Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2018

523. Luźna Sobota: Kto tu jest chory psychicznie?



AUTOR: Krystian Nowak
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO: Flow Books



OPIS
Krystek jest prężnym copywriterem, który trzaska masę ambitnych prodżektów. Tak można by go opisać na Fejsie. Jednak tak naprawdę Krystian jest kulturoznawcą, który żyje z pisania ogłoszeń klepanych aut dla komisu samochodowego i marzy o wydaniu swojej powieści. Stara się trzymać fason, popijając latte, i nie odstawać od standardów lewackich znajomych. Kiedy udziela pierwszego wywiadu jako literat, jego życie nabiera tempa, a on sam wpada w wir niecodziennych zdarzeń. Szasta lajkami, płaci swoim fejmem. Toczy filozoficzne dyskusje z kotami. Wpada na znanych ludzi w metrze i ucina sobie z nimi surrealistyczne pogawędki, choć już od dawna są martwi. Krystian to bohater na miarę naszych czasów, w których ważne są filtry na Instagramie, a miłości poszukuje się za pomocą geolokalizacji. Pełna czarnego humoru i sarkazmu powieść o millenialsach robiących kariery inne, niż im obiecywano. O rozczarowaniu i próbie radzenia sobie z rzeczywistością znacznie mniej nasyconą, niż ta na Insta. [1]

RECENZJA
Muszę się do czegoś przyznać. Czasem są takie książki, które przyciągają mnie do siebie jeszcze przed zerknięciem na opis. Tym razem było podobnie. Już sam tytuł książki Krystiana Nowaka - Wszyscy ludzie których znam są chorzy psychicznie - wystarczył, żebym zapragnęła przeczytać te pozycję. I niestety to był mój błąd. 

Krystian jest pisarzem. Nie jakimś znanym, w sumie to w ogóle nieznanym bo jego książka, którą tak szumnie się chwali jest jeszcze cały czas w fazie "przelania na papier". To jednak nie przeszkadza bohaterowi w próbie stworzenia sobie sławy i żebrania od wszystkich lajków, które swoją drogą w jego świecie stanowią pewną intratną walutę. Ponadto, Krystek pracuje na czarno - w miejscu, które go tłamsi, nie rozwija,  gdzie zarabia psie pieniądze i nic go nie cieszy. Oczywiście zawsze może liczyć na przyjaciela - również pisarza - który załatwia mu wywiady w nic nieznaczących pismach o literaturze. No i prawie bym zapomniała. Krystian ma również nieszczęście posiadać trzy koty. Celowo napisałam nieszczęście, ponieważ mimo mięciutkiego futerka i braku samotności kotki Rudi i Pchełka oraz kocur Junior to prawdziwe gadające utrapienie, które bezczelnie domaga się szynki! I jak tu żyć, kiedy sfera prywatna jest taka uboga, a państwo w niczym nie pomaga bo przecież żądzą nim sami faszyści. I co taki biedy lewak - jak sam o sobie mówi Krystek - może w takiej rzeczywistości począć?

Cóż. Nie wiem od czego zacząć. Mamy powieść satyrystyczną, która ukazuje współczesne przełożenie świata wirtualnego nad rzeczywistym - ludzie funkcjonujący za lajki, nierozstający się z telefonami i żyjący pomiędzy różnymi portalami społecznościowymi. Technicznie rzecz ujmując temat bardzo na czasie i taki na którym można zbudować coś naprawdę dobrego i potrzebnego. Niemniej, autor wplótł w to wszystko również politykę - co już na starcie mi się nie spodobało. Zabieg przejaskrawienia, który przecież jest w literaturze znany i ogólnie ceniony, tutaj stał się czymś w rodzaju manifestu, który niestety nic wartościowego nie wniósł ani tym bardziej nie zmusił do refleksji. 

Sam tytuł jest dosyć osobliwy. Wydawać by się mogło, że wszyscy poboczni bohaterowie będą borykać się różnego rodzaju zaburzeniami, a tymczasem dla mnie najbardziej zaburzoną postacią był właśnie Krystian. Jego tok rozumowania miejscami był wręcz absurdalnie chory, że już nie wspomnę o posiadaniu gadających kotów. Chociaż akurat te gadające futrzaki były dla mnie jednym z nielicznych plusów tej historii. 

Sam styl również mnie nie porwał. Chaotyczna narracja, urwane wątki i wszechobecne przekleństwa. Plusem jest za to dość duża czcionka, która pozwala w rekordowym czasie zapoznać się z całą pozycją. 

Wszyscy ludzie których znam są chorzy psychicznie  to bardzo specyficzna powieść. Niestety jest całkowicie nie dla mnie. Nie mówię, że książka Krystiana Nowaka nie znajdzie swoich odbiorów, bo na pewno niejednemu czytelnikowi się spodoba, ale mnie osobiście nie porwała. Chyba jednak to nie mój świat i nie moje klocki...

OCENA: 3/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję 

Dzień dobry, cześć i czołem. Cały czas się dzieje i sama nie wiem kiedy mija dzień za dniem, ale to w końcu minie, prawda? Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


wtorek, 26 czerwca 2018

520. Tea dała się złapać "W pułapce"...




AUTOR:
Magda Stachula
ROK WYDANIA:
2018
WYDAWNICTWO:
Znak  Literanova



OPIS
Klara budzi się rano na klatce schodowej. Nie pamięta, co się działo w nocy, nie wie, jak wróciła do domu. Z przerażeniem orientuje się, że od imprezy, na którą wyszła w sobotę, minęły dwa dni.
Odkrywa dziwne ślady na swoim ciele. A później dowiaduje się, że parę miesięcy wcześniej inną kobietę spotkało coś bardzo podobnego. Postanawia się z nią skontaktować. I wtedy ktoś podrzuca jej dziwny prezent. [1]



RECENZJA
Z Magdą Stachulą spotkałam już podczas czytania Trzeciej. Wówczas książka była dobra, ale nie porwała mnie. Do najnowszej pozycji autorki podchodziłam lekko sceptycznie. Bałam się, że W pułapce będzie również schematyczne. Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne. Nowa książka Stachuli to prawdziwa bomba!

Klara budzi się na klatce schodowej - boli ją głowa i zupełnie nie pamięta co działo się wcześniej. Kiedy wraca do domu orientuje się, że od momentu kiedy wyszła na sobotnią imprezę minęło już dwa dni. Dziewczyna jest przerażona - nie ma pojęcia co działo się z nią przez ostatnie dwie doby. Zupełnie nie pamięta gdzie była i z kim. Może została zgwałcona albo zarażona jakąś śmiertelną chorobą? Musi odtworzyć wydarzenia z ostatnich dni, ale boi się komukolwiek do tego przyznać. Klara obdarza zaufaniem jedynie swoją współlokatorkę. Młode kobiety zaczynają własne śledztwo, które doprowadza je do Lisy, której rok temu przydarzyło się dokładnie to samo.

W książce mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - wydarzenia obejmują przeszłość (historię Lisy) i teraźniejszość. Jednocześnie czytelnik poznaje również punkt widzenia osoby porwanej. Wszystko prowadzone jest w narracji pierwszoosobowej co umożliwia na bliższe poznanie się z bohaterami.

Jak już zaczęłam temat postaci, to muszę to pociągnąć dalej. Klarę i Lisę połączyła wspólna tragedia - obie zostały porwane i obie zupełnie nie wiedziały coś się z nimi działo przez 48-godzin. Takie wydarzenia nie mogły zostać po prostu wymazane z pamięci. Za równo jedna jak i druga była przerażona, zdezorientowana i nie mogła wyzbyć się uczucia, że porywacz cały czas czai się gdzieś za rogiem. Autorka bardzo dobrze oddała emocje obu kobiet, a krótkie szarpane zdania, miejscami chaotyczne, okazały się być naprawdę dobrym zabiegiem potęgującym uczucia czytelnika. 

Książka nie jest tak oczywista jak mogłoby się wydawać. Wszystko dzieje się bardzo szybko, wręcz lawinowo. Cały czas coś się dzieje, a czytelnik nie może oderwać się od książki dopóki sam nie dowie się jak zakończy się całą historia.

Język jest dla mnie bardzo dobrym punktem pozycji. Prosty, przejrzysty, a jednocześnie niezwykle plastyczny. Autorka sprawiła, że czytelnik naprawdę może oddać się chwili zapomnienia i zatracić się w stworzonym przez nią świecie. Z kolei krótkie rozdziały pozwalają na wręcz rekordowe zapoznanie się z całą pozycją. 

W pułapce to jeden z lepszych thrillerów psychologicznym na naszym polskim rynku wydawniczym. Trzyma w napięciu do ostatnich stron i nawet na chwilę nie pozwala o sobie zapomnieć. Ja jestem kupiona w całości. Wiedziałam, że autorka ma potencjał, ale od Trzeciej zrobiła naprawdę milowy krok. Świetna, godna polecenia pozycja!

OCENA: 9/10

Witam. Dawno mnie nie było, ale powoli wracam! Dzisiaj wieczorem poprawie błędy. Pozdrawiam.

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 26 lutego 2018

491. A gdyby nadać książce inny tytuł?


AUTOR: Karolina Wilczyńska   
SERIA: Jeszcze raz, Nataszo
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Czwarta Strona

OPIS
Natasza miała wszystko: kochającego męża, piękny dom, spektakularną karierę i własną agencję reklamową. Życie Nataszy wielu osobom mogło wydawać się perfekcyjne i takie właśnie było… Do czasu.  [1]

RECENZJA
W swoim zbiorze książek mam sporo powieści polskich autorów, ale bywają momenty, kiedy wcale po nich nie sięgam, a są chwile, że czytam tylko ich. Książka Karoliny Wilczyńskiej skusiła mnie okładką, bo ma piękne kolory, a ja bardzo często lecę na okładki. Czy tym razem ładna okładka szła w parze z dobrą powieścią?

Tytułową bohaterkę Nataszę Dębicką poznajemy w dniu jej ostatniej rozprawy rozwodowej, kiedy uzmysławia sobie, że jest majętną singielką, która może żyć tak jak się jej podoba, bo nie jest już od nikogo zależna. Jednocześnie jest zrozpaczona, a po chwili znowu zadowolona, że zostawiła swojego męża tylko w skarpetkach. Chcąc pogodzić się z przeszłością postanawia spalić w ogrodzie wszystkie fotografie, jakie łączą ją nie tylko z byłym mężem, ale również z poprzednim życiem. Dzięki temu czytelnicy mogą poznać dokładniej jej życie sprzed rozwodu.

Jak się okazuje poznajemy Nataszę, jako nastolatkę, kiedy zaczyna liceum w szkole z internatem, kiedy to ma problem z akceptacją przez otoczenie, gdy dowiaduje się o pilnie strzeżonej tajemnicy przez rodziców.  Przechodzi pierwsze bunty i przemierza we wspomnieniach kolejne lata swojego życia. Odniosłam wrażenie, że Natasza jest rozczarowana zmianami, jakie zachodziły w świecie, że Polska stawała się wolnym krajem, że kończy się komunizm. Muszę przyznać, że Natasza okazała się bardzo naiwna i słaba. Dla akceptacji potrafiła zdeptać swoje wartości, zrezygnować z ideałów. Była zbyt słaba, aby sprzeciwić się najpierw rodzicom (dopiero, gdy wyszła na jaw tajemnica postawiła na swoim), a potem mężowi. On po prostu przez cały okres, kiedy byli razem urabiał sobie ją na swoją modłę. Mam nawet pewne wątpliwości czy on ją kochał. Był tyranem, ale nie, dlatego, że używał wobec niej siły fizycznej, ale bardziej tyranizował ją psychicznie i nie, dlatego, że ją wyzywał, ale podnosił głos i udawał, że wszystko wie najlepiej. Jako menager był dobrym psychologiem, ale również manipulatorem, a podczas czytania „Jeszcze raz, Nataszo” odniosłam wrażenie, że było to po prostu niezbędne do pozyskiwania klientów.

Natasza przez fotografie przemierza swoje życie. Poznajemy ją na różnych etapach. Mimo wszystko nie jestem w stanie się z nią zgodzić. Mąż ją od siebie uzależnił, bo mu na to pozwoliła. Od dzieciństwa poszukiwała akceptacji i robiła wszystko niczym szczeniak, żeby ktoś zauważył jej starania. Darek – jej mąż – to po prostu kawał… no nie skończę. Od początku uważałam go za kogoś, kto szuka słabej psychicznie kobiety by zrobić z niej kogoś, kto go będzie słuchał bezgranicznie. A Natasza nadawała się do tego doskonale.

W książce w jakiś sposób pokazane są zmiany polityczne i społeczne, jakie zachodziły w Polsce podczas obalania komunizmu. Jednak były to jakieś suche informacje bez większych szczegółów. Dobrze jest tylko pokazane jak ludzie wykorzystywali ten moment, aby się dorobić, wzbogacić. Mimo wszystko gdzieś to jest schowane z boku, trochę tego za mało.

Nie polubiłam Nataszy. Bardzo mnie irytowała i najchętniej dałabym tej książce tytuł „Wkurzasz mnie, Nataszo”. Wiem, że jest drugi tom, ale muszę odpocząć od pierwszego. Nigdy jeszcze nie byłam w takim stanie żeby nie wiedzieć, jaką ocenę dać książce. Czytało mi się ją dobrze i szybko, ale po prologu tydzień odczekałam by zasiąść do pierwszego rozdziału. Na dodatek irytująca Natasza, która była idealną marionetką w rękach innych. Myślę, że sześć będzie dobre. Sześć będzie bezpieczne.

„Teraz przekonałam się, że przed odpowiedzialnością nie da się uciec. Ona nas nie goni. Czeka spokojnie i kiedy przychodzi jej czas – uderza ze zdwojoną siłą." ~ Karolina Wilczyńska, Jeszcze raz, Nataszo, Poznań 2014, s. 164.
OCENA: 6/10

Nie wiem, kiedy dodam recenzję drugiego tomu, a powód jest bardzo banalny. Nie wiem, gdzie on jest w tych moich książkowych zbiorach. Życie książkowego mola to jednak jest ciężkie :P

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Świat Książki

czwartek, 18 stycznia 2018

480. „Spowiedź” niepokornego siatkarza

AUTOR: Łukasz Kadziewicz & Łukasz Olkowicz
SERIA: Biblioteka Przeglądu Sportowego 
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Ringier Axel Springer Polska

OPIS 
Autobiografia Łukasza Kadziewicza, jednego z najwybitniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich siatkarzy. Najbarwniejszy polski siatkarz ostatnich lat Łukasz Kadziewicz wreszcie zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Autobiografia wicemistrza świata przełamuje tabu w tym środowisku, pozwala zajrzeć za kulisy i zrozumieć, dlaczego reprezentacja Polski po trzydziestu latach posuchy zaczęła odnosić sukcesy. Kadziewicz odsłania sekrety, pokazuje, że opinie o nim jako krnąbrnym siatkarzu nie były przesadzone i opowiada, jak udawało mu się godzić życie siatkarza i rockendrollowca. Przeczytamy o szalonych imprezach siatkarzy, wodzie sodowej po zdobyciu srebrnego medalu mistrzostw świata, ale i tytanicznej pracy wykonanej pod okiem Raula Lozano. [1]

RECENZJA
Moją największą miłością, na równi z książkami (no może jednak centymetr przed) jest siatkówka. Uwielbiam ten sport i od lat moje serce oddane jest ligowo PGE Skrze Bełchatów, a reprezentacyjnie oczywiście naszym biało-czerwonym orłom! Ostatnio coraz częściej sięgam po sportowe biografie, ale te siatkarskie zawsze mają specjalne miejsce w moim czytelniczym serduszku.

Łukasz Kadziewicz to urodzony 20 września 1980 roku w Dobrym Mieście polski siatkarz, grający na pozycji środkowego. Kadziu od zawsze był prze mnie uważany za jedną z najbarwniejszych postaci polskiej siatkówki. Mimo, że zupełnie inny od mojego ulubionego Michała Bąkiewicza, to jednak niepokorny Łukasz na dobre zadomowił się na podium moich ulubionych graczy. Grał między innymi w polskim AZS Olsztyn, włoskiej Casa Modena czy białoruskim Szachcior Soligorsk. Z reprezentacją wywalczył srebrny medal na Mistrzostwach Świata Japonii w 2006 roku.

Kadziu. Siatkówka & Rock’n’Roll to swoistego rodzaju spowiedź. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych (nie bójmy się tego słowa) graczy postanowił odsłonić przed czytelnikami  nie tylko swoje prywatne życie, ale również sytuacje, które miały miejsce na zgrupowaniu kadrowym, w poszczególnych klubach, czy chociażby na Olimpiadzie. Ogólnie ja, zapoznając się z wszystkimi tymi zdarzeniami, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że polscy siatkarze są… po prostu ludzcy. To nie żadni bogowie o nadprzyrodzonych mocach, a zwykli ludzie, którzy również mają swoje słabości i wady i mimo wszystko nie próbują ich usilnie pudrować. 

Ogólnie myślę, że napisanie przez Kadziewicza książki, takiej książki, było (mimo wszystko) aktem odwagi. Czytelnik nie dostatnie tutaj suchej formułki o tym, jakie to życie sportowca jest łatwe, miłe i przyjemne. Wręcz przeciwnie dostaniemy opis życia ciężkiego, wymagającego niezwykłego poświęcenia i przede wszystkim życia, w którym zwyczajne ludzkie słabości, takie jak alkohol, nie są tematem tabu. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie robię z naszych siatkarzy alkoholików (wręcz przeciwnie!), sam Łukasz jednak piszę, że tego typu używka dosyć często gościła na „salonach”, co nie jest oczywiście żadnym poważnym grzechem, a jedynie pokazuje, że sportowcy nie są w tej kwestii żadnymi bogami i usilnie nie próbują robić z siebie ascetów.

Sam styl jest bardzo prostu i łatwy w odbiorze, co jest niezwykłym atutem. Ponad to, Łukasz nie stara się „upiększać” języka na siłę i czasami można spotkać się z nieco ostrzejszym słownictwem. Dla mnie osobiście nie był to żadnem problem, ale mam świadomość tego, że nie wszyscy lubią „przemycanie” do lektur różnego typu wulgaryzmów. 

Fan siatkówki na pewno nie przejdzie obojętnie obok tej lektury. „Wyznanie” Łukasz Kadziewicza przeprowadzi czytelnika przez najważniejsze siatkarskie wydarzenia XXI wieku. Jednoczenie autor doskonale wie, że nikt nie chce zapoznawać się z jakimiś górnolotnymi, suchymi faktami. Dostajemy za to obraz polskiej siatkówki bez żadnych zbędnych urozmaiceń – prosty, szczery przekaz, który w tym wszystkim chyba najbardziej nas zjednuję.  To nie jest typowa autobiografia, do wywiadu-rzeki tej książce daleko, ale to przede wszystkim spowiedź sportowego „grzesznika”, który chce nie tyle się wybielić, co przekazać czytelnikom autentyczny zbieg wydarzeń. 

Mi osobiście ta książka bardzo przypadła do gustu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy podzielą moje zdanie. Niemniej jednak, ja spędziłam bardzo miły wieczór przy lekturze autobiografii niepokornego Kadzia i z pewnością nieraz do niej wrócę.

OCENA: 7/10


Witam, to chyba jednak nie jest dobry tydzień, niestety nie jest…

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 11 stycznia 2018

477. Czy taki Mróz dobry jak go malują?

AUTOR: Remigiusz Mróz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona

OPIS
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera. Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną? Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem. [1]

RECENZJA
Czy jest wśród nas ktoś, kto nie znałaby Remigiusza Mroza? Ten młody autor już na dobre rozsiadł się na tronie króla polskiego kryminału. Był taki okres, że gdzie się człowiek w booksferze nie obejrzał tam wszędzie było pełno Mroza. Muszę przyznać, że przez ten „nawał” ja osobiście do twórczości pana Remigiusza podchodziłam bardzo ostrożnie. Niemnie jednak, kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się Czarna Madonna nie mogłam się jej oprzeć! 

Filip ma bardzo ciekawe, burzliwe życie. Jeszcze jakiś czas temu, jako ksiądz ewangelizował wiernych, próbując ustrzec ich przed grzechem. Tymczasem okazało się, że sam nie był na tyle silny, żeby oprzeć się pokusie i zakochał się w Anecie. Tak normalnie, po ludzku, pokochał kobietę i dla niej zdjął sutannę. Od tego momentu żyli razem szykując się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Przed powiedzeniem sobie „tak” mieli odbyć jeszcze wspólną podróż do Ziemi Świętej. Zrządzeniem losu na pokład samolotu wsiadła tylko Aneta, a mężczyzna miał czekać na jej powrót w Polsce. Niestety, w parę godzin po starcie maszyna znikała z radarów i nie można było nawiązać z nią żadnego kontaktu. Filip jest zdruzgotany… a do tego wszystkiego nagle w jego najbliższym otoczeniu dzieją się rzeczy dziwne, nie z tego świata i przerażające. Jakby tego było mało pojawia się również ojciec niedoszłego pana młodego, który odszedł tyle lat wcześniej…

Zanim zasiadłam do lektury Czarnej Madonny z wielką ciekawością czytałam i słuchałam kolejnych opinii, w których zapewniano mnie, że książka jest przerażająca; jak to nie będę mogła spać po nocach; jak to będę się bała nawet pomyśleć o poruszanych w książce tematach. Cóż… przeczytać przeczytałam, spałam dobrze, nie bałam się, a jeśli autor przez dodanie tego paranormalnego wątku chciał stworzyć mrożący krew w żyłach horror, to niestety ale to nie wyszło.

Ogólnie rzecz biorąc w książce dzieje się dużo, ale na dobrą sprawę te wszystkie wydarzenia są jakoś dziwnie pourywane, niektóre ważne wątki są potraktowane po macoszemu, ale najgorsze i tak jest końcówka, która nie dość, że jest dziwna to najzwyczajniej w świecie jest tak bezsensowna, że to aż boli. Pan Remigiusz bardzo mocno starał się stworzyć pozycje na miarę Kinga czy Browna (do czego zresztą sam się przyznaje), ale niestety do obu autorów jest jak na razie bardzo daleko! Ponadto, nie mogę wybaczyć Mrozowi tego, że „spełnił” moje obawy – tak bardzo „płodny” pisarz często tworzy „po łebkach”. Czarna Madonna to przede wszystkim dialogi, bardzo mało opisów i pominięte wątki, które mogłyby stać się bardzo interesującymi.

O samych bohaterach też trudno się wypowiadać, bo autor niewiele miejsca poświęca na stworzenie dokładnego profilu swoich postaci. Mamy raczej jakąś skróconą charakterystykę, która niestety musi nam całkowicie wystarczyć. Mówiąc szczerze ja osobiście nie byłam w stanie zżyć się z żadnym „zarysem” (bo pełnowartościową postacią nikogo nazwać nie można). Szkoda, szkoda. Może wtedy ta pozycja byłaby bardziej znośna?

Mimo, że do samej fabuły mam bardzo dużo zastrzeżeń książkę przeczytałam szybko. No i tutaj mamy paradoks – bo z jednej strony narzekam na brak długich opisów i jakieś szczegółowej charakterystyki, a z drugiej takie uproszczenie bardzo ułatwia zapoznawanie się z lekturą. Niemniej nie nazwałabym tej umiejętności pana Remigiusza „lekkością pióra”, to raczej taka klasyczna prostota, która jednak się sprawdziła.

Pierwsze spotkanie z twórczością Remigiusza Mroza uważam za... średnie. Książka miała mnie przestraszyć, miała sprawić, że nie będę mogła zasnąć, a tymczasem miałam wrażenie, że dostałam jakiś bliżej niezidentyfikowany twór - ni to King, ni to Brown.

OCENA: 4/10


Dzień dobry, w Nowym Roku! Jak Wasze noworoczne postanowienia? Mocno trzymacie się ich realizacji? 
Pozdrawiam, 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 8 stycznia 2018

476. "Upadłe damy II Rzeczpospolitej", ale czy na pewno?

AUTOR: Kamil Janicki
SERIA: Prawdziwe historie
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Znak

OPIS
Księżniczka Zyta zamordowała swojego narzeczonego z zimną krwią, po czym zamknęła się w łazience, aby wziąć kąpiel. Niezaspokojona nimfomanka czy zdradzana kobieta na skraju załamania nerwowego?
Korzystał Pan z usług mojego ciała, dochowałam tajemnicy przed żoną i ludźmi, a teraz jestem w niedostatku… Takich listów do zupełnie obcych mężczyzn znudzona milionerka wysyłała kilkadziesiąt. Ku jej zdumieniu wkrótce zaczęły do niej spływać pieniądze. Duże pieniądze. Wpadła, gdy szantażowi nie uległ powszechnie szanowany ksiądz kanonik…
Ekskluzywny dom schadzek z nastoletnimi dziewczynkami był ulubionym miejscem spotkań poznańskich elit. Nikt nie spodziewał się, że mroczny interes prowadzi skromna matka dwójki dzieci. Najbardziej zaskoczony był oczywiście jej mąż.
Życie arystokracji II Rzeczpospolitej pełne było frazesów o moralności. Rzeczywistość zupełnie inna. Hipokryzja, skandale i najniższe instynkty. A upadłe damy postanowiły z tego skorzystać. [1]

RECENZJA
Książki z serii „Prawdziwe historie” ciekawiły mnie, od kiedy wychodziły. Skompletowałam już wszystkie, ale do tego, aby je przeczytać brakowało mi motywacji. W końcu zdecydowałam się na tę, którą kupiłam, jako pierwszą, czyli na „Upadłe damy II Rzeczpospolitej” Kamila Janickiego. I powiem Wam, że czuję się nią mocno rozczarowana, chociaż na Lubimyczytac.pl ma ona bardzo wysoką ocenę.

Mamy siedem historii. Nie będę każdej z nich opisywać, bo za dużo stracilibyście z czytania samej książki, jeśli już się na nią zdecydujecie.  Jedne są bardziej ciekawe, a inne mniej. Odniosłam wrażenie, że sam początek dla autora był ogromnie trudny i wraz z kolejnymi opowieściami pisanie o nich szło mu zdecydowanie lepiej. Ta książka pokazuje, jaką pożywką były dla polskiego społeczeństwa były krajowe zbrodniarki. Dla ludzi, którzy dopiero zachłysnęli się wolnością i zrzucili kajdany zaborców była to odskocznia od codzienności i swoich własnych problemów, np. niewiernego męża. Dodatkowo możemy dowiedzieć się, że gazety w czasach II Rzeczpospolitej najchętniej pisały o zbrodniach, kradzieżach czy też innych występkach tylko i wyłącznie zwykłych ludzi, a nie o przestępstwach bogatych i wpływowych. To się zmieniło w obecnych czasach nic nie robi większej sensacji niż polityk defraudujący miliony z państwowej spółki. Typowy Kowalski, który ukradł z kasy banku dwa tysiące nie daje już takiego szumu i zainteresowania.

W książce możemy obserwować, jaki ewoluowało prawo w dwudziestoleciu międzywojennym, gdzie w zasadzie było ono archaiczne, bo dyktowane jeszcze zaborami. Dopiero wraz z upływem czasu, a przede wszystkim wymuszenia przez sytuacje dostosowywano je do panujących norm i zasad. Wystarczyło być jednak szanowanym obywatelem by za pedofilię dostać zaledwie kilka miesięcy w zawieszeni lub też tylko (!) pół roku więzienia.

Przejdźmy teraz do minusów. Miałam początkowo nie czepiać się tytułu, który brzmi „Upadłe damy II Rzeczpospolitej”. Tytuł sugeruje, że dostaniemy siedem historii, w których udział bierze arystokracja. I trafiamy jak kulą w płot, bo co druga nie należała do arystokracji czy też tzw. wyższych sfer. Lepiej dopasowany byłby taki „Upadłe kobiety II Rzeczpospolitej”. Prawda, że wtedy nie musiałabym się czepiać słowa „damy”, skoro nie wszystkie z nich to damy?

Kolejne… Panie były tak upadłe, że niech mnie. Na siedem zaledwie trzy nazwałabym upadłymi ze względu na to, co zrobiły. Bo przecież łapówki czy też szantaż nie jest w końcu, aż tak podły jak morderstwo. Serio… To mnie mocno zirytowało.

Na dodatek te przypisy, które znajdowały się na końcu książki. W recenzji „Elżbieta II. O czy nie mówi królowa?” nie przeszkadzało mi to tak, jak tutaj. Może to po prostu starość, że nie chciało mi się kartkować za każdym razem, gdy chciałam się dowiedzieć skąd autor zaczerpnął daną informację? No to z pewnością jest zdecydowany minus.

Podsumowując, jestem mocno rozczarowana. Spodziewałam się naprawdę upadłych dam, których zachowanie tak mnie wbije w fotel, że będę chodziła pod wrażeniem przez tydzień, a ja po prostu dostałam średnie coś. No nie podoba mi się to. Czemu znowu zaczęłam jakąś serię od tej gorszej książki? Następną wezmę do ręki za jakiś czas, gdy zapomnę o tej.

 "Zaburzenia w odczuwaniu emocji, czasem wręcz całkowite odrętwienie, to naturalna reakcja na tragedię, z którą umysł nie potrafi sobie poradzić." - Kamil Janicki, Upadłe damy II Rzeczpospolitej, Kraków 2013, s.60.
OCENA:  5/10

Oto pierwsza recenzja w roku 2018. Ja nie zaczęłam go dobrze, a to dlatego, że złożyła mnie choroba. Groziło mi nawet zapalenie płuc, więc w sześć dni musiałam postawić się na nogi, bo dziś ruszam już do pracy. 
Pozdrawiam, Lady Spark


[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 21 grudnia 2017

472. Kto wie czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem nie obserwują zdarzeń i nie spełniają marzeń*

AUTOR: Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński    
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Filia

OPIS
Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika trzydziestoletni Michał marzy o tym, aby zacząć nowe życie. Kiedy dowiaduje się, że podczas II wojny światowej jego rodzina ukryła w małym miasteczku na północy Polki skarb, wyrusza na jego poszukiwanie. Sęk w tym, że w miejscu ukrycia skarbu stoi teraz restauracja prowadzona przez rówieśniczkę Michała, Malwinę. Dziewczyna ma problem ze swoim ukochanym, który „odszedł w siną dal”, i babcią, która po wielu latach wróciła z Francji i koniecznie chciałaby teraz w restauracji wnuczki serwować żabie udka i ślimaki.
Michał postanawia zaprzyjaźnić się z Malwiną i zdobyć jej zaufanie, by później w tajemnicy przed dziewczyną odzyskać swój skarb. Niestety, gdy w sprawę wmieszają się dwie wścibskie staruszki, dwójka dzieci i tajemniczy święty Ekspedyt, nic nie pójdzie zgodnie z jego planem.
„Pudełko z marzeniami” to przewrotna i zaskakująca komedia romantyczna o tym, że czasem należy zrezygnować z marzeń po to, by… wreszcie zaczęły się one spełniać!   [1]

RECENZJA
W tym roku wyjątkowo trudno było mi wczuć się w magię nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Dlatego próbując jakoś zaradzić temu problemowi na grudzień wybrałam pozycję królowej powieści obyczajowych i jednocześnie specjalistki od szczęśliwych zakończeń Magdaleny Witkiewicz i księcia komedii kryminalnej Alka Rogozińskiego.

Malwina Kościkiewicz ma 30 lat i pod wpływem ukochanego Radosława rzuciła pracę w korporacji i Miasteczku (tak, to jest nazwa) kupiła restaurację oraz mieszkanie. Kobieta miała plan, że wraz z Radkiem będą prowadzić restaurację z tradycyjnym polskim jedzeniem, – co byłoby jej specjalnością – i wegańskimi daniami, za które odpowiadałby Radzio. Pech chce, że ten Radosław nie wie nawet jak wiertarkę w dłoni trzymać, a co dopiero mówić o remoncie, więc po prostu bierze nogi za pas i ucieka w siną dal pod pretekstem, że zagranicą znajdzie pracę i w ten sposób pomoże Malwinie finansowo. Michał Szustek też ma 30 lat i wszystko zwaliło mu się na głowę. Narzeczona zdradziła z najlepszym przyjacielem, a wspólnik go oszukał. Zmuszony zamknąć firmę, która była dorobkiem jego życia za sprawą umierającej ciotki rusza do Miasteczka, aby znaleźć ukryty przez jego rodzinę w czasach II wojny światowej skarb. Co wyniknie z tego spotkania Malwiny i Michała? Co okaże się tym skarbem, o którym mówiła ciotka tuż przed śmiercią?

W „Pudełku z marzeniami” jest cała masa postaci i każdej z nich mogłabym poświecić osobny akapit, ale wtedy ta recenzja miałaby około pięciu stron, więc oszczędzę tego Wam (i sobie przy okazji też). Każdy z bohaterów jest bardzo dobrze wykreowany. Te postaci po prostu żyją! Jestem gotowa uwierzyć, że istnieje wszystko chcąca wiedzieć i nowoczesna pani Wiesia, bo wiecie ona ma fifi w telefonie i telewizje ogląda! Kalinka i Kamil to małe urwisy, ale takich dzieciaków też spotkamy w życiu. Dzieciaki, która knują swoje niewinne intrygi, bo w ich świecie nic nie jest skomplikowane (dopóki staną się dorosłymi!). I powiedzcie mi czy w życiu swoim nie spotkaliście nigdy kogoś takiego, kto stawiałby własne dobro ponad wszystko? Kto nie umie być wierny jednemu facetowi lub też kobiecie? Ja spotkałam i w tej książce też takie osoby mamy w postaci Rozalii, która jest siostrą Malwiny oraz Cezarego. Sami, więc widzicie, że te postacie są żywcem wyjęte z realnego świata i wsadzone w świat książki.

Muszę przyznać, że książkę bardzo szybko i lekko się czyta. W zasadzie nie widać i nie czuć, że jest to powieść napisana przez duet. Nie miałam momentów, że pewne fragmenty czytało mi się ciężej, a właśnie tego się boję przy duetach pisarskich, że gdzieś, któryś z autorów będzie miał gorszy styl, że któryś może mieć gorszą formę, albo, co gorsza jeden z nich będzie próbował się wybić ponad tego drugiego. Tu na szczęście czegoś takiego nie było. Wszystko jest w tej książce płynne i idealnie do siebie dopasowane.

Książka jest napisana w ten sposób, że nie ma mowy, abyście przy niej nie uśmiechali się do niej! Ja robiłam to non stop, a pod koniec to nawet kilka łez wzruszenia mi poleciało! I nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że jest w niej happy end (spojler! Wiem!), bo ja lubię takie szczęśliwe zakończenia. Życie jest czasami wystarczająco ciężkie, żeby jeszcze wiecznie czytać o tych złych zakończeniach i zranionych sercach w książkach.

„Pudełko z marzeniami” to ciepła i pełna magii książka. Bo wiecie marzenia się spełniają, a każdy z nas może być św. Mikołajem. Czasem wystarczy tylko jeden mały gest…

 „Marzenia jednak się spełniają. Czasem trzeba im pomóc, a czasem po prostu wystarczy chwilę poczekać.”~ Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński, Pudełko z marzeniami, Poznań 2017, s. 298.
OCENA: 7/10

[1] Opis pochodzi z okładki książki

I o to pierwszy raz w historii Kreatywnej Alternatywy mamy recenzję świątecznej książki w okresie świąt! Udało coś niemożliwego, bo byłam pewna, że w tym roku też polegniemy w tej kwestii na całej linii. Jednak nie! I całe szczęście ;). 

*fragment piosenki De Su - "Kto wie"

czwartek, 26 października 2017

455. Tea przerzuca się na war booki?

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Czwarty
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: Ender


OPIS
Tajwan jako pierwszy opracowuje futurystyczną technologię zimnej fuzji. Pekin dostrzega swoją szansę. Największa armia świata szykuje się do inwazji. Stany Zjednoczone, jak zwykle, gdy w grę wchodzą zasoby, technologia i pieniądze, wysyłają swoją flotę. Najpotężniejsza morska siła świata kieruje się ku wodom Morza Południowochińskiego. Pacyfik staje się areną największego konfliktu morskiego od czasów II wojny światowej. Gdzieś pośrodku tego piekła ląduje europejska jednostka specjalna Radegast z Polakami w swoich szeregach. [1]

RECENZJA
Po cały cykl Jakuba Pawełka zdecydowałam się sięgnąć po rekomendacji starszego brata. Mówiąc szczerze nigdy nie sądziłam, że tego typu książki są dla mnie, ale bo dłuższych namowach i opowieściach nabrałam ogromnej czytelniczej ochoty na zapoznanie się z twórczością autora. Pierścień ognia to czwarty i jak na razie ostatni wydany tom serii „Przymierze”. Po lekturze tej konkretnej części mam jedno, wielkie „ale” do autora – ALE JAK MOŻNA SKOŃCZYĆ W TAKIM MOMENCIE?! No jak?! Pytam się ale jak?!

Tajwańscy naukowcy dokonali przełomowego odkrycia. Jako pierwsi opracowują niezwykle przyszłościową technologię zimnej fuzji. Te przełomowe odkrycie jest ogromnym pstryczkiem w nos dla coraz bardziej panoszącego się Pekinu. Chiny nie mogą pozwolić sobie na takie zagranie, więc nie cofnął się przed niczym, żeby zniweczyć nowatorskie plany Tajwanu. Niewielka wyspa zostaje szczelnie otoczona „ognistym” pierścieniem chińskiej armii. Kiedy pada pierwszy strzał wszystko staje się jasne – Chińczycy nie odpuszczą. W tym samym czasie Radegas – jednostka specjalna Przymierza – ma za zadanie wydostać dyplomatów z ogarniętej wojną tajwańskiej ziemi. Kiedy cała wyspa jest szczelnie odcięta od reszty świata, a z nieba nieustannie pada deszcz pocisków, zadanie wydaje się być niewykonalne. 

Bo słabszym Kaukaskim płomieniu obawiam się, że Jakub Pawełek po raz kolejny będzie chciał zagrać bezpiecznie i nie wyjdzie po za utarte we Wschodnim gromie schematy – a więc opisy wojennych zmagań, długie i szczegółowe opisy broni oraz jeszcze więcej suchych relacji z bola bitwy. Przyznaję się bez bicia, nie wierzyłam, że autor radykalnie zmieni swój styl, a tymczasem pan Jakub to właśnie zrobił! Zaserwował mi całą masę emocji, sprawił, że szczęka mi opadła i nie mogłam nic powiedzieć, a co najważniejsze – samym zakończeniem wbił mnie w fotel! Dlatego znowu ponawiam pytanie – jak można w takim momencie skończyć książkę! Przecież to grzech, niewybaczalny grzech! Może nie będę kingowską Misery, ale najchętniej stanęłabym nad głową autora i tak jojczyła, że dla świętego spokoju napisałby kolejną część już, dziś, zaraz! 

W poprzednich tomach cyklu zabrakło mi jednego elementu. Miałam wrażenie, że autor tak bardzo skupił się na potyczkach, że zupełnie zapomniał, iż na wojnie nie giną tylko żołnierze. Walki pochłaniają zawsze tysiące ludzkich istnień, w większości cywilów. W Pierścieniu Ognia po raz pierwszy czytelnik może przekonać się jak wygląda konflikt zbrojny z perspektywy zwykłego człowieka – a w tym konkretnym przypadku młodego małżeństwa wraz z małymi dziećmi. Bardzo się cieszę, że Jakub Pawełek zdecydował się na taki zabieg, bo przez to cała lektura nabrała, wręcz namacalnej, realności. 

Sama akcja jest zdecydowanie lepiej zwarta i zarysowana niż do tej pory. Fabuła dosyć szybko nabiera tempa i niemal cały czas trzyma w napięciu! No ja jestem naprawdę bardzo, bardzo zadowolona z lektury! 

Do dobrze znanych czytelnikowi z dwóch pierwszych tomów bohaterów dochodzą zupełnie nowi. W książce mamy więc prawdziwy wachlarz postaci – jedni zdecydowanie lepiej zarysowani, inni potraktowani trochę po macoszemu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przy takiej ilości charakterów nie sposób zająć się wszystkimi w równie absorbujący sposób. 

Styl (co muszę stwierdzić z nieukrywaną radością) jest z każdą częścią coraz lepszy. Co prawda nadal tych technicznych opisów jest dosyć sporo, ale tym razem autor poszedł do przodu i chwała mu za to! Już zacieram ręce na to, co dostaniemy w piątym tomie! Mogę się do przyczepić jedynie do powtórzeń, które może nie zdarzały się nagminnie, ale jednak występowały. 

Pierścień Ognia jest jedna z lepszych książek, z którą dane mi było zapoznać się w tym roku i drugą lekturą, której zakończenia po prostu nie przyjmuje do wiadomości. Sprawa rozpoczęta w ostatnich zdaniach powinna już dawno zostać wyjaśniona i każda chwila zwłoki będzie działać na niekorzyść autora! A już tak całkiem serio – jestem mega pozytywnie nastawiona do innych lektur tego typu! Kto wie, może jeszcze z czasem war booki zajmą bardzo wysokie miejsce w moim subiektywnym rankingu ulubionych gatunków!

OCENA: 8/10


Witam, dzisiaj mam wolne, więc tylko wrzucam recenzję i idę odsypiać, a co! To był bardzo długi, ciężki tydzień… dobrych snów! 

[1] Opis pochodzi ze strony LubimyCzytać

czwartek, 19 października 2017

453. Autor wraca do początków, czyli "Kaukaski płomień"

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2015
WYDAWNICTWO: Ender

OPIS
Po zatrzymaniu chińskiej ekspansji i po klęsce Amerykanów w Iranie rozpoczyna się nowa polityczna era. Przymierze, niełatwy sojusz Polski, Rosji oraz innych krajów Europy Środkowej rośnie w siłę wbrew woli starej Unii Europejskiej oraz NATO. Rozpoczyna się gra o wpływy na Kaukazie oraz zasoby Morza Kaspijskiego. W Azerbejdżanie od kuli snajpera ginie prezydent Alijew. Podejrzenia padają na odwiecznego wroga – Armenię. Dochodzi do szybkiej eskalacji konfliktu i zbrojnych incydentów.
Świat zmierza w stronę wielkiej wojny o ostatnie wielkie złoża ropy i gazu. Na kaukaskich wyżynach rozpoczyna się konwencjonalne starcie na pełną skalę. W ogniu pocisków artyleryjskich, karabinowych kul i rakiet rozpoczyna się również walka o życie polskiej reporterki… [1]

RECENZJA
Jakub Pawełek całkiem niespodziewanie w moim czytelniczym serduszku zajął fotel z naklejką „obiecujący polski autor”. Sama nie sądziłam, że książki z serii WarBook mogą mi się spodobać, a jednak na świecie są takie rzeczy i sytuacje, które się nawet Tea nie śniły! Bo dobrym Wschodnim gromie i świetnym Perskim podmuchu, przyszedł czas na trzecią część „Przymierza” – Kaukaski płomień!

Świat tylko z pozoru może cieszyć się pokojem. Najwięksi światowi mocarze mają chrapkę na zasoby Morza Kaspijskiego, a Przymierze z każdym dniem rośnie w siłę i zdobywa nowe wpływy. Tymczasem w Azerbejdżanie ma miejsce udany zamach na prezydenta Aliewa. Wszystkie tropy prowadzą na Armenię. Po raz kolejny do gry wchodzą żołnierze, a oba państwa starają się pozyskać jak najwięcej sprzymierzeńców. Konflikt na kaukaskich wyżynach jest idealnym momentem, aby przejąć władze nad ogromnymi złożami ropy i gazu. Polityczna gra nabiera rumieńców.

Muszę się Wam przyznać, że czuję się trochę zawiedziona. Perski podmuch był ogromnie zajmującą i intrygującą lekturą, w Kaukaskim płomieniu z żalem muszę przyznać, że autor cofnął się do swoich wcześniejszych „przyzwyczajeń” i akcja bardzo powoli nabiera tempa. Co prawda w pewnym momencie z delikatnego truchtu przechodzi w miarowy bieg, ale zanim do tego dochodzi trochę stron w książce mija. Sama polityczna intryga była świetnie przemyślana, ale niestety po raz kolejny więcej można poczytać o wojennych potyczkach (miejscami trochę przydługich i nużących) niż politycznych gierkach. 

Autor zdecydował się również na rozbudowanie „polskiego” wątku i takim oto sposobem bliżej poznajemy dziennikarkę Ludmiłę Gajdę, która z wojennego pola trafia w ręce terrorystów. Na pomoc polskiej obywatelce wyrusza Radegas – jednostka specjalna Przymierza. 

Sam pomysł stworzenia sojuszu polsko-rosyjskiego jest bardzo fajnym posunięciem, może mało prawdopodobnym (jak  już to wcześniej podkreślałam, dla mnie to żaden problem), ale za to naprawdę intrygującym! Mam jednak nadzieję, że w jak na razie ostatniej wydajnej lekturze w cyklu (Pierścień Ognia) Jakub Pawełek zdecydowanie więcej miejsca poświęci na polityczną fikcję. 

Do dobrze znanych czytelnikowi z dwóch pierwszych tomów bohaterów dochodzą zupełnie nowi. W książce mamy więc prawdziwy wachlarz postaci – jedni zdecydowanie lepiej zarysowani, inni potraktowani trochę po macoszemu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przy takiej ilości charakterów nie sposób zająć się wszystkimi w równie absorbujący sposób.

Sam styl autora nie jest zły, chociaż nie obraziłabym się, gdyby kosztem dokładnych opisów broni w książce pojawiło się coś więcej chociażby o bohaterach. Miejscami dało się wyczuć, „powrót” do debiutu, nad czym strasznie ubolewam! Mam tylko na dzieję, że Pierścień ognia powali mnie na kolana!

Kaukaski płomień to kolejna nienajgorsza, typowo „męska” lektura – techniczna i twarda, która nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu. Autor troszkę zawiódł wybudowane w Perskim podmuchu zaufanie, ale wierzę, że pan Jakub jeszcze nie powiedział ostatniego słowa!

OCENA: 6/10


Witam! Ta pogoda w kratkę strasznie dobija moje ciśnienie. Czy tylko ja w te słoneczne dni zmagałam się z ciągłymi zawrotami głowy? Ja chcę już zimy! Chcę śniegu, mrozu… no i świąt! Zdecydowanie. Pozdrawiam serdecznie 

[1]Opis pochodzi ze strony LubimyCzytać




czwartek, 12 października 2017

451. Jest progres!

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO: Ender

OPIS
Rok 2018. W Nowym Jorku giną irańscy studenci. W Teheranie dochodzi do ataku odwetowego, którego celem staje się placówka dyplomatyczna. Amerykańska krew znaczy perski bruk…
Stany Zjednoczone reagują z całą mocą. Zatoka Perska i irackie bazy ponownie wypełniają się amerykańskimi wojskami. Jednocześnie w sercu Europy rośnie ryzyko zamachu z wykorzystaniem broni jądrowej. Czy stworzona przez Polaków jednostka specjalna okaże się bardziej skuteczna w działaniu niż agenci zachodnich państw? Czy uda się zapobiec tragedii w Europie? Jakub Jastrzębski i Andriej Bołkoński ponownie wchodzą do gry. Gdy Iran chyli się ku upadkowi, łeb podnosi Czerwony Smok. Rozpoczyna się wyścig ku Teheranowi. [1]

RECENZJA
Po skończeniu pierwszego tomu „Przymierza” autorstwa Jakuba Pawełka, sama byłam w szoku, że tego typu literatura przypadła mi do gustu. Zaraz po odłożeniu Wschodniego gromu niemal natychmiast wzięłam się za kolejną część i z ogromnym zainteresowaniem wczytywałam się w następne strony książki. Była słabsza czy lepsza niż debiut, zarówno autora jak i mój? Już śpieszę z odpowiedzią. 

Nocny klub – pełen młodych ludzi, dużo alkoholu, buzujące emocje, jeden nieprzemyślany do końca gest, brak zawahania i bójka, która z pozoru nie tak groźna w ostateczności sprawia, że dwa kraje stoją u progu wojny. „Raczkujące” dopiero Przymierze państw wschodniej Europy przeczuwa, że w wybuchu tego konfliktu maczał ręce jakiś ktoś inny, tymczasem nad Iran nadciągają pierwsze amerykańskie myśliwce…

Jak już wcześniej wspominałam, nigdy nie sądziłam, że lektury z serii WarBook mogą przypaść mi do gustu. O ile nadal utrzymuję, że nowinki technologiczne w armii tak bardzo mnie nie kręcą, o tyle po raz kolejny całkowicie przepadałam w tych wszystkich knutych na prawo i lewo intrygach. Polityczne gierki pochłonęły mnie do tego stopnia, że podczas czytania sama niejednokrotnie łapałam się na tym, że wysnuwałam różnego rodzaju teorię – niestety z marnym skutkiem, bo żadna się nie sprawdziła, ale będę się w tym kierunku dokształcać czytając kolejne tego typu książki. 

W Perskim podmuchu political fiction zajmuje zdecydowanie więcej miejsca niż w tomie inaugurującym  co mi osobiście bardzo się podobało. Takie szarady były zdecydowanie bardziej interesujące niż techniczne opisy broni, czołgów czy samolotów. Sama fabuła nie rozwija się w jakimś zatrważająco szybkim tempie, ale widać wyraźny progres w stosunku do Wschodniego gromu gdzie na dobrą sprawę akcja rozkręca się dopiero koło połowy książki. Ponadto autor zdecydował się podjąć temat wojny nuklearnej, której widmo (niestety!) od jakiegoś czasu wisi nad całym światem – mam nadzieję, że wizja Jakuba Pawełka nigdy się nie spełni! 

Jakub Jastrzębski – bohater dobrze znany czytelnikowi z poprzedniej części – pojawia się również w Perskim podmuchu. Niemniej jednak jego obecność jest dosyć znikoma, więc mimo, że występuje w obu tomach trudno powiedzieć, żeby to jednak on był postacią pierwszoplanową. Za to autor dużo miejsca poświęca wykreowaniu głównych „graczy” areny międzynarodowej. Oprócz zarysowania polskiego prezydenta i premiera, pan Jakub bliżej przedstawia postać amerykańskiej pani prezydent czy rosyjskiego (nie)cara Władimira Putina. Posunięcie bardzo ciekawe i zasługujące na uznanie. 

Sam styl (co muszę stwierdzić z nieukrywaną radością) jest ciutkę lepszy niż we Wschodnim gromie. Co prawda nadal tych technicznych opisów jest dosyć sporo, ale tym razem autor poszedł do przodu i nie bał się również przedstawiać bardziej szczegółowo niewojennych sytuacji. 

Przy okazji recenzji pierwszego tomu „Przymierza” zwróciła uwagę na to, że Jakub Pawełek ma potencjał. Swoją tezę jak najbardziej podtrzymuję, a Perski podmuch pokazuje, że dla chcącego nic trudnego! Wierzę, że z każdą kolejną częścią będzie coraz lepiej i mocno trzymam za to kciuki!

OCENA: 7/10


Pół miesiąca za nami! Kiedy, jak?! Ale to może i dobrze, bo… coraz bliżej święta!

[1] Opis pochodzi z LubimyCzytać

poniedziałek, 9 października 2017

450. "Zaginiona" - w końcu koniec Kuzynek!

AUTOR: Andrzej Pilipiuk
SERIA: Kuzynki
TOM: Czwarty
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Fabryka Słów

OPIS
Na aukcji dzieł sztuki i starodruków spotykają się trzy niezwykłe kobiety, a każda z nich pragnie tylko jednego – kreślonej na pergaminie XIX-wiecznej kopii starej mapy północnego Atlantyku. Do czego może prowadzić znajdujący się na koziej skórze plan Frislandu? Nikt tak naprawdę nie wie, czy wyśniona wyspa rzeczywiście istnieje, a jeśli tak – jakie kryje w sobie niebezpieczeństwo. Przekonają się o tym alchemiczka Stanisława, jej kuzynka Katarzyna i tajemnicza studentka Anna, droga do prawdy będzie jednak prawdziwym wyzwaniem. [1]

RECENZJA
Z ulga przyjęłam fakt, że „Zaginiona” to ostatni tom serii „Kuzynki”. Wiedziałam, że jak skończę, to nie zależnie od oceny nigdy do tego cyklu nie wrócę. „Zaginiona” została napisana po prawie dziesięciu latach to jakoś wcześniejszych tomów nie zwiastowała temu ścieżki usłanej różami.

Od wydarzeń w „Dziedziczkach” minęło osiem lat. Stasia i Kasia mieszkają w Krakowie, ale dalej prowadzą gospodarstwo w Kruszewicach. Podczas akcji dzieł sztuki i starodruków kuzynki spotykają studentkę Annę. Młoda dziewczyna od razu rozpoznaje w Stanisławie alchemiczkę. Dlaczego studentce geologii zależy na starej mapie? Co kryją ta dziewczyna? Jak jej droga splecie się z losami kuzynek?

To, co rzuca się na pierwszy rzut oka to… lepszy styl autora. Zdania nie brzmią tak infantylnie jak w pierwszych trzech pozycjach. Zdecydowanie był to styl bardziej dojrzały. Dobrze się to czytało, ale zaskakiwała mnie niewiara Katarzyny w pewne kwestia jak np. wyspa, której nie ma na mapie świata. Natomiast w pierwszym tomie od razu uwierzyła, że jej kuzynka żyje 400 lat. Autor zaskakiwał sam siebie, a tym samym mnie.

Mimo dobrego stylu uważam, że tom wcale nie jest lepszy od pierwszego. Dla mnie są na tym samym poziomie. Autor ponownie prowadził akcję powoli, a dziewczyny dochodziły do wszystkiego z prędkością światła. I mając dobre intencje nie jestem w stanie znaleźć w tej książce czegoś, co zrobiłoby z niej, coś wow!

Podsumowując, bo rozwodzić się nie zamierzam słaba ostatni tom, średnia seria. Niestety bardzo mi przykro Panie Pilipiuk, ale nim zabiorę się za „Oko Jelenia” dużo wody w Wiśle będzie musiało jeszcze upłynąć.

"Rzeczywistość składa się z wielu drobnych elementów. Żeby trwała, potrzebuje szkieletu. Dzieł budowanych pokoleniami. Tradycji i tych wielkich, i tych malutkich." ~ Andrzej Pilipiuk, Zaginiona, Lublin 2014, s. 137.
OCENA:  5/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

                                                        

czwartek, 5 października 2017

449. Pierwsza przygoda Tea z WarBook!

AUTOR: Jakub Pawełek
SERIA: WarBook
CYKL: Przymierze
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO: Ender

OPIS
Gigantyczna eksplozja niszczy polską magistralę przemysłową. Wszystkie tropy prowadzą do Moskwy, która gwałtownie zaprzecza. Na Bałtyku i przy naszych wschodnich granicach dochodzi do zbrojnych incydentów. 
Tymczasem chiński koncern chce przejąć rosyjski Gazprom. Rosji to się nie podoba. Dochodzi do fali zamieszek. Moskwa zakręca Chinom kurek z gazem. 
W odwecie ogromny czerwony smok uderza całą swoją potęgą. Zaczyna się od cybernetycznego ataku, który paraliżuje system obrony atomowej Rosji. Przez wschodnie granice na Syberię wkracza największa armia świata... 
Nadchodzi czas generałów. 
Po której stronie konfliktu stanie Polska? Uderzy na Rosję? A może stanie się jej sojusznikiem? 
Wizja III Wojny Światowej. 
Przerażająca, niszczycielska i co najgorsze bardzo realna. [1]

RECENZJA
Po cały cykl Jakuba Pawełka zdecydowałam się sięgnąć po rekomendacji starszego brata. Mówiąc szczerze nigdy nie sądziłam, że tego typu książki są dla mnie, ale bo dłuższych namowach i opowieściach naprałam ogromnej czytelniczej ochoty na zapoznanie się z twórczością autora. Wschodni grom to pierwszy tom serii „Przymierze”. Po zapoznaniu się z tą konkretną częścią muszę przyznać, że może nie jest to najlepsza książka, którą czytałam w tym roku, ale z pewnością nie żałuję spędzonego przy niej czasu.

Polska nie chce być więcej na niczyich usługach – chce w końcu postawić się zarówno wschodnim jak i zachodnim sąsiadom i udowodnić nie tylko Europie, ale również całemu światu, że jest twardym zawodnikiem.  Złoża gazu łupkowego mają być, więc asem w rękawie polskiego rządu. Niestety, te ambitne plany nie podobają się innym. Stosunki polsko-rosyjskie nigdy nie należały do najłatwiejszych, a górnolotne plany Polaków na pewno nie wpływają kojąco na i tak napiętą już linię Warszawa-Moskwa. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy gigantyczna eksplozja niszczy polską magistralę przemysłową. Podejrzenia od razu spadają na Rosje. Oba państwa rozpoczynają ruchy zbrojne na swoich granicach, a do wybuchu prawdziwego konfliktu wystarczy niewielka iskra… która zostaje zaprószona w najmniej odpowiednim momencie…

Nigdy nie miałam do czynienia ani z war bookiem, ani z political fiction. Mimo więc ogromnej ciekawości, co do debiutu Jakuba Pawełka odczuwałam również ogromne obawy. O ile okazało się, że polityczne gierki pochłonęły mnie całkowicie i z rumieńcami na twarzy czytałam o tym co dzieje się poza zamkniętymi drzwiami gabinetów najważniejszych osób w różnych państwach, o tyle opisy nowoczesnych technologii w wojennych potyczkach (które swoją drogą miejscami były baaaaaaardzo długie i nużące) to już nie moja bajka. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi jestem staroświecka i wolę czytać o być może mniej humanitarnym, ale bardziej efektywnym sposobie gdzie miecz uderza o miecz, a tarcza naciera na tarcze. Podkreślam jednak, że chodzi mi tylko i wyłącznie o słowo pisane – w realnym świecie brzydzę się przemocą!

Przeglądając różne fora natrafiłam na „zarzut”, że sytuacja zawarta we Wschodnim gromie jest nierealna do zaistnienia, więc cała lektura traci na swojej atrakcyjności… no serio?! A czy większość książek to nie jest właśnie fikcja literacka?! Idąc tym tropem, można wysnuć wnioski, że seria o Harrym Potterze jest fe no bo to niemożliwe, żeby nastolatkowie hasali na miotłach! Dla mnie cała sieć intryg zawarta w książce jest bardzo fajnie wykreowanym światem. Nawet, jeśli Polska nigdy nie będzie światowym potentatem w dostawie gazu to przynajmniej miło o tym poczytać. 

Autor wykreował całą masę bohaterów. Jest ich tak dużo, że nawet nie będę się starała wszystkich spamiętać. Na pierwszy plan wysuwa się co prawda Jakub Jastrzębski – agent CBŚ, ale oprócz jakiś szczątkowych informacji nie jesteśmy w stanie poznać go do końca. Ogólnie opisy postaci nie należą do najbogatszych.  Co prawda niektórzy bohaterowie przebijają się na tle innych, ale fajnie byłoby, jeśli pan Jakub (swoją drogą dopiero teraz doszło do mnie, dlaczego Jastrzębski ma tak a nie inaczej na imię!) w przyszłości ten element dopieszczał.

Przez pewien czas fabuła książki toczyła się bardzo mozolnie, a przydługie opisy wojskowego sprzętu trochę utrudniały czytanie. Niemniej jednak, kiedy w powieści pojawiły się polityczne gierki, a na arenę niespodzianie wstąpili Chińczycy cała akcja nabrała zdecydowanych rumieńców. Sam styl autora nie jest zły, chociaż nie obraziłabym się, gdyby kosztem dokładnych opisów broni w książce pojawiło się coś więcej chociażby o bohaterach. Miejscami dało się wyczuć, że to debiut, ale za to z ogromnym potencjałem! Z przyjemnością będę przyglądać się dalszym poczynaniom autora.

Wschodni grom to lektura bardzo techniczna, powiedziałabym wręcz, że przesiąknięta testosteronem. Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy lubią tak bardzo „męską” literaturę, ale ja osobiście muszę się przyznać, że jestem nią mile zaskoczona. Nigdy nie sądziłam, że tego typu pozycja przypadnie mi to gustu - a jednak! Co prawda pierwsza część "Przymierza" nie jest lekturą idealną, ale daje nadzieję na całkiem dobrą kontynuację!

OCENA: 6/10

Witam! Mam nadzieję, że nie dajecie się tym choróbskom, które teraz tak grasują za „oknem”! Trzymajcie się ciepło! 

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


poniedziałek, 2 października 2017

448. "Dziedziczki" - nigdy nie jest tak źle, żeby nie było gorzej

AUTOR: Andrzej Pilipiuk
SERIA: Kuzynki
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Fabryka Słów

OPIS
Mogłoby się wydawać, że w życiu Katarzyny, Stanisławy i Moniki wszystko układa się znakomicie. Tymczasem księżniczka Monika, długowieczna wampirzyca, przyciąga do Krakowa dwójkę łowców wampirów. Stanisława Kruszewska wraz z nauczycielem biologii Michałem Sędziwojem zaczęli eksperymentować z alchemią by przedłużać swoje życie. Czy uda im się wyjść z tego cało? [1]

RECENZJA
Czasami bardzo nie lubię w sobie tego, że zawsze kończę to, co zaczęłam. Bywa tak, że robię to nie potrzebnie, ale po prostu nie umiem inaczej. Gdybym potrafiła to pewnie po drugim tomie rzuciłabym cyklem „Księżniczki” w kąt. Jednak, że nie umiem to chcę szybko zakończyć tę średnią serię. 

W trzecim tomie Stasia, Kasia i Monika przenoszą się do Kruszewic, gdzie próbują odbudować dawny dwór. Nie podoba się to jedynym mieszkańcom, czyli czwórce obywateli, którzy żyją na koszt państwa. Ogólnie super, że Stanisława i Kasia walczyły o rodzinny dwór, ale robiły to nielegalnie, wszystko załatwiały poprzez szantaż i zastraszanie. W tym samym czasie Michał Sędziwój wybiera się do Tajwanu w celu sprawdzenia, jaką wiedzę na temat alchemii mają tamtejsi uczeni. Niestety na jego drodze znowu staje Bractwo Drugiej Drogi… Niepokojące rzeczy zaś dzieją się z do tej pory spokojną księżniczką Moniką. Jej myśli stają się jeszcze bardziej mroczne niż do tej pory…

Mam wrażenie, że z części na część autor tworzył fantastykę, ale załatwiania spraw w Polsce w XXI wieku. Z kilkoma rzeczami mogę się zgodzić, ale to, w jaki sposób Kruszewskie odzyskały ziemie to już czyste science-fiction. Na dodatek budowały dwór bez pozwolenia, a urzędnika postraszyły fałszywymi dokumentami CBŚ. Zaczęło mnie to już denerwować, bo ile można? Raz, drugi, trzeci, ale setny? Nikt się nie zorientował, że legitymacja Kasi już jest nieważna? Że już nie jest agentką CBŚ? 

Akcja ponownie wlekła się niemiłosiernie. Niby coś się działo, ale tak, że usypia czytelnika. Na obecny moment nie rozumiem zachwytów, jakie czytałam na temat twórczości Pilipiuka. Jedyny plus, jaki widzę to ten, że naprawdę szybko się czyta mimo tej mdłej akcji.

OCENA:  5/10

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 25 września 2017

445. "Księżniczka" utrzymuje średni poziom pierwszego tomu

AUTOR: Andrzej Pilipiuk
SERIA: Kuzynki
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Fabryka Słów
OPIS
Mogłoby się wydawać, że w życiu Katarzyny, Stanisławy i Moniki wszystko układa się znakomicie. Tymczasem księżniczka Monika, długowieczna wampirzyca, przyciąga do Krakowa dwójkę łowców wampirów. Stanisława Kruszewska wraz z nauczycielem biologii Michałem Sędziwojem zaczęli eksperymentować z alchemią by przedłużać swoje życie. Czy uda im się wyjść z tego cało? [1]

RECENZJA
Zawsze kończę zaczęte książki i serie. Nie umiem tak po prostu porzucić czegoś bez skończenia. Po prostu tak mam. Dlatego sięgnęłam po drugi tom serii „Kuzynki”, chociaż pierwszy mnie mocno rozczarował. Mimo to nie traciłam nadziei na to, że kolejny tom będzie lepszy. Ale czy słusznie miałam nadzieję?

Po odnalezieniu Sędziwoja wydawało się, że życie Stanisławy, Katarzyny oraz Moniki będzie przez kolejne dobre kilka lat upływało w spokoju. Jednak na drodze tej czwórki pojawiają się kłopoty w dwóch postaciach. Pierwszy to Bractwo Drugiej Drogi, które zgłębia alchemię dla majątku i chce dorwać alchemika Sędziwoja i torturami wydobyć z niego wszystko, co wie. Drugim z kolei są łowcy wampirów, którzy chcą zabić księżniczkę Monikę.

Znowu akcja wlecze się jak flaki z olejem. Wszystko jest takie niespieszne, że aż usypiające. To powoduje, że nie byłam w stanie przeczytać więcej niż 100 stron dziennie, bo po prostu umierałam z nudów i zaczynałam być senna. Na dodatek fragmenty opisujące poczynania łowców wampirów były tak bardzo nudne, że nie chciało mi się ich czytać, a najgorsze było to, że w pewnym momencie było ich bardzo dużo. Ich wątek został spartaczony. Pod koniec zaczął mnie nawet wciągać, ale w kulminacyjnym momencie z balonika uleciało powietrze i został tylko flak. Szkoda, bo gdyby nie to, to książka dostałaby punkt wyżej, a tak? Nic z tego Panie Pilipiuk.

Styl autora jest dalej lekki w odbiorze. Może mniej infantylny niż w pierwszej części, co odnotowuję na duży plus. Za to bohaterki są tak samo idealne jak w „Kuzynkach”. Czego się nie dotkną zamieniają w sukces co mnie ogromnie irytowało.

Księżniczka Monika uczęszcza do prywatnego, żeńskiego liceum w Krakowie. Dzięki dobrym stopniom jest zwolniona z czesnego. Przy tej postaci Pilipiuk porusza ważny temat edukacji na początku XXI wieku. Sama pamiętam, że nigdy nie byłam ulubienicą nauczycielek. Byłam spokojną, ułożoną i grzeczną uczennicą, ale nigdy nie umiałam i do tej pory nie umiem się nikomu podlizywać. Z tego powodu zawsze gdzieś w podstawówce byłam tą czwartą czy piątą uczennicą w klasie, ale pozostaje mi satysfakcja tego, że osiągnęłam to wszystko ciężką nauką. Monika również to zauważa, że jej rówieśniczki ślepo wyznają zasadę: zakuj, zdaj, zapomnij (3xZ) i ze wszystkich sił próbują podlizać się belfrom. Nie mam pojęcia jak to wygląda teraz, ale nie sądzę, żeby wiele się zmieniło. Mogę się oczywiście mylić. Gdy ja chodziłam do szkoły to w znacznej mierze zabijała ona indywidualność, kreatywność oraz samodzielne myślenie. Nauczenie nie zmuszają uczniów do własnych inicjatyw tylko uczy się ich z wyciętych szablonów. Tak to ja pamiętam i to mi też Pilipiuk przypomniał. Smutne jest to, co pamiętam, ale może coś się zmieniło? Nie wiem, bo edukację już skończyłam, a dzieci w wieku szkolnym w rodzinie czy też wśród znajomych nie mam.

Nie było źle. Momentami wyczuwałam potencjał na dobrą fantastykę, ale były też momenty kiedy nudziłam się ogromnie. Nie jest to nic, co mnie swoją akcją i intrygą wbiło w fotel. Po prostu średniaczek.

"Strach może być siłą destruktywną, ale może też być twórczy. Może pomóc w ocenie sytuacji, trzeba tylko umieć go opanować. Zdusić, by nie przerodził się w panikę." ~ Andrzej Pilipiuk, Księżniczka, Lublin 2014, s. 193.
OCENA:  5/10

Kiedy Wy czytacie recenzję ja jestem w Danii na delegacji. Nie wiem jak długo tam zostanę, więc przez najbliższy miesiąc ode mnie posty będą pojawiały się automatycznie i bez moich dopisków. Jak wrócę dam Wam znać :)

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 18 września 2017

442. Rozczarowanie polską fantastyką


AUTOR: Andrzej Pilipiuk
SERIA: Kuzynki
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Fabryka Słów

OPIS
Katarzyna Kruszewska próbuje ustalić miejsce pobytu swojej prababki, która według rodzinnej legendy nigdy się nie zestarzała. Stanisława Kruszewska wróciła do Polski po długim powrocie w Afryce, w prywatnej szkole pracuje, jako nauczycielka francuskiego – jednego z wielu języków, które opanowała do perfekcji w ciągu czterech stuleci. W międzyczasie oddział polskich żołnierzy w Serbii z rąk oprawców ratuje młodą dziewczynę to Monika Stiepanković z pozoru niewinnie wyglądająca szesnastolatka, która skrywa niebezpieczną tajemnicę. [1]

RECENZJA
Ja i fantastyka to połączenie dość dziwne. Są dwie opcje: albo mnie książka z tego gatunku zachwyci albo mocno rozczaruje. W zasadzie nie ma nic pośrednio. Postanowiłam dać Andrzejowi Pilipiukowi szansę, bo na studiach jego twórczość polecał mi kolega ze specjalizacji.

Trzy kobiety: dwie kuzynki Kruszewskie i Serbka Monika. Niby nic na pierwszy rzut oka ich nie łączy, ale prawda jest zupełnie inna. Stanisława przeżyła cztery wieki dzięki miksturze z kamienia filozoficznego. Po wielu latach, gdy umarli wszyscy, którzy mogliby ją pamiętać wraca do Polski, gdzie odnajduje ją kuzynka Katarzyna – pracownica CBŚ. Kaśka odnalazła ją dzięki maszynie, która idealnie dopasowuje twarze i odnajduje je wśród tłumów ludzi na przestrzeni wielu lat i została stworzona w Polsce na początku XXI wieku (to dopiero prawdziwa fantastyka!!!). Monia Stiepanković jest uratowaną przez Polski Kontyngent Wojskowy w Kosowie (KFOR) dziewczyną. Oddział obronił ją przed rozwścieczonymi Albańczykami i dzięki wstawiennictwu żołnierzy dostała w Polsce azyl.

Elementy fantastyki są i to nie takie nachalne, że wyskakują z każdej strony kartki. Pojawiają się w sposób przystępny, ale postaci… Cała trójka jest piękna (nuda), mądra (nuda) i bardzo bystra (nuda do potęgi trzeciej). Najogólniej rzecz ujmując cała Stasia, Kasia i Monika mają cechy bohaterek, których nie lubię. Są za idealne i sama bym je za to spaliła na stosie, a nie, dlatego, że mogą być długowieczne czy coś. Za szybko przychodziło im rozwiązywanie problemów, a na dodatek dostęp do pewnych rzeczy miały prostu… Bardzo mnie to irytowało.

W stylu autora na plus mogę zapisać to, że czyta się go szybko, bo nie pisze zbyt wymagająco. Po prostu lekko i przyjemnie, ale niestety ociera się momentami o bardzo infantylność. Pewne rozwiązania wcale są po prostu głupie i zrobione moim zdaniem na siłę (ja rozumiem, że to fantastyka, ale i w tym trzeba zachować logikę, żeby czytelnika nie zirytować). Na dodatek akcja wlecze się niemiłosiernie, co jest aż nie podobne do tego gatunku literatury.

I tak o to znalazła się fantastyka, która w mojej kategorii plasuje się gdzieś po środku. Nie jest kompletnie zła, ale wybitna też nie. Skończę serię, bo czyta się ją w miarę szybko, jeśli tylko ma się czas. Jednak w większości opinii jestem po prostu rozczarowana. Tak zwyczajnie i po prostu spodziewałam się czegoś więcej.

"A lęk to bardzo destruktywna siła. Strach jest najbardziej obrzydliwą ze słabości, a każdą słabość przeciwnika można obrócić na swoją korzyść." ~ Andrzej Pilipiuk, Kuzynki, Lublin 2014, s. 79.
OCENA:  5/10

Powiem Wam, że... w końcu czuję jesień! Nareszcie! 


[1] Opis pochodzi z okładki książki