Kalina z wielką obawą przyjechała do babki, której nie widziała od kilku lat i która nie wyryła się w jej pamięci, jako osoba o przyjaznym nastawieniu. Na dodatek Sergiusz, który wydaje się nienawidzić dziewczyny od pierwszego spojrzenia nie ułatwia jej aklimatyzacji w Polsce.

Życie trójki bohaterów: Sergiusza, Leonii oraz Kaliny nie było nigdy usłane różami. Każde z nich miało swoje przeżycia, które uniemożliwiało im cieszenie się życiem tak jak powinni. Uprzedzenia i tajemnice spowodowały, że Sergiusz i Kalina nie mogli na początku nawet na siebie spojrzeć. Dorota Gąsiorowska pokazała jak czasami wiele nieszczęść spada na barki jednej osoby, jak to potrafi uczynić ją gorzką i przykrą w obyciu. Jednak pojawienie się dobrej osoby na drodze może sprawić, że w końcu uśmiechnie się odrobina szczęścia.

Ogromny szacunek dla autorki za szczegółowe opisy Petersburga i okolic Bajkału. Nie wiem czy Dorota Gąsiorowska była w tych miejscach osobiście, ale jeśli nie to przygotowała się bardzo dobrze. Uważam, że to naprawdę kawał dobrej roboty. Autorka zrobiła również coś, czego oczekuję od pisarzy, gdy wprowadzają postaci niemówiące w ojczystym języku książki. Dorota Gąsiorowska w przypadku rozmów z opiekunką Katią używała języka rosyjskiego, którego na szczęście nie musiała tłumaczyć, bo wszystko dało się dobrze zrozumieć. To cenię.

„Szept syberyjskiego wiatru” to powieść dobra, ale nie genialna. Spodziewałam się, że bardziej mnie porwie. Momentami dialogi były dla mnie sztuczne i odnosiłam wrażenie, że w rzeczywistości ludzie by tak się do siebie nie odezwali. Brakowało mi tej magii z „Karminowego serca”. Ta książka była po prostu dobra, ale nic więcej. Zaintrygowała mnie, ale nie porwała. Myślę, że po prostu oczekiwałam od niej więcej niż dostałam. Spodziewałam się większego: wow, ale po prostu nie wyszło. Niestety.

Czy polecam? Jako pierwszą powieść autorki nie, ale jako kolejną już tak. Ja odczuwam lekkie rozczarowanie, ale i tak bywa. Nie można mieć wszystkiego. Liczę, że kolejne pozycje tej autorki będą dla mnie tylko zachwycające.
"Właściwi ludzie pojawią się obok nas po coś i zwykle są naszym odbiciem. Wszechświat daje nam dokładnie to, czego potrzebujemy. Trzeba tylko umieć to odczytać." ~ Dorota Gąsiorowska, Szept syberyjskiego wiatru, Kraków 2019, s. 304.
OCENA:  7/10

Cześć! 
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że tak szybko przyjdzie październik vel piździernik jak mówi mój M. To miesiąc moich urodzin, ale też tego, że nie jest już tak gorąco jak latem, a to bardzo mnie cieszy :). 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

środa, 2 października 2019

584. Bolesław Prus - "Lalka"



AUTOR: Bolesław Prus
ROK WYDANIA: 1973
WYDAWNICTWO:  Państwowy Instytut Wydawniczy
OPIS
Polska powieść wszech czasów.
Izabela Łęcka i Stanisław Wokulski to jedna z budzących najgorętsze emocje par literatury polskiej. Ale Lalka jest nie tylko powieścią o nieszczęśliwej miłości nowobogackiego przedsiębiorcy do panny z wyższych sfer. Jest opowieścią o świecie, w którym trzeba trzymać się przypisanych ról, świecie głęboko podzielonym wyraźnymi, choć niewidocznymi granicami. Lalka to epicki rozmach, dziewiętnastowieczna Warszawa, blichtr i brud, bogactwo postaci i pulsujące życie.  [1]

RECENZJA
Napisanie recenzji o książce, która na stałe wpisała się w polską literaturę i uznawana jest za dzieło wielkie i ponadczasowe nie jest łatwe. Na dodatek „Lalkę” powinnam przeczytać w liceum, ale wtedy czytałam wszystko, co nie należało do kanonu lektur.

Stanisław Wokulski to kupiec galanteryjny, którego poznajemy w momencie powrotu do Warszawy po zakończeniu wojny rosyjski – tureckiej z roku 1878. Wokulski jest zakochany bez wzajemności w Izabeli Łęckiej. Izabela Łęcka jest zubożałą szlachcianką, której ojciec roztrwonił majątek – w tym jej posag. Bez niego Łęcka nie ma szans na małżeństwo w swojej klasie społecznej. A panna Izabela nie chce słyszeć o małżeństwie z kimś niższego stanu. Nieszczęśliwa miłość Wokulskiego do Łęckiej jest głównym wątkiem książki, wokół którego kręci się cała akcja.

Stanisław Wokulski jest postacią, która łączy w sobie cechy romantyka i pozytywisty. Jest człowiekiem przełomu epok. Określając go, jako romantyka mam na myśli: udział w powstaniu i walkę o wyzwolenie z zaboru rosyjskiego oraz szybki awans społeczny, któremu towarzyszy wyobcowanie, bo obraca się w dwóch klasach społecznych – mieszczaństwo i arystokrację. Z żadną z nich nie czuje stuprocentowego powiązania. Romantyków wyróżniała również nieszczęśliwa miłość, – czyli w wypadku Stanisława Wokulskiego była nią Izabela Łęcka. Wyidealizował ją i nie zauważał jej wad. Gdy z kolei chcemy pokazać Wokulskiego, jako postać z epoki pozytywizmu to musimy pamiętać o tym, że miał on zapędy i zainteresowania nauką oraz techniką, ale nie umiał dla nich zrezygnować z miłości. Na dodatek, jako pozytywista stara się podnieść poziom gospodarczy kraju poprzez powiększenie swojego sklepu i stworzenie nowych miejsc pracy, podniesienie płac swoim pracownikom czy też bezinteresowna pomoc ubogim, np. prostytutce Mariannie. W tej roli wykazuje również tolerancję dla inności czy też dla Żydów, którymi jego koledzy po fachu oraz arystokracji gardzą. Stanisław Wokulski to postać tragiczna, bo obojętnie, jakiej decyzji by nie podjął w przypadku Izabeli Łęckiej byłby nieszczęśliwy, bo nawet małżeństwo z wyidealizowaną Łęcką nie dałoby mu szczęścia ze względu na różnicę klas społecznych.

Skoro już jesteśmy przy pannie Łęckiej to warto wspomnieć, że chociaż pochodzi z arystokracji to jej rodzina stoi na skraju bankructwa. Wychowana w sposób klasyczny dla swojej klasy społecznej, czyli na salonach, balach czy bankietach zawsze posiada kółeczko wielbicieli, których nie interesuje jej charakter, a uroda, którą powala na kolana oraz olbrzymi psach. Jednak, gdy ojciec – Tomasz Łęcki – bankrutuje, uciekają również wielbiciele. Izabela świat uważa za cudowne miejsce i nie zauważa ubóstwa, szarości czy też problemów zwykłych ludzi. Nie ma poczucia sprawiedliwości, że posiada więcej niż inni i żyje jej się z tego powodu lepiej. Uważa, że arystokracja została stworzona, aby ludzie niższego stanu dzięki nim mogli poznawać kulturę, sztukę, żeby arystokracja dawała im przykład, co jest sztuką wyższą.
Bolesław Prus - "Lalka"
Ważną postacią w powieści Bolesława Prusa jest stary subiekt Ignacy Rzecki, którego zapisy w pamiętniku zdecydowanie najlepiej mi się czytało z całej książki. Ignacy Rzecki jest romantykiem w każdym tego słowa znaczeniu i zagorzałym bonapartystą. Wierzy, że potomkowie Napoleona jeszcze przywrócą dawny ład światu. Jest zaprzyjaźniony z Wokulskim i bardzo martwi się o niego – w każdym aspekcie. On najchętniej znalazłby mu żonę z mieszczaństwa i sprawił, że Stach byłby szczęśliwy. Gdy dociera do niego, kto jest obiektem westchnień Wokulskiego przeczuwa, że z tego uczucia nie wyjdzie nic dobrego.

Te trzy wymienione i opisane przeze mnie postaci to główni bohaterowie książki. Oprócz nich w „Lalce” jest całe mnóstwo postaci drugoplanowych jak: Tomasz Łęcki, Julian Ochocki czy baronostwo Krzeszowscy lub też pani Stawska. Jednak nie będę się o nich rozpisywać, bo ta recenzja byłaby nieznośnie długa. O jednym Was mogę zapewnić, że postaci są różne. Teraz chcę się skupić na wątkach, które w swojej powieści poruszył Prus. Oprócz nieszczęśliwej miłości Wokulskiego do Łęckiej jest również wątek poświęcony Rzeckiemu i jego życiu. Po przez jego pamiętniki dowiadujemy się więcej o jego życiu, a także o obecnej sytuacji politycznej na świecie. Zapiski starego subiekta tylko podkreślają to, że był on romantykiem i za nic w świecie nic tego nie było w stanie zmienić. Autor w swojej pozycji dobrze ukazał kwestię społeczno – obyczajowe, w których najbardziej rzuca się w oczy fakt, że arystokracja miała ogromny problem z zaakceptowaniem zmian, jakie zachodziły, czyli wymieszaniem się warstw społecznych, także mieszczaństwo otrzymało swoją krytykę, bo nie akceptowali rozwoju sklepu Wokulskiego, którego nazywali „dorobkiewiczem”. Prus ukazał społeczeństwo polskie jego zazdrosne i rzucające kłody pod nogi każdej jednostce wybitnej.

Skoro już przeszłam przez ważne tematy poruszone w książce mogę swobodnie skupić się na odczuciach, które miałam podczas czytania. Oprócz postaci Ignacego Rzeckiego nikt nie przypadł mi do gustu. Stary subiekt to postać, którą ja, jako czytelnik polubiłam. To sympatyczny człowiek, który bardzo martwi się o Wokulskiego. Niepokoi go jego zafascynowanie panną Łęcką i najchętniej w roli żony przyjaciela widziałby Helenę Stawską – kobietę, której mąż uciekł zagranicę, gdy oskarżono go o morderstwo lichwiarki i wszelki słuch o nim zaginął. On oraz doktor Szuman przeczuwali, że Łęcka zgubi Stanisława. Swoją drogą główny bohater bardzo mnie irytował. Był niezdecydowany, co do tego, kim chce być oraz czy stara się o Izabelę czy też nie. Robił z siebie męczennika i nie widział rzeczy oczywistych. Wokulski był mądrym człowiekiem, który z powodu miłości do niewłaściwej osoby zmarnował swój potencjał i szansę na dokonanie wielkiego odkrycia. Co do panny Izabeli to na początku nie wydawał mi się taką okropną postacią. Była bardziej naiwna, chowana w swojej klasie wydawała się głupiutką panienką. Jednak wraz z upływem stron wychodziła z niej przebrzydła femme fatale. Najważniejszy był dla niej podziw wielbicieli i jej klasy społecznej. Cała reszta mogła nie istnieć.

Stwierdziłam, że Stanisław Wokulski był jednak typem romantyka, bo dla miłości poświęcił wiele, a najprawdopodobniej nawet najcenniejszy dar, jaki dał nam los – życie. Patrząc na tę postać doszłam do wniosku, że ja nigdy nie będę typową romantyczką, bo dla mnie jest sporo rzeczy ważniejszych, a nie powodzenia w miłości mogą człowieka zdołować i sprawić, że nie będzie miał chęci do życia, ale żeby w szale uczucia pozbywać się dorobku życia byle tylko zaspokoić wysoki gust ukochanej osoby? Nigdy!

„Lalkę” pokochałam. Dla mnie ta powieść również będzie ważną w życiu i w sumie cieszę się, że przeczytałam ją, jako osoba dorosła, która sama wyciągnęła z niej pewne wnioski i do kilku doszła. Możliwe, że jako licealistka pojęłabym ją tak ja życzyłby sobie tego system edukacji. Możliwe, że wtedy nie dostrzegłabym piękna tej książki i jej wielowątkowości. Myślę, że w przyszłości jeszcze do niej wrócę.
 „Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.” ~ Bolesław Prus, Lalka, Warszawa 1973, s. 225-226.
OCENA: 8/10
[1] Opis pochodzi z serwisu lubimyczytac.pl

środa, 25 września 2019

582. Katarzyna Michalak - "Dla Ciebie wszystko"


AUTOR: Katarzyna Michalak
SERIA: Trylogia Jabłoniowa
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Literackie

OPIS
Okaleczony, porzucony przez matkę chłopczyk, ścigany przez policję haker i wrażliwa, pełna uroku młoda pani doktor. Co połączy tak różnych ludzi?
Ania Kraska, mała bohaterka bestsellerowej powieści W imię miłości, ma już dwadzieścia kilka lat. Skończyła medycynę i wreszcie może spełnić swoje marzenia – pomagać ludziom. W dodatku pojawia się atrakcyjna propozycja stażu zagranicznego, a przystojny kolega z pracy wydaje się zakochany w Ani po uszy. Ale życie bywa nieprzewidywalne.
Na drodze Ani stanie dwóch nieznajomych mężczyzn, którym będzie bardzo potrzebna. Jeden przed kimś ucieka i prosząc dziewczynę o pomoc, naraża ją na śmiertelne niebezpieczeństwo. Drugi ma cztery lata i oczy pełne lęku.
Czy Ania zdoła im pomóc? Czy uratuje małego Piotrusia przed złym losem? Czy ulegnie urokowi Daniela, dla którego ucieczka wydaje się jedynym sposobem na życie? [1]

RECENZJA
Dobrze, że to w sumie jak na razie koniec spotkań z twórczością Katarzyny Michalak w moim wykonaniu. Jeszcze kilka jej książek na mnie czeka, ale znowu muszą swoje odleżeć, żebym się za nie wzięła, bo to tej serii zdecydowanie potrzebuję odpoczynku.

Ania Kraska została lekarzem, chce pomagać ludziom, aby nigdy więcej żadne dziecko nie musiało cierpieć tak jak ona, gdy jej mama chorowała na raka mózgu. Szlachetne. Ma szansę na staż w Ameryce u boku doktora, który uratował życie jej mamy „W imię miłości”. Ania jest jednak rozdarta, bo w Gdańsku jest przystojny Tomek, w którym wydaje się jej, że jest zakochana. Pewnego dnia podczas pobytu na Jabłoniowym Wzgórzu wybrała się na przejażdżkę konną, w trakcie, której na drodze spotkała umierającego mężczyznę. Natychmiast postanowiła mu udzielić pomocy. Gdy tajemniczy nieznajomy obiecuje jej pomóc wyciągnąć ze szpitala czteroletniego Piotrusia, któremu amputowano nóżkę i po którego matka nie zgłosiła się do szpitala życie Ani nabiera innego znaczenia…

Bohaterowie ponownie są albo źli albo dobrzy. Ania jest krystalicznie czysta, ale już jej kolega ze studiów Tomek ma wobec niej tylko złe intencje. Jakby nie można było zrobić z niego normalnego chłopaka. Pewnie, że nie można było, bo wtedy Ania miałaby poważny dylemat czy wybrać Tomka, którego ojciec jest ordynatorem w gdańskim szpitalu czy Daniela, hakera, którego poszukuje policja na całym świecie i którego poznaliśmy w „Wiśniowym Dworku”. Wiem, że autorka od początku miała zamiar ich połączyć, ale zrobiła to w sposób bardzo prosty i infantylny. Bardzo denerwuje mnie to, że uparcie wmawia czytelnikowi, że Daniel, który jest hakerem i okrada banki przedstawiany jest, jako dobry człowiek. Nie, nie jest. Jest złodziejem! Na litość boską! Ale Pani Michalak ma swój świat i swoje kredki…

„Dla Ciebie wszystko” trzyma poziom poprzedniego tomu. Nie jest ani złe ani wybitnie dobre. Dalej jest miejscami infantylne i za dużo w nim zbiegów okoliczności, ale nie czytało się tego bardzo źle. Na szczęście szybko również uporałam się z lekturą. Ta seria nie zostanie długo w mojej pamięci, bo nie była wybitnie zła, ale również nie powaliła mnie na kolana. Już wiem, czemu autorka musi tak bardzo dopracowywać swoje okładki, bo za czymś musi ukryć marną treść.

Naprawdę boli mnie, że poważne tematy są przez Panią Michalak traktowane po macoszemu. To jest straszne, bo naprawdę ma dobre zamysły na swoje książki, ale ich wykonanie bardzo kuleje, bo autorce chyba żal robić porządne wywiady, badania, które sprawiłby, że jej książki staną się bardziej realne.

Nie było źle, ale szału też nie było. Nie zmieniłam zdania odnośnie twórczości Pani Michalak. Jest to literatura, po którą –  gdy skończę wszystkie jej książki, które mam w domu – więcej nie sięgnę.
„Miłość jest bezwarunkowa. Kocha się nie za coś, lecz mimo wszystko. Akceptując nie tylko tę jasną i piękną, ale i ciemną stronę tego, kogo kochamy.” ~ Katarzyna Michalak, Dla Ciebie wszystko, Warszawa 2014, s. 125.
OCENA: 5/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 21 września 2019

581. Katarzyna Michalak - "W imię miłości"


AUTOR: Katarzyna Michalak
SERIA: Trylogia Jabłoniowa
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Literackie

OPIS
Koniecdroga, malownicza wieś na przysłowiowym końcu świata. Jabłoniowe Wzgórze, piękny, stary dwór, należący do Edwarda Jabłonowskiego, urokliwie położony pośród łąk i lasów. Ale nawet w takiej scenerii rozgrywają się ludzkie dramaty.

Oto w progu Jabłoniowego Wzgórza staje przestraszona dziesięcioletnia Ania. Pożegnawszy się ze śmiertelnie chorą mamą, przyjechała do dziadka, którego właściwie nie zna. Edward nigdy nie interesował się wnuczką, czy więc teraz dziewczynka może liczyć na jego pomoc?
A może jednak wydarzy się cud i Edward zrozumie ile bólu zadał najbliższym? Może zadziała magia Jabłoniowego Wzgórza i tajemniczy opiekun Ani, Ned spróbuje naprawić dawne błędy?
W imię miłości dokonuje się przecież najpiękniejszych rzeczy. [1]

RECENZJA
Wierzcie mi lub nie ja naprawdę staram się dawać Katarzynie Michalak duże fory, jeśli chodzi o jej twórczość. Nie podnoszę wcale tak wysoko poprzeczki, a jednak jest ona wciąż nie osiągalna dla jednej z bestsellerowych autorek… Chociaż „W imię miłości” wcale nie było takie najgorsze jak się spodziewałam.

Wszyscy kojarzymy rudowłosą bohaterkę powieści Lucy Maud Montgomery. Właśnie na tej postaci Katarzyna Michalak postanowiła stworzyć swoją bohaterkę. Ania Kraska jest dziesięcioletnią dziewczynką, która przybywa do Koniecdrogi, gdzie mieszka jej dziadek, którego nigdy w życiu nie widziała. Który siedem lat wcześniej wyrzucił ją i matkę z domu nie chcąc im pomóc. Ania nie ma wyjścia. Musi znaleźć sposób, żeby dziadek się nią zaopiekował. Jej mama – Małgorzata – ma raka mózgu. Żaden lekarz w Polsce nie chce się podjąć jego usunięcia, więc kobieta jest skazana na bolesną i powolną śmierć, a jej córka na dom dziecka. Ania nie chce do tego dopuścić, więc jedzie do dziadka Edwarda. Po drodze spotyka tajemniczego mężczyznę, który przedstawia się, jako Ned i towarzyszy jej do domu krewnego.

To jest ten raz, kiedy infantylność książki da się usprawiedliwić. Autorka bardzo dużą część historii opowiada z perspektywy Ani, więc można na to przymknąć oko. Dziewczynki nie da się nie lubić. Jest rezolutna, a przez chorobę matki musiała przejść ekspresowo pewien etap dojrzewania. Jednak dalej uważa, że świat i ludzie są dobrzy. Ciężko jej zaakceptować, że może być inaczej, a pierwsze rozczarowanie przyjmuje z ogromnym bólem. Jednak nie ukrywajmy, że dziesięcioletnia dziewczynka nie korespondowałaby ze światowej sławy lekarzami. Nie dałaby rady językowo i chociaż autorka piszę, że Ani ktoś dorosły pomagał to ja się pytam, dlaczego wtedy nikt dorosły nie zawiadomił o całej sprawie opieki społecznej? W dzisiejszych czasach, gdzie dziecko jest świętością szkoła od razu zainteresowałaby się, że jednak jest coś nie tak, bo matka wcale nie pojawia się w szkole na zebraniach. A jednak okazało się, że nauczycielka potrafiła konspirować z dziesięciolatką. No litości!

Pozostali bohaterowie to albo Ci źli do szpiku kości jak Eliza i Marlen albo tacy jak Edward Jabłoński, który przechodzi metamorfozę lub też Ned Starski, który jak się można spodziewać ma za sobą mroczną przeszłości i jest przedstawiany, jako ten dobry, który popełnił jeden błąd. Tu mogę się zgodzić, że akurat Ned jest dobrym człowiek, który po prostu wykonał dobry uczynek, ale został za niego skazany. Jest to zupełnie różne zachowanie od tego, które prezentował Daniel z „Wiśniowego Dworku”.

Ta książka była niezła. Nigdy nie sądziłam, że to napiszę o twórczości pani Michalak, ale tak było. Było trochę infantylnie i ponownie napchane wszystkiego po same uszy, ale było też znośnie. Czytałam, bo chciałam poznać zakończenie tej historii. Ta opowieść miała szansę na to, aby poruszyć i roztopić nie jedno serce czytelników. Miała szanse na wzruszenie, ale jak poprzednia jest napisana na szybko, na kolanie, a to nie przysłużyło się zdecydowanie tej książce. Dalej uważam, że można by było to bardziej dopracować i byłoby lepiej. Nie można mieć jednak wszystkiego.

Nie dam oceny dużo wyższej niż ostatnio, ale trochę dam, bo czytało się zdecydowanie lepiej i mniej wywracałam oczami w tramwaju. Nie spodziewam się, że „Dla Ciebie wszystko” będzie jeszcze lepsze. Ja nawet spodziewam się, że to był szczyt możliwości autorki i ostatni tom trylogii będzie słabszy niż ten. Czas pokaże…
OCENA: 5/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 23 lipca 2018

525. "Nie zapomnij mnie" dobrym następcą "Uratuj mnie"


AUTOR: Anna Bellon    
SERIA: The Last Regret
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  OMG Books
OPIS
The Last Regret są na szczycie: wyprzedana trasa koncertowa, nominacje do Grammy, uwielbienie fanów, świetna zabawa z paczką najlepszych przyjaciół.
Ale Ollie nie jest tak naprawdę szczęśliwy: ma apartament, którego nie może nazwać domem i dziewczynę, która nie jest jego wielką miłością. Bo Ollie nie zapomniał o Ninie, pierwszej i jedynej, którą naprawdę kochał. Którą chciał mieć w sercu na zawsze. I która zniknęła z jego życia.
Aż do dziś…
Dlaczego Nina odeszła bez słowa? Czy kiedykolwiek kochała Olivera? I dlaczego skrywana przez nią tajemnica nieodwracalnie zmieni życie, Olliego?  [1]

RECENZJA
Pamiętam, że „Uratuj mnie” rok temu wywarło na mnie dobre wrażenie i obiecałam sobie, że kolejny tom też przeczytam. Jakiś czas temu wyszedł drugi tom pod tytułem „Nie zapomnij mnie”, więc gdy tylko wyczytałam książki, które sobie wcześniej zaplanowałam od razu zabrałam się za przypomnienie debiutu Anny Bellon, bo kilka istotnych faktów mi umknęło, a potem z wielką chęcią zabrałam się za drugi tom.

The Las Regret w muzyce wspięli się na sam szczyt. Maia i Kayler są szczęśliwą parą narzeczonych. Reszcie też się jakoś wiedzie, ale w tym tomie bliżej poznamy Ollie’go Jamesona, który wychowywał się w domu dziecka. Przeszedł przez wiele rodzin zastępczych, aż w końcu w wieku trzynastu lat trafił do Blacków. Sharon i Phil są jedynymi rodzicami, których uznaje i wcale nie zamierza poznawać tych, którzy mu dali życie. Dopiero Blacków poczuł spokój i bezpieczeństwo, którego brakowało mu w domu dziecka. Oliver cały czas pamięta o Ninie, która była jego pierwszą wielką miłością. Dziewczyna pięć lat temu z dnia na dzień w zasadzie bez żadnego powodu wyjechała z miasta. Pewnego dnia spotykają się w rodzinnym mieście, czyli Pittsburgu. Co z tego wyniknie? Czy powrót Niny do życia Olivera wywróci je do góry nogami?

Jeśli chodzi o fabułę to do gustu bardziej przypadła mi pierwsza część, czyli „Uratuj mnie”. Druga część momentami mnie nużyła, ale to były chwile, które w kolejnych rozdziałach bardzo szybko mijały. Za to zauważyłam sporą zmianę na plus pod względem stylu autorki. W debiucie momentami było ciężko i naiwnie. W „Nie zapomnij mnie” dało się wyczuć większą pewność siebie i w to, co tworzy.

Oceniam tak samo, jak debiut, bo chociaż z fabułą moim zdaniem było trochę gorzej, to z kolei styl poszybował mocno w górę, więc wszystko się wyrównało. Uważam, że cała seria jest dobrą młodzieżówką, przy której da się miło spędzić czas.
„A przeszłość miała to do siebie, że lubiła się o człowieka upominać właśnie wtedy, kiedy ten chciał ją puścić wolno.”~ Anna Bellon, Nie zapomnij mnie, Kraków 2017, s. 51.
OCENA: 7/10

Jeszcze dwa miesiące i będę miała długi urlop <3. Marzę o nim. W tym tygodniu udało mi się w pracy urwać 3 dni, więc myślę, że powinno udać mi się nadrobić Wasze blogi, zmienić wygląd kolorystyczny Kreatywnej Alternatywa i dodatkowo nadrobić kilka książek - zwłaszcza, że nie będę tych trzech dni wolnych spędzać w domu :). 
Pozdrawiam,
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 14 lipca 2018

523. Luźna Sobota: Kto tu jest chory psychicznie?



AUTOR: Krystian Nowak
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO: Flow Books



OPIS
Krystek jest prężnym copywriterem, który trzaska masę ambitnych prodżektów. Tak można by go opisać na Fejsie. Jednak tak naprawdę Krystian jest kulturoznawcą, który żyje z pisania ogłoszeń klepanych aut dla komisu samochodowego i marzy o wydaniu swojej powieści. Stara się trzymać fason, popijając latte, i nie odstawać od standardów lewackich znajomych. Kiedy udziela pierwszego wywiadu jako literat, jego życie nabiera tempa, a on sam wpada w wir niecodziennych zdarzeń. Szasta lajkami, płaci swoim fejmem. Toczy filozoficzne dyskusje z kotami. Wpada na znanych ludzi w metrze i ucina sobie z nimi surrealistyczne pogawędki, choć już od dawna są martwi. Krystian to bohater na miarę naszych czasów, w których ważne są filtry na Instagramie, a miłości poszukuje się za pomocą geolokalizacji. Pełna czarnego humoru i sarkazmu powieść o millenialsach robiących kariery inne, niż im obiecywano. O rozczarowaniu i próbie radzenia sobie z rzeczywistością znacznie mniej nasyconą, niż ta na Insta. [1]

RECENZJA
Muszę się do czegoś przyznać. Czasem są takie książki, które przyciągają mnie do siebie jeszcze przed zerknięciem na opis. Tym razem było podobnie. Już sam tytuł książki Krystiana Nowaka - Wszyscy ludzie których znam są chorzy psychicznie - wystarczył, żebym zapragnęła przeczytać te pozycję. I niestety to był mój błąd. 

Krystian jest pisarzem. Nie jakimś znanym, w sumie to w ogóle nieznanym bo jego książka, którą tak szumnie się chwali jest jeszcze cały czas w fazie "przelania na papier". To jednak nie przeszkadza bohaterowi w próbie stworzenia sobie sławy i żebrania od wszystkich lajków, które swoją drogą w jego świecie stanowią pewną intratną walutę. Ponadto, Krystek pracuje na czarno - w miejscu, które go tłamsi, nie rozwija,  gdzie zarabia psie pieniądze i nic go nie cieszy. Oczywiście zawsze może liczyć na przyjaciela - również pisarza - który załatwia mu wywiady w nic nieznaczących pismach o literaturze. No i prawie bym zapomniała. Krystian ma również nieszczęście posiadać trzy koty. Celowo napisałam nieszczęście, ponieważ mimo mięciutkiego futerka i braku samotności kotki Rudi i Pchełka oraz kocur Junior to prawdziwe gadające utrapienie, które bezczelnie domaga się szynki! I jak tu żyć, kiedy sfera prywatna jest taka uboga, a państwo w niczym nie pomaga bo przecież żądzą nim sami faszyści. I co taki biedy lewak - jak sam o sobie mówi Krystek - może w takiej rzeczywistości począć?

Cóż. Nie wiem od czego zacząć. Mamy powieść satyrystyczną, która ukazuje współczesne przełożenie świata wirtualnego nad rzeczywistym - ludzie funkcjonujący za lajki, nierozstający się z telefonami i żyjący pomiędzy różnymi portalami społecznościowymi. Technicznie rzecz ujmując temat bardzo na czasie i taki na którym można zbudować coś naprawdę dobrego i potrzebnego. Niemniej, autor wplótł w to wszystko również politykę - co już na starcie mi się nie spodobało. Zabieg przejaskrawienia, który przecież jest w literaturze znany i ogólnie ceniony, tutaj stał się czymś w rodzaju manifestu, który niestety nic wartościowego nie wniósł ani tym bardziej nie zmusił do refleksji. 

Sam tytuł jest dosyć osobliwy. Wydawać by się mogło, że wszyscy poboczni bohaterowie będą borykać się różnego rodzaju zaburzeniami, a tymczasem dla mnie najbardziej zaburzoną postacią był właśnie Krystian. Jego tok rozumowania miejscami był wręcz absurdalnie chory, że już nie wspomnę o posiadaniu gadających kotów. Chociaż akurat te gadające futrzaki były dla mnie jednym z nielicznych plusów tej historii. 

Sam styl również mnie nie porwał. Chaotyczna narracja, urwane wątki i wszechobecne przekleństwa. Plusem jest za to dość duża czcionka, która pozwala w rekordowym czasie zapoznać się z całą pozycją. 

Wszyscy ludzie których znam są chorzy psychicznie  to bardzo specyficzna powieść. Niestety jest całkowicie nie dla mnie. Nie mówię, że książka Krystiana Nowaka nie znajdzie swoich odbiorów, bo na pewno niejednemu czytelnikowi się spodoba, ale mnie osobiście nie porwała. Chyba jednak to nie mój świat i nie moje klocki...

OCENA: 3/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję 

Dzień dobry, cześć i czołem. Cały czas się dzieje i sama nie wiem kiedy mija dzień za dniem, ale to w końcu minie, prawda? Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


wtorek, 26 czerwca 2018

520. Tea dała się złapać "W pułapce"...




AUTOR:
Magda Stachula
ROK WYDANIA:
2018
WYDAWNICTWO:
Znak  Literanova



OPIS
Klara budzi się rano na klatce schodowej. Nie pamięta, co się działo w nocy, nie wie, jak wróciła do domu. Z przerażeniem orientuje się, że od imprezy, na którą wyszła w sobotę, minęły dwa dni.
Odkrywa dziwne ślady na swoim ciele. A później dowiaduje się, że parę miesięcy wcześniej inną kobietę spotkało coś bardzo podobnego. Postanawia się z nią skontaktować. I wtedy ktoś podrzuca jej dziwny prezent. [1]



RECENZJA
Z Magdą Stachulą spotkałam już podczas czytania Trzeciej. Wówczas książka była dobra, ale nie porwała mnie. Do najnowszej pozycji autorki podchodziłam lekko sceptycznie. Bałam się, że W pułapce będzie również schematyczne. Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne. Nowa książka Stachuli to prawdziwa bomba!

Klara budzi się na klatce schodowej - boli ją głowa i zupełnie nie pamięta co działo się wcześniej. Kiedy wraca do domu orientuje się, że od momentu kiedy wyszła na sobotnią imprezę minęło już dwa dni. Dziewczyna jest przerażona - nie ma pojęcia co działo się z nią przez ostatnie dwie doby. Zupełnie nie pamięta gdzie była i z kim. Może została zgwałcona albo zarażona jakąś śmiertelną chorobą? Musi odtworzyć wydarzenia z ostatnich dni, ale boi się komukolwiek do tego przyznać. Klara obdarza zaufaniem jedynie swoją współlokatorkę. Młode kobiety zaczynają własne śledztwo, które doprowadza je do Lisy, której rok temu przydarzyło się dokładnie to samo.

W książce mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - wydarzenia obejmują przeszłość (historię Lisy) i teraźniejszość. Jednocześnie czytelnik poznaje również punkt widzenia osoby porwanej. Wszystko prowadzone jest w narracji pierwszoosobowej co umożliwia na bliższe poznanie się z bohaterami.

Jak już zaczęłam temat postaci, to muszę to pociągnąć dalej. Klarę i Lisę połączyła wspólna tragedia - obie zostały porwane i obie zupełnie nie wiedziały coś się z nimi działo przez 48-godzin. Takie wydarzenia nie mogły zostać po prostu wymazane z pamięci. Za równo jedna jak i druga była przerażona, zdezorientowana i nie mogła wyzbyć się uczucia, że porywacz cały czas czai się gdzieś za rogiem. Autorka bardzo dobrze oddała emocje obu kobiet, a krótkie szarpane zdania, miejscami chaotyczne, okazały się być naprawdę dobrym zabiegiem potęgującym uczucia czytelnika. 

Książka nie jest tak oczywista jak mogłoby się wydawać. Wszystko dzieje się bardzo szybko, wręcz lawinowo. Cały czas coś się dzieje, a czytelnik nie może oderwać się od książki dopóki sam nie dowie się jak zakończy się całą historia.

Język jest dla mnie bardzo dobrym punktem pozycji. Prosty, przejrzysty, a jednocześnie niezwykle plastyczny. Autorka sprawiła, że czytelnik naprawdę może oddać się chwili zapomnienia i zatracić się w stworzonym przez nią świecie. Z kolei krótkie rozdziały pozwalają na wręcz rekordowe zapoznanie się z całą pozycją. 

W pułapce to jeden z lepszych thrillerów psychologicznym na naszym polskim rynku wydawniczym. Trzyma w napięciu do ostatnich stron i nawet na chwilę nie pozwala o sobie zapomnieć. Ja jestem kupiona w całości. Wiedziałam, że autorka ma potencjał, ale od Trzeciej zrobiła naprawdę milowy krok. Świetna, godna polecenia pozycja!

OCENA: 9/10

Witam. Dawno mnie nie było, ale powoli wracam! Dzisiaj wieczorem poprawie błędy. Pozdrawiam.

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 14 maja 2018

514. Schowajcie się "W cieniu magnolii" i przenieście się do Krakowa


AUTOR: Anna Płowiec
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Między Słowami
OPIS
Niewinna gra w pokera w domu Alicji okazała się nowym rozdaniem nie tylko kart, ale i uczuć.
Kiedy serce Alicji rozdarło się pomiędzy dwóch mężczyzn, nie wiedziała jeszcze, że konsekwencje swoich wyborów będzie czuła przez wiele lat.
Nie potrafiła oprzeć się przystojnemu Leszkowi. Nie spodziewała się, że cichy i spokojny Janek pojawi się przypadkiem w jej życiu i wywróci wszystko do góry nogami.
Gdzieś pomiędzy starymi kamienicami pięknego Krakowa, w szalonych latach 90., gdy wszystko wydawało się możliwe, splatają się historie miłości i pożądania.
W cieniu magnolii to poruszająca historia o burzliwych uczuciach, bliskości i wyborach dokonywanych przez każdego z nas. Ta powieść daje nadzieję i pokazuje, że warto zaufać uczuciom, nawet, gdy sądzimy, że świat zwrócił się przeciwko nam.
Czy utracona przed laty miłość ma szansę się odrodzić?
Czy los okaże się dla Alicji łaskawy i przyniesie jej upragnione szczęście? [1]

RECENZJA
Na książkę Anny Płowiec zwróciłam głównie uwagę z powodu miejsca, w którym toczy się akcja powieści. Uwielbiam Kraków i mogłabym go odwiedzać, co chwila. Na dodatek w opisie jest obietnica, że cofnę się do lat 90., więc na 90% czułam, że ta książka mi się spodoba. Nie sądziłam jednak, że wciągnie mnie aż tak.

Poznajemy Alicję, gdy jest już kobietą zbliżającą się do pięćdziesiątki, która mieszka sama, bo nastoletnia córka wybyła z rodzinnego gniazda na studia weterynaryjne do Wrocławia. Pewnego dnia w jej drzwiach staje on, jej Janek, którego kochała, gdy studiowała bibliotekoznawstwo i który zniknął z jej życia pewnego dnia na kilkadziesiąt dobrych lat. W czasie niewinnej rozmowy Alicja przypomina sobie jak to wszystko się zaczęło. Wracają do niej wspomnienia, gdy trzech pijanych facetów wparowało do jej mieszkania i zaczęło grać w pokera. Jeden z nich okazał się przyzwoity i na dodatek był kompletnym przeciwieństwem jej narzeczonego Leszka, który był zazdrosnym i wykorzystującym dziewczyny palantem. Jej znajomość z Jankiem trwała tylko kilka dni, ale dziewczyna przeżyła wtedy coś, o czym każda z nas marzy: pierwszą, romantyczną miłość, o której pamiętała całe życie. Czy odwiedziny Janka po latach emigracji w Ameryce były tylko grzecznościowe, bo chciał się przywitać? Czy kryje się za tym coś jeszcze? A może Ala jest żoną apodyktycznego Leszka?

Nie mogę Wam odpowiedzieć na te pytania. Musicie sami przeczytać książkę Anny Płowiec, która premierę będzie miała 23 maja. Ta książka mnie wciągnęła, czułam zapach magnolii, o której pisała autorka. Przeniosłam się we własnej wyobraźni do Krakowa ze starych lat. Czułam ten klimat, który opisami autorka przekazywała. Wyjątkowo w tej pozycji opisy mnie nie nudziły, były idealnym dopełnieniem całości, a było ich dużo. Autorka zadbała o najdrobniejsze szczegóły w sposób subtelny, ale nie nachalny.
Mam jednak jedno małe zastrzeżenie. Otóż do pewnego momentu przez książkę wręcz płynęłam i czytało mi się ją doskonale, ale pod koniec, gdzieś ostatnie 100 stron, akcja przestała mi leżeć i najbardziej się nad tym fragmentem książki męczyłam. Anna Płowiec wyjaśniła wtedy wszystkie tajemnice i w zasadzie to powinna być najlepsza część, a nie była. Brakowało mi tego czegoś, ale w finalnej ocenie książka jest bardzo dobra.

Polecam Wam tę książkę, bo jest to dobry debiut. Nie dało się wyczuć podczas czytania książki tego, że jest ona pierwszą Anny Płowiec. Fanom powieści obyczajowych i romansów będzie bardzo się podobać.

"Kiedy czas przestaje płynąć, nie ma miejsca na gesty." ~ W cieniu Magnolii, Anna Płowiec, Kraków 2018, s. 7.
OCENA:  7/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Między Słowami

Witam
Za chwilę wakacje, a ja mam urlop dopiero pod koniec września :(. Jak żyć?! 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 1 marca 2018

492. „Do bloku skoczył najwyżej jak mógł, lecz za ręce złapał go sam Bóg” *

AUTOR: Piotr Bąk
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: SQN

OPIS
Biografia Arka Gołasia napisana we współpracy z rodziną i bliskimi. Zwyczajny, skromny chłopak. Tak mówili o nim ci, którzy kiedykolwiek spotkali go na swojej drodze. I choć przyjaciele i znajomi wiedzieli, że potrafił także dobrze się zabawić, a w złości rozbić telefon o ścianę, wszyscy pozostawali zgodni co do jednego: był jednym z największych talentów w historii polskiej siatkówki. Tragiczny wypadek na autostradzie w Austrii sprawił, że marzenia 24-letniego Arkadiusza Gołasia w jednym momencie zostały brutalnie przerwane – niespełna dwa miesiące po ślubie z Agnieszką i osiem dni po zakończeniu mistrzostw Europy, w których z reprezentacją Polski zajął piąte miejsce…
Piotr Bąk postanowił zadbać o to, by pamięć o tym wyjątkowym siatkarzu nigdy się nie zatarła. Rozmawiając z jego siostrą, rodzicami, trenerami, kolegami z internatu, klubów i reprezentacji Polski, stworzył niezwykle osobisty portret Arka Gołasia – wielkiego sportowca i człowieka. Ta książka nie jest kolejną zwykłą biografią. To piękny hołd oddany komuś, kto siatkówce poświęcił się bez reszty. I do dziś pozostał w sercach kibiców z całej Polski. [1]

RECENZJA
Wszyscy z Was już pewnie wiedzą, że oprócz książkoholiczki jestem również siatkówkomaniaczką! Tak, tak! Siatkówka zajmuje ważne miejsce w moim życiu i nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie kibicować – że zabrakłoby mnie meczu otwarcia zeszłorocznego euro, a wcześniej mundialu; że zamiast wstać o 3 w nocy, aby zobaczyć mecz reprezentacji smacznie bym sobie spała, czy żebym całym serduchem nie była za PGE Skrą Bełchatów. Nie zdziwi Was, zatem fakt, że książki o tematyce siatkarskiej łykam jak bociek żaby… z Przerwaną podróżą Piotra Bąka nie mogło więc być inaczej.

Arkadiusz Gołaś to zawodnik, którego nazwisko jest znane każdemu kibicowi – ci starsi doskonale pamiętają tego cichego, wiecznie uśmiechniętego środkowego, młodsi zaś nasłuchali się wiele o jego fantastycznej postawie. Ja, na szczęście, zaliczam się do tej grupki osób, które miały jeszcze możliwość (co prawda krótką) podziwiania fantastycznej gry Arka… niestety jego własna historia zakończyła się 16 września 2005 w Griffen w Austrii.

Takiego zasięgu nie było jeszcze nie tylko w polskiej siatkówce, ale również i w światowej. Skoczność i dynamiczność ataków młodego, polskiego środkowego odbiła się szerokim echem na parkietach prawie wszystkich, znaczących lig. Przy swoich 201 centymetrach wzrostu Arek osiągał niebotyczne wręcz parametry – 365 centymetrów w ataku i 352 centymetrów w bloku. Mógł odnieść ogromny sukces, cały świat stał przed nim otworem, a możliwość gry w Maceracie miała być pierwszą naprawdę poważną ofertą w jego młodym, raptem 24-letnim życiu, niestety jedna chwila wystarczyła, aby wszystko legło w gruzach.

Piotr Bąk rozpoczyna biografię Arkadiusza Gołasia nietypowo, ponieważ zaczyna od samego końca – tragicznych zdarzeń z 16 września 2005 roku. Ten zabieg można odbierać dwojako. Spotkałam się z opinią, że jest to żerowanie na ludzkiej krzywdzie, dla mnie jednak jest to pewnego rodzaju  „zatrzymanie” czytelnika na dłużej, gwarant tego, że nie będzie można oderwać się od książki, aż do momentu, w którym pozna się całą historię Arka.

Sam styl autora jest bardzo łatwy w odbiorze, a przedstawiona przez niego biografia nie jest tylko zbiorem suchych faktów. To zbiór wspomnień osób, które były z Arkadiuszem Gołasiem najbliżej – jego rodziny, przyjaciół. Aż łza kręci się w oku podczas zapoznawania się z historiami przedstawionymi przez wieloletniego głównego libero polskiej reprezentacji, a prywatnie najlepszego przyjaciela Arka – Krzysztofa Ignaczaka.

Niestety zabrakło mi więcej informacji odnośnie młodszych lat środkowego. Piotr Bąk skupia się przede wszystkim na tym okresie w życiu Arka, w którym siatkówka zajmuje już jego większą część, więc informacje odnośnie dzieciństwa są bardzo szczątkowe. To, przynajmniej dla mnie, jest duży minus, bo z wielką przyjemnością dowiedziałabym się czegoś więcej jaki był Arek za młodu.

Na plus za to można zaliczyć wydanie – twarda okładka, dużo zdjęć pochodzących z prywatnych archiwum to bez dwóch zdań ogromne urozmaicenie, które przyciągnie czytelnika.

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana siatkówki. Arkadiusz Gołaś stanowczo za krótko cieszył kibiców swoją grą. Był taki młody, miał całe życie przed sobą... mógł osiągnąć wszystko.

OCENA: 8/10

Przepraszam za ostatnio mnie tak ubogo i u Was i tutaj… to naprawdę ciężki miesiąc. Pozdrawiam!


*autor nieznany
[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 26 lutego 2018

491. A gdyby nadać książce inny tytuł?


AUTOR: Karolina Wilczyńska   
SERIA: Jeszcze raz, Nataszo
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Czwarta Strona

OPIS
Natasza miała wszystko: kochającego męża, piękny dom, spektakularną karierę i własną agencję reklamową. Życie Nataszy wielu osobom mogło wydawać się perfekcyjne i takie właśnie było… Do czasu.  [1]

RECENZJA
W swoim zbiorze książek mam sporo powieści polskich autorów, ale bywają momenty, kiedy wcale po nich nie sięgam, a są chwile, że czytam tylko ich. Książka Karoliny Wilczyńskiej skusiła mnie okładką, bo ma piękne kolory, a ja bardzo często lecę na okładki. Czy tym razem ładna okładka szła w parze z dobrą powieścią?

Tytułową bohaterkę Nataszę Dębicką poznajemy w dniu jej ostatniej rozprawy rozwodowej, kiedy uzmysławia sobie, że jest majętną singielką, która może żyć tak jak się jej podoba, bo nie jest już od nikogo zależna. Jednocześnie jest zrozpaczona, a po chwili znowu zadowolona, że zostawiła swojego męża tylko w skarpetkach. Chcąc pogodzić się z przeszłością postanawia spalić w ogrodzie wszystkie fotografie, jakie łączą ją nie tylko z byłym mężem, ale również z poprzednim życiem. Dzięki temu czytelnicy mogą poznać dokładniej jej życie sprzed rozwodu.

Jak się okazuje poznajemy Nataszę, jako nastolatkę, kiedy zaczyna liceum w szkole z internatem, kiedy to ma problem z akceptacją przez otoczenie, gdy dowiaduje się o pilnie strzeżonej tajemnicy przez rodziców.  Przechodzi pierwsze bunty i przemierza we wspomnieniach kolejne lata swojego życia. Odniosłam wrażenie, że Natasza jest rozczarowana zmianami, jakie zachodziły w świecie, że Polska stawała się wolnym krajem, że kończy się komunizm. Muszę przyznać, że Natasza okazała się bardzo naiwna i słaba. Dla akceptacji potrafiła zdeptać swoje wartości, zrezygnować z ideałów. Była zbyt słaba, aby sprzeciwić się najpierw rodzicom (dopiero, gdy wyszła na jaw tajemnica postawiła na swoim), a potem mężowi. On po prostu przez cały okres, kiedy byli razem urabiał sobie ją na swoją modłę. Mam nawet pewne wątpliwości czy on ją kochał. Był tyranem, ale nie, dlatego, że używał wobec niej siły fizycznej, ale bardziej tyranizował ją psychicznie i nie, dlatego, że ją wyzywał, ale podnosił głos i udawał, że wszystko wie najlepiej. Jako menager był dobrym psychologiem, ale również manipulatorem, a podczas czytania „Jeszcze raz, Nataszo” odniosłam wrażenie, że było to po prostu niezbędne do pozyskiwania klientów.

Natasza przez fotografie przemierza swoje życie. Poznajemy ją na różnych etapach. Mimo wszystko nie jestem w stanie się z nią zgodzić. Mąż ją od siebie uzależnił, bo mu na to pozwoliła. Od dzieciństwa poszukiwała akceptacji i robiła wszystko niczym szczeniak, żeby ktoś zauważył jej starania. Darek – jej mąż – to po prostu kawał… no nie skończę. Od początku uważałam go za kogoś, kto szuka słabej psychicznie kobiety by zrobić z niej kogoś, kto go będzie słuchał bezgranicznie. A Natasza nadawała się do tego doskonale.

W książce w jakiś sposób pokazane są zmiany polityczne i społeczne, jakie zachodziły w Polsce podczas obalania komunizmu. Jednak były to jakieś suche informacje bez większych szczegółów. Dobrze jest tylko pokazane jak ludzie wykorzystywali ten moment, aby się dorobić, wzbogacić. Mimo wszystko gdzieś to jest schowane z boku, trochę tego za mało.

Nie polubiłam Nataszy. Bardzo mnie irytowała i najchętniej dałabym tej książce tytuł „Wkurzasz mnie, Nataszo”. Wiem, że jest drugi tom, ale muszę odpocząć od pierwszego. Nigdy jeszcze nie byłam w takim stanie żeby nie wiedzieć, jaką ocenę dać książce. Czytało mi się ją dobrze i szybko, ale po prologu tydzień odczekałam by zasiąść do pierwszego rozdziału. Na dodatek irytująca Natasza, która była idealną marionetką w rękach innych. Myślę, że sześć będzie dobre. Sześć będzie bezpieczne.

„Teraz przekonałam się, że przed odpowiedzialnością nie da się uciec. Ona nas nie goni. Czeka spokojnie i kiedy przychodzi jej czas – uderza ze zdwojoną siłą." ~ Karolina Wilczyńska, Jeszcze raz, Nataszo, Poznań 2014, s. 164.
OCENA: 6/10

Nie wiem, kiedy dodam recenzję drugiego tomu, a powód jest bardzo banalny. Nie wiem, gdzie on jest w tych moich książkowych zbiorach. Życie książkowego mola to jednak jest ciężkie :P

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Świat Książki

czwartek, 15 lutego 2018

489. Czarna owca rodziny czy niewinna, zbłąkana owieczka?

AUTOR: Helena Mniszkówna
ROK WYDANIA: 2005 (przybliżony)
WYDAWNICTWO: MG

OPIS
Najsłynniejszy polski melodramat „Trędowata” kończy się śmiercią Stefci Rudeckiej, niezamożnej szlachcianki, która zdobyła serce ordynata, Waldemara Michorowskiego. Dziewczyna została zadręczona przez niechętnych jej arystokratów, niemogących zaakceptować faktu, że ktoś skromnego pochodzenia mógłby zająć miejsce należące się – ich zdaniem – jedynie dziedziczce magnackiego rodu.
Młody ordynat żyje wspomnieniami, ale rodzina, wbrew jego woli, oczekuje, że ordynacja dostanie potomka. Waldemar budzi uczucia u wielu pięknych kobiet, w tym także u swej młodej kuzynki Luci. Los stawia mu jednak na drodze dalszego kuzyna Bogdana, utracjusza i hulakę. Ordynat podejmuje to wyzwanie – postanawia chłopaka „wyprowadzić na ludzi”. [1]

RECENZJA
Trędowata to historia wielkiej, gorącej, aczkolwiek tragicznej miłości między ordynatem Michorowskim a Stefanią Rudecką. Po zapoznaniu się z prawie sześciuset stronicową „cegłą” przyszedł czas na poznanie również kontynuacji – niewielkiej objętościowo, bo liczącej raptem 200 stron, lektury Ordynata Michorowskiego. Historia Waldemara? Niekoniecznie...

Jeszcze jakiś czas temu polska arystokracja cieszyła się ogromnym szacunkiem wśród ludu. Od pewnego jednak czasu coś się zmieniło i coraz mniej życzliwości i sympatii do sfery można dostrzec w niższych szczeblach „hierarchii”. W kraju szerzy się bunt co zmusza niejedne hrabiostwo do emigracji. Wśród „uciekinierów” znajduje się również pani Elzonowska i jej córka Lucia -  była uczennica Stefci. Panna Lucyna nie jest już tą rozkapryszoną pannicą, z którą poznaliśmy się w Trędowatej. Teraz to ułożona panna, która oddała swoje serce jednemu mężczyźnie… niestety ten zdaje się w ogóle nie dostrzegać płomiennego uczucia młodej kobiety. Jednocześnie w otoczeniu Waldemara pojawia się jego kuzyn – dla jednych czarna owca rodziny, a dla Waldemara zbłąkana dusza, którą trzeba naprostować…

O ile w Trędowatej akcja toczyła się bardzo powoli i mozolnie, o tyle tutaj fabuła biegnie tak szybko, że niekiedy na kilku stronach sytuacje obejmują czasowo parę tygodni. Z jednej strony dzięki temu lektura nie nuży czytelnika, ale z drugiej kolei można odnieść wrażenie, że cała historia została pisana w ogromnym pośpiechu i nie do końca przykładano się do całości. Niektóre wątki są, więc bardzo okrojone i potraktowane po macoszemu.

Styl, nadal poprawny i łatwy w odbiorze, to z pewnością atut książki, a to zawsze coś, bo akurat w tej sytuacji tych plusów jest znacznie mniej.

Byłam przekonana, że sięgając po Ordynata Michorowskiego poznam przede wszystkim dalsze losy Waldemara, ale z przykrością muszę stwierdzić, że mało tutaj Waldiego. Samemu ordynatorowi trochę lat przybyło, niesie bagaż własnych doświadczeń i w sumie nie przypomina tego z Trędowatej, podobnie zresztą jak Lucia. W tej części na pierwszy plan wysuwa się kuzyn ordynata – Bochdan i to przede wszystkim jego historie poznajemy. W sumie młody Michorowski jest kreowany na takiego trochę lekkoducha, ale o ogromnym serduchu. Ja osobiście wolałam jednak jego wuja i tego będę się trzymać.

Ordynat Michorowski na dobrą sprawę powinien być traktowany nie jako kontynuacja Trędowatej, lecz jako zupełnie odrębna historia. Ja co prawda się na nią skusiłam, z czystej ciekawości, ale jestem zdania, że nie jest to lektura obowiązkowa. Ot cieniutka książeczka, z którą można szybko się zapoznać i jeszcze szybciej o niej zapomnieć.

OCENA: 5/10


Królestwo i renta księżniczki za łóżko i poduszkę!

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


czwartek, 8 lutego 2018

487. Kiedy sfera niszczy wszystko...

AUTOR: Helena Mniszkówna
ROK WYDANIA: 2005 (przybliżony)
WYDAWNICTWO: MG

OPIS
Historia miłości trudnej, a jednocześnie doskonałej, zmysłowej i duchowo idealnej, a zakończonej tak, jak kończyły się największe romanse wszech czasów: Romeo i Julia czy Tristan i Izolda. W chwili, gdy już wydaje się, że kochankowie zwalczyli wszelkie przeciwności i szczęście jest na wyciągnięcie ręki, dopada ich ta, przed którą nie ma ucieczki. Śmierć. I jest to zakończenie idealne. Los Stefci Rudeckiej i ordynata Michorowskiego to los tragicznych kochanków, którzy jednak mówią do nas z odległej epoki: nie bójcie się i idźcie zawsze za odgłosem serca.

RECENZJA
Powszechnie uchodzę za kobietę bez serca. Nie wzruszają mnie żadne romansidła, nie lubię słodkości w książkach i najchętniej ukatrupiłabym autorów za wprowadzenie do  akcji irytujących i zbędnych wątków miłosnych. Mogę śmiało stwierdzić, że obyłabym się bez wielkiej namiętności pomiędzy bohaterami… ale…ale… są wyjątki!

Uwielbiam Trędowatą w reżyserii Jerzego Hoffmana z przeuroczą Elżbietą Starostecką w roli Stefci Rudeckiej i wspaniałym Leszkiem Teleszyńskim jako Waldemarem Michorowskim. Nie zliczę ile razy już oglądałam tę konkretną adaptację filmową i wszystkie dialogi znam na pamięć. To jeden z nielicznych przypadków, gdzie zanim poznałam „pierwowzór” zakochałam się w ekranizacji. Do tej pory nie znałam jednak powieści napisanej przez Helenę Mniszkównę i stwierdziłam, że początek roku będzie idealnym czasem aby nadrobić zaległości! Byłam przekona, że zarys historii znam z ekranu, więc autorka  niczym mnie nie zadziwi… i nic bardziej mylnego! Myślałam, że znam Trędowatą, a okazało się, że flm a lektura to na dobrą sprawę coś zupełnie innego! Różnią się sytuacje, różnią się choroby, ba o istnieniu niektórych postaci nawet nie zdawałam sobie sprawy!

Stefania Rudecka ma złamane serce. Mężczyzna, którego kochała okazał się być zwykłym draniem i materialistą. Dla młodej kobiety, pochodzącej z dobrej aczkolwiek niezbyt zamożnej rodziny, to prawdziwy cios, z którego wcale nie tak łatwo jest się otrząsnąć. Stefcia potrzebuje zmiany, a posada guwernantki Luci Elzonowskiej wydaje się być idealną propozycją. Panna Rudecka bardzo szybko przenika do świata wyższych sfer i cieszy się ogólną sympatią, przez pryzmat której przymyka się oko na jej niższe pochodzenie… do czasu, aż mocniej zaczyna interesować się nią ordynat Michorowski, najlepsza partia w kraju!

Trędowata to pozycja miejscami infantylna, miejscami bardzo naiwna, ale w tym wszystkim jest również niezwykle urzekająca i wciągająca. Mimo pokaźnych rozmiarów (to prawie 600 stron) lekturę czyta się bardzo szybko i nie sposób nie przeżywać wraz ze Stefcią i Waldemarem ich rozterek, smutków, radości i oczywiście ogromnie gorącego uczucia. Jeśli ktoś liczył na pełną dynamiki i niespodziewanych zwrotów akcji książkę może poczuć się rozczarowany, bo tutaj sprawy płynął znacznie wolniej, rozkładają się w czasie i pozwalają na tworzenie własnych refleksji.

Bardzo żałuję, że sami bohaterowie w większości są postaciami jednokolorowymi. Stefcia jest poczciwa i dobra, księżna Podhorecka cieszy się szacunkiem wszystkim, Lucia to jeszcze dziecko, a hrabia Barski jest bucem jak ich mało, razem ze swoją córeczką Melanią! Jedynie Waldemar i panna Rita wyróżniają się swoimi charakterami od wszystkich, bo mają w sobie trochę i dobrych i złych cech i chyba za to najbardziej ich polubiłam. No zresztą ordynat Michorowski był kreowany na takiego troszkę złego chłopca, ale z dobrym sercem (ależ mamy paradoks!), a ja bardzo takich panów lubię! Aż chciałoby się zaśpiewać: Gdzie ci mężczyźni…

Sam styl autorki jest poprawny, chociaż musze się przyznać, że miałam chwilę zwątpienia czytając o tym jak kwiaty „rozmawiają” ze Stefcią! Nie, nie pomyliłam się – nie panna Rudecka z roślinami, a właśnie one z nią. Poza tym w Trędowatej mamy bardzo dużo szczegółowych opisów, co wiem, że jednym się podoba, ale drugich może nużyć.

Uwielbiam filmową wersję i zawsze byłam przekonana, że Trędowatą to znam na pamięć. Nic bardziej mylnego! Książka to nie tyle rozbudowana historia, co 3/4 zupełnie inna! Miejscami może zbyt mocno naiwna, ale mimo wszystko mam jakiś sentyment do Stefci i Waldemara, więc miło było zapoznać się z pierwowzorem.

OCENA: 7/10


To zły miesiąc, bardzo zły miesiąc…


[1] Opis pochodzie ze strony wydawnictwa

czwartek, 11 stycznia 2018

477. Czy taki Mróz dobry jak go malują?

AUTOR: Remigiusz Mróz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona

OPIS
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera. Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną? Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem. [1]

RECENZJA
Czy jest wśród nas ktoś, kto nie znałaby Remigiusza Mroza? Ten młody autor już na dobre rozsiadł się na tronie króla polskiego kryminału. Był taki okres, że gdzie się człowiek w booksferze nie obejrzał tam wszędzie było pełno Mroza. Muszę przyznać, że przez ten „nawał” ja osobiście do twórczości pana Remigiusza podchodziłam bardzo ostrożnie. Niemnie jednak, kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się Czarna Madonna nie mogłam się jej oprzeć! 

Filip ma bardzo ciekawe, burzliwe życie. Jeszcze jakiś czas temu, jako ksiądz ewangelizował wiernych, próbując ustrzec ich przed grzechem. Tymczasem okazało się, że sam nie był na tyle silny, żeby oprzeć się pokusie i zakochał się w Anecie. Tak normalnie, po ludzku, pokochał kobietę i dla niej zdjął sutannę. Od tego momentu żyli razem szykując się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Przed powiedzeniem sobie „tak” mieli odbyć jeszcze wspólną podróż do Ziemi Świętej. Zrządzeniem losu na pokład samolotu wsiadła tylko Aneta, a mężczyzna miał czekać na jej powrót w Polsce. Niestety, w parę godzin po starcie maszyna znikała z radarów i nie można było nawiązać z nią żadnego kontaktu. Filip jest zdruzgotany… a do tego wszystkiego nagle w jego najbliższym otoczeniu dzieją się rzeczy dziwne, nie z tego świata i przerażające. Jakby tego było mało pojawia się również ojciec niedoszłego pana młodego, który odszedł tyle lat wcześniej…

Zanim zasiadłam do lektury Czarnej Madonny z wielką ciekawością czytałam i słuchałam kolejnych opinii, w których zapewniano mnie, że książka jest przerażająca; jak to nie będę mogła spać po nocach; jak to będę się bała nawet pomyśleć o poruszanych w książce tematach. Cóż… przeczytać przeczytałam, spałam dobrze, nie bałam się, a jeśli autor przez dodanie tego paranormalnego wątku chciał stworzyć mrożący krew w żyłach horror, to niestety ale to nie wyszło.

Ogólnie rzecz biorąc w książce dzieje się dużo, ale na dobrą sprawę te wszystkie wydarzenia są jakoś dziwnie pourywane, niektóre ważne wątki są potraktowane po macoszemu, ale najgorsze i tak jest końcówka, która nie dość, że jest dziwna to najzwyczajniej w świecie jest tak bezsensowna, że to aż boli. Pan Remigiusz bardzo mocno starał się stworzyć pozycje na miarę Kinga czy Browna (do czego zresztą sam się przyznaje), ale niestety do obu autorów jest jak na razie bardzo daleko! Ponadto, nie mogę wybaczyć Mrozowi tego, że „spełnił” moje obawy – tak bardzo „płodny” pisarz często tworzy „po łebkach”. Czarna Madonna to przede wszystkim dialogi, bardzo mało opisów i pominięte wątki, które mogłyby stać się bardzo interesującymi.

O samych bohaterach też trudno się wypowiadać, bo autor niewiele miejsca poświęca na stworzenie dokładnego profilu swoich postaci. Mamy raczej jakąś skróconą charakterystykę, która niestety musi nam całkowicie wystarczyć. Mówiąc szczerze ja osobiście nie byłam w stanie zżyć się z żadnym „zarysem” (bo pełnowartościową postacią nikogo nazwać nie można). Szkoda, szkoda. Może wtedy ta pozycja byłaby bardziej znośna?

Mimo, że do samej fabuły mam bardzo dużo zastrzeżeń książkę przeczytałam szybko. No i tutaj mamy paradoks – bo z jednej strony narzekam na brak długich opisów i jakieś szczegółowej charakterystyki, a z drugiej takie uproszczenie bardzo ułatwia zapoznawanie się z lekturą. Niemniej nie nazwałabym tej umiejętności pana Remigiusza „lekkością pióra”, to raczej taka klasyczna prostota, która jednak się sprawdziła.

Pierwsze spotkanie z twórczością Remigiusza Mroza uważam za... średnie. Książka miała mnie przestraszyć, miała sprawić, że nie będę mogła zasnąć, a tymczasem miałam wrażenie, że dostałam jakiś bliżej niezidentyfikowany twór - ni to King, ni to Brown.

OCENA: 4/10


Dzień dobry, w Nowym Roku! Jak Wasze noworoczne postanowienia? Mocno trzymacie się ich realizacji? 
Pozdrawiam, 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa