Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2019

597. Kacper Śledziński - "Cichociemni elita polskiej dywersji"


AUTOR: Kacper Śledziński
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Znak
OPIS
Było ich 300. Najlepiej wyszkoleni sabotażyści w historii.
Byli gotowi poświęcić wszystko w dla idei „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń!”
Doskonale wyszkoleni, bezgranicznie odważni, desperacko zdeterminowani, bezkompromisowi.
Najlepsi z najlepszych - starannie wyselekcjonowani spośród tysięcy kandydatów. Musieli porzucić wszystko, zapomnieć, kim byli, bez słowa opuścić kobiety, które kochali. Poddani morderczemu szkoleniu, przygotowywali się, aby w pojedynkę zmienić bieg historii.
Zrzuceni na spadochronach do okupowanej Polski, podejmowali samobójcze misje. Nieliczni, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień. Jednak nigdy się nie poddali. Do końca marzyli o wolnej Polsce.
Prawdziwe losy polskich bohaterów, przy których bledną historie o amerykańskich komandosach. [1]

RECENZJA
II wojna światowa to temat, który bardzo w literaturze lubię. Chętnie sięgam po takie pozycje, które są w stanie poszerzy moją wiedzę na ten temat. Cichociemni to bardzo ważne jednostki w historii polskiej armii oraz w walce o wolność ojczyzny z okupantem.

Kacper Śledziński opisał historię elitarnej grupy dywersyjnej. Składała się ona z żołnierzy, którzy po wtargnięciu III Rzeszy do Polski „uciekła” z kraju, aby w państwach sojuszników szukać szansy i możliwości walki o wolność Polski. Najpierw była to Francja, a po jej kapitulacji Wielka Brytania. Tam przez wiele tygodni szkolili się, aby pod osłoną nocy wyskoczyć z samolotu i wylądować w okupowanej ojczyźnie. Wyszkoleni z ogromną wiedzą byli wielką wartością dla armii podziemnej. Każdy z nich na szansę powrotu do Polski czekał długo, ale każdy z Cichociemnych musiał przejść długie szkolenie, które weryfikowało czy nadaje się do walki z okupantem. Ich dewizą było „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń”.

Kacper Śledziński pokazuje nam powstawanie żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych w postaci Cichociemnych. Dostajemy długą drogę, jaką przeszli, aby takie szkolenie ukończyć, ale najpierw jak wiele pracy kosztowało polskich polityków w Wielkiej Brytanii utworzenie szansy na powstanie jednostki desantowej. Brytyjczycy nie od razu kupili ten pomysł, a potem początki również nie były kolorowe. Wyszkoleni żołnierze chcieli wrócić do Polski, żeby tam walczyć, ale tu powstawały kolejne problemy jak odpowiedni samolot, który będzie wstanie pokonać taki dystans. Problemy piętrzyły się na każdym kroku, a wymienienie ich wszystkich zajęłoby dużo czasu. Podobało mi się to, że autor zaczął od początku, czyli od powstania pomysłu, a potem idąc przez jego realizację, szkolenie żołnierzy, ich zrzut do Polski, a potem ich walkę w kraju.

Momentami czytało się tę książkę jak dobrą powieść sensacyjną. Strony same leciały przez palce. Lubię takie książki, które powodują, że zapominam o całym świecie i wszystkim innym, co mnie otacza. Autor pokazał, że bycie Cichociemnym nie dawało gwarancji wydania. Kilku z nich zostało ofiarami tylko, dlatego, że Polacy donosili na nich Gestapo. To podczas czytania bolało mnie najbardziej, bo przecież Ci żołnierze walczyli o wolność właśnie dla Polski, dla jej obywateli, a ludzie bez zastanowienia wydawali ich Gestapo…

Polecam Wam tę książkę, jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę na temat Cichociemnych lub też tak jak ja chcecie po prostu dowiedzieć się o tej jednostce wszystkiego od podstaw. Uważam, że autor dobrze wykonał swoją pracę.
"Zwykle świadomość porażki budzi się powoli, zwalczana przez promyki nadziei zrazu racjonalnej, później irracjonalnej, a wreszcie liczącej na cud." ~ Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Kraków 2012, s.408.
OCENA:  7/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 31 maja 2018

516. Czy wojna jest dla kobiet?


AUTOR: Luba Winogradowa
TŁUMACZ: Dorota Bal
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO: Znak Horyzont

OPIS
Godziny wyczekiwania w napięciu, pierwszy zabity wróg, a potem kolejne „punkty na koncie”, śmierć koleżanek, ale też zabawa, zaloty i pierwsze miłości. Tak wyglądało życie Kławy, Marusi, Rozy i innych, znoszących trudy wojny, zahartowanych snajperek, bez wahania naciskających na spust. Jednocześnie bardzo młodych dziewcząt tęskniących za mamą, za domem, za normalnością.
Co czuje młoda dziewczyna, gdy kolejna już przyjaciółka ginie na froncie? I gdy to kolega z własnego obozu okazuje się być najgroźniejszym wrogiem? Jak to jest być „frontową żoną”? Czy można wrócić z wojny do domu i znów gotować barszcz, jak mama i babcia? Luba Winogradowa przeszukując archiwa, studiując wspomnienia naocznych świadków udowadnia, że wojna tylko z pozoru jest męską sprawą. Oddaje sprawiedliwość bohaterkom, których zasługi nigdy nie zostały należycie docenione. 

RECENZJA
Wojna nie kojarzy się z kobietami. Wojenne potyczki to krew, ból, zmęczenie i żołnierze. Obraz kobiety - delikatnej i wątłej - w ogóle tu nie pasuje. Tymczasem w wojskach wielu państw to właśnie dziewczęta szły ramię w ramię z mężczyznami i oprócz bycia sanitariuszkami na równi walczyły o wolność. Snajperki Luby Winogradowej to opowieść o młodych kobietach, które służyły w sowieckim wojsku. Książka jest swojego rodzaju świadectwem tych nielicznych, które przeżyły.

Wiele milionów Rosjan podczas wojny wegetowało - w kraju panował głód, ludzie żyli w skrajnej biedzie, a sowiecka propaganda robiła swoje. Nic więc dziwnego, że wiele dziewczyn w wojsku widziało szanse na poprawienie własnych warunków życia, a możliwość zemszczenia się na "złych Niemcach" i dołożenie swojego wkładu do wyzwolenia kraju działały na nie jeszcze bardziej motywująco.

Autorka zabierała nas w podróż do wojennej rzeczywistości. Nie próbowała bawić się w psychologa, na siłę ubierać przeżycia wojennych kobiet w piękne słowa, a po prostu pozwolił im się wypowiedzieć, podzielić się nie tylko swoimi wspomnieniami, ale przede wszystkim tym co czuły kiedy były ścigane, kiedy celowały do niemieckich snajperów, czy uczestniczyły w akcjach. Książka posiada bardzo dużo cytatów z różnego rodzaju dokumentów - pamiętników czy relacji. Bardzo lubię kiedy w literaturze historycznej pojawia się dużo źródeł. Wtedy cała pozycja nabiera wiarygodności i wartości. Jeśli o to chodzi chylę czoła przed panią Winogradową. Nie podoba mi się jednak samo rozmieszczenie przypisów - wszystkie zostały zebrane na końcu lektury, więc, żeby sprawdzić z jakich źródeł korzystała autorka trzeba było "skakać".

Przeczytałam już całkiem sporo książek historycznych. Do tej pory spotykałam się z biografiami zbiorczymi, które miały zbliżony układ - jeden rozdział zazwyczaj przypadał jednemu bohaterowi. Snajperki zostały podzielone w zupełnie inny sposób - tutaj nie ma podziału na postaci, lecz na... no właśnie to nie jest tak jednoznaczne. Wydawać by się mogło, że chodzi o sytuacje, które łączyły kilka dziewcząt. Taki sposób rozpisania rozdziałów nie do końca przypał mi do gustu bo miałam wrażenie, że wprowadzał trochę zamętu. Jedna bohaterka mogła pojawiać się w kilku miejscach w książce (niekoniecznie chronologicznie), a jeśli do tego dołożymy tych nazwiska całkiem sporo to o zakręcenie się nie jest trudno. 

Styl autorki jest przejrzysty i łatwy w odbiorze. Mimo, dużej ilości wiadomości czytelnik nie czuje się tym wszystkim przytłoczony i może dosłownie w 3-4 wolniejsze wieczory "zapoznać" się z sowieckimi snajperkami.

Wojna jest zła. My na ten moment możemy cieszyć się wolnością, ale trzeba pamiętać, że historia często zatacza koło (pfu, pfu, pfu nie chce być prorokiem, w żadnym wypadku!). Czytając tego typu pozycje czy to o polskiej armii, czy o jakiejkolwiek innej nigdy nie staram się oceniać żołnierzy. Nie wiemy jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji. Zdarzyło się, że rosyjskie snajperki przeżywały dwa piekła - najpierw przeszły swoje na froncie, a potem gdy wojna dobiegła końca okazało się, że powrót do domu wcale nie jest taki jaki sobie wyobrażały. Nie jest łatwo kiedy poświęcasz się i za innych i za kraj, gdy widziałaś jak każdego dnia twoje koleżanki/przyjaciółki zostają zastrzelone/rozerwane przez minę/wzięte do niewoli, a jedyne na co stać bliskich i sąsiadów po wojnie to przypięcie snajperce etykietki "frontowej żony" - która, albo była po prostu formą rozrywki dla "prawdziwych" żołnierzy, albo wybrała się na front, żeby znaleźć w armii wysoko postawionego męża. Smutne i przykre.

Snajperki to pozycja bardzo ciekawa i wciągająca. Śmiało przypadnie do gusty tym, którzy lubią czytać książki historyczne o tematyce wojennej. Gdyby nie czysto techniczne błędy, które niestety przeszkadzały, byłoby jeszcze lepiej. Niemniej same "wnętrze" zasługuję na uwagę. 

OCENA: 7/10

Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu

Witam. Dawno mnie tutaj nie było, ale nadal się nie ogarnęłam i nie "uprzątnęłam" się na tyle, żeby móc w pełni tutaj wrócić. Ale obiecuje sobie i Wam, że niebawem to nastąpi. Jeszcze tylko troszkę...
Pozdrawiam...




poniedziałek, 16 kwietnia 2018

506. Odkryj "Brylant Pindara"


AUTOR: Katie Hickman
TYTUŁ ORYGINALNY: The Pindar Diamond
TŁUMACZ: Krzysztof Puławski
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Świat Książki

OPIS
Przejdźmy ukrytymi alejkami siedemnastowiecznej Wenecji, by zagłębić się w jej tajemne ogrody i poznać niezwykłą historię zakazanego uczucia, pomyłek dotyczących tożsamości bohaterów oraz bezcennego brylantu…
Jest rok 1604.
W weneckim półświatku pojawiają się plotki na temat bardzo cennego brylantu. Kupiec Paul Pindar nabiera podejrzeń, że ma to związek z jego dawną ukochaną. Jednak powoli staje się jasne, że gra, która toczy się na naszych oczach jest znacznie bardziej skomplikowana i mroczna, niż mogłoby się wydawać. Czy brylant rzeczywiście istnieje, czy też jest to sztuczka, która ma doprowadzić Pindara do zguby… [1]

RECENZJA
Postanowiłam sięgnąć po „Brylant Pindara”, bo zainteresował mnie opis na okładce, a na dodatek przyciągnęła mnie siedemnastowieczna Wenecja. Jednak, gdy tak przeglądałam sobie stronę lubimyczytac.pl, aby znaleźć informacje o dacie wydania książki to okazało się, że jest to kontynuacja „Drzwi do ptaszarni’, a nigdzie na książce nie ma o tym wzmianki. Czytanie, więc zaczęłam z nutką irytacji, a także obawy, że nie ogarnę treści bez znajomości poprzedniej książki.

W książce pojawiły się trzy wątki, które początkowo nijak się wydaję ze sobą połączone. Pierwszym z nich jest garstka wędrownych kobiet – akrobatek, które za namową niejakiego Bocelliego docierają do opuszczonej przez Boga i ludzi wioski. Signor Bocelli chce, aby zabrały dziewczynę z połamanymi nogami i jej dziecko, które wygląda jak syrena. Kobieta została wyłowiona przez wieśniaków podczas połowu i nikt nie spodziewał się, że przeżyje następne kilka dni, a co dopiero, poród. Kolejny wątek dotyczy Paula Pindara, który jest uzależniony od hazardu od momentu, gdy wrócił z Konstantynopola po utracie narzeczonej, która miała do niego tam dołączyć, ale statek, którym płynęła został zaatakowany przez korsarzy. Gra on również podwójną rolę w mrocznej Wenecji, gdy pewnego dnia na swojej drodze spotyka osławiony niebieski brylant sułtana. W jaki sposób to łączy się z jego ukochaną? W co uwikłał się Paul? Ostatni wątek dotyczy młodej Annette, która swego czasu była niewolnicą – matki sułtana Sahfije. Wolność odzyskała po jej śmierci, a gdy wróciła do Wenecji wstąpiła do jednego z klasztorów, do którego przyjęto ją ze względu na wiano, jakie wniosła. Skąd je miała? Kim jest dla niej Celia Lamprey? I co łączy ją z brylantem sułtana?

Mimo obaw, że bez znajomości wcześniejszej historii pogubię się w tej opowieści to nic takiego nie miało miejsca. Autorka w sposób zwinny i umiejętny przywoływała czytelnikowi potrzebne informacje, tak, aby ten myślał, że wcześniejszej książki nie było. Widać nie jest konieczne czytanie „Drzwi do ptaszarni”, żeby móc w spokoju poznać „Brylant Pindara”.
Historia wciąga od pierwszych stron, co uważam za duży plus, bo zazwyczaj mam problem z tym, żeby wbić się w fabułę książki. Tu od początku byłam ciekawa, co będzie działo się dalej. Autorka nie podaje wszystkiego na tacy, chociaż pewną kwestię rozwiązałam mniej więcej w połowie książki, co z pewnością dla tych, co lubią być zaskakiwani na końcu, że ich tok myślenia nie był prawidłowy będą lekko zawiedzeni. W tym wypadku sprawiło mi to frajdę, bo pamiętam, że gdy czytałam
„Dziewczynę z pociągu” i po 50 stronach wiedziałam, kto zabił poczułam się rozczarowana, bo dla mnie to było za szybko. W „Brylancie Pindara” było to idealnie wyważone.

Podobała mi się ta książka. Mało było troszkę tej siedemnastowiecznej Wenecji. Można było to lepiej rozbudować, ale może autorka obawiała się, że zanudzi czytelnika? Nie mogę też powiedzieć, że opisów było mało. Gdy Paul szedł ulicami Wenecji można było wypośrodkować jego przemyślenia z opisami miejsca.

Z pewnością będę polować na „Drzwi do ptaszarni”, bo jestem ogromnie ciekawa początku tej historii. Na dodatek polubiłam styl Katie Hickman, więc to będzie czysta przyjemność. Moim zdaniem warto zapoznać się z tą książką.

 „- Szczęście? - […] uśmiechnął się gorzko. - Szczęście to złudzenie.”~ Katie Hickman, Brylant Pindara, Warszawa 2011, s. 108.
OCENA:  6/10

U mnie dziś pogoda nie zachęca do spacerów, a liczyłam, że przed pracą wyciągnę psiaka na półgodzinny spacer, ale istnieje sporo ryzyko opadów deszczu, więc dziś sobie odpuszczę. A jak u Was?

[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 5 kwietnia 2018

502. Odkryj "Drzwi do ptaszarni"


AUTOR: Katie Hickman
TYTUŁ ORYGINALNY: The Aviary Gate    
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Świat Książki
OPIS
Celia Lamprey, młoda Brytyjka ocalona z morskiej katastrofy, trafia do haremu sułtana Mehmeda III w Konstantynopolu. Przedziwnym zrządzeniem losu na dworze sułtana zjawia się także opłakujący stratę ukochanej Paul Pindar. Kiedy młodzieniec dowiaduje się, że w haremie pojawiła się nowa niewolnica, dziewczyna o złotych włosach i białej jak mleko skórze, nie zważając na to, że jego poczynania mogą wstrząsnąć politycznym porządkiem szesnastowiecznej Europy i rozpętać wojenną zawieruchę, postanawia ją uwolnić.   [1]

RECENZJA
Czasem czytanie jakiegoś cyklu zaczyna się od drugiej części. Ja w takich sytuacjach najczęściej czuję irytację, bo brak znajomości tomu pierwszego może znacząco utrudnić odbiór lektury i spowodować jej złą ocenę. Na szczęście w przypadku „Brylantu Pindara” nic takiego nie miało miejsca, bo chociaż jest powiązany z częścią pierwszą „Drzwiami do ptaszarni” to spokojnie może stanowić osobną historię. Mnie na tyle spodobał się pomysł i styl Katie Hickman, że postanowiłam sięgnąć po „Drzwi do ptaszarni”. Autorka materiały do tej książki zbierała piętnaście lat.

Książka w dwóch perspektywach. Pierwsza to współczesny Londyn i Elizabeth, która prowadzi badania na temat pierwszej angielskiej niewolnicy w haremie sułtana Mehmeda II Celi Lamprey. Kobieta trafiła tam wraz ze swoją przyjaciółką Annette z powodu katastrofy morskiej. Zostały sprzedane do Imperium Osmańskiego przez handlarzy żywym towarem, jako niewolnice. W haremie miały spędzić resztę swojego życia. Pewnego dnia ukochany Celi przybywa do Stambuły i próbuje ją uratować, gdy dowiaduje się, że ona tam właśnie jest. I dokładnie w 1599 roku dzieje się druga perspektywa w pałacu sułtana, gdzie pełno jest intryg i zawiłości. Jaka tajemnicę kryje matka sułtana? Jedna z najpotężniejszych kobiet w Imperium Osmańskim? Czy Paul uratuje Celię?

Akcja książki jest bardzo powolna, że niecierpliwego czytelnika jest wstanie zanudzić i przez to nie zapozna się z historią zawartą na stronach tej powieści. Autorka zadbała o dokładne opisy zabytków tureckich, dworu sułtana. Ten aspekt jest dopracowany w najdrobniejszym szczególe i widać, że Katie Hickman naprawdę spędziła sporo czasu, żeby te materiały zebrać, uporządkować, a potem żeby to wszystko ułożyć w jedną całość. W „Drzwiach do ptaszarni” jest tego bardzo dużo. Natomiast w „Brylancie Pindara” tego właśnie brakowało. Tego przyłożenia się do najdrobniejszych szczegółów. Ogólnie lubię, kiedy wszystko jest dopracowane, ale tu przeszkadzało to w płynnym czytaniu książki. Rozpraszało mnie dosłownie wszystko, łatwo wybijało z rytmu nawet najmniejsze słowo w pokoju obok.

Na początku podobał mi się pomysł pisania z dwóch perspektyw i nawet żałowałam, że „Brylant Pindara” nie był tak potraktowany, ale z czasem wątek Elizabeth i jej życia miłosnego stał się męczący i pojawiał się w złym momencie, co znowu wybijało mnie z rytmu czytania, w który wchodziłam w momentach, gdy przebywała w 1599 roku w Imperium Osmańskim. Potem musiałam znowu wchodzić w rytm i tak w koło.

Nie wiem czy odebrałabym tę książkę inaczej, gdybym czytała to w odpowiedniej kolejności, czyli najpierw „Drzwi do ptaszarni”, a potem „Brylant Pindara” i nigdy się już tego nie dowiem. Podobała mi się, ale te wybicia z rytmu utrudniły mi płynne czytanie książki, przez co pewnie czytałam ją dłużej niżbym chciała. Miłośnikom powieści historycznych z pewnością się spodoba i polecam czytać jednak w dobrej kolejności.
OCENA: 6/10

Książki czytałam w złej kolejności, ale recenzję dodaję w odpowiedniej ;) 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 10 czerwca 2017

409. Luźna Sobota z książką: Na sułtańskim dworze

AUTOR: John Freely
TYTUŁ ORYGINALNY: Inside the Seraglio. Private Lives of the Sultans in Istanbul
TŁUMACZ: Anna Sak, Justyn Hunia
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Znak Literanova

OPIS
Poznajcie sekrety haremu, zajrzyjcie do listów miłosnych Sulejmana i Roksolany.
Witajcie w olśniewającym pałacu tureckich sułtanów – to tutaj rozegrały się sceny, które znamy z serialu Wspaniałe stulecie. Tu właśnie przez ponad siedem wieków władcy Imperium Osmańskiego rządzili, knuli intrygi i ulegali namiętnościom. Bo za tronem niemal każdego z nich stała nie mniej potężna kobieta.
Ta książka odkryje przed wami sekrety pałacu Topkapı. Przekroczymy strzeżoną przez białych eunuchów złotą Bramę Szczęśliwości, aby zajrzeć do prywatnych apartamentów sułtana, gdzie czterdziestu paziów czekało na jego rozkazy. Dwustu kelnerów podawało posiłki z kuchni na stół władcy. Niosąc je, mijali Klatkę, gdzie w zamknięciu żyli pretendenci do tronu. Rzucali też ciekawe spojrzenia w stronę haremu – serca pałacu strzeżonego przez czarnych eunuchów o imionach pochodzących od kwiatów: Hiacynt, Goździk czy Róża. To w haremie toczyły się bezwzględne walki o serce sułtana i realną władzę nad imperium. [1]

RECENZJA
Ostatnio w literaturze można zauważyć „trend” na arabskie klimaty. Powstają kolejne powieści, pojawia się coraz więcej reportaży oraz książek historycznych na ten temat. Do tej pory nie miałam okazji na własnej, czytelniczej skórze przekonać się czy również i ja poddam się tej modzie, dlatego z wielką przyjemnością przyjęłam propozycję od Wydawnictwa Znak zrecenzowania pozycji autorstwa Johnego Freely.

Imperium Osmańskie zawsze było kojarzone z ogromnym przepychem, bogactwem… i owianym woalem tajemniczości haremem. Czy nikt nie zastanawiał jak ponad pięćset lat temu rozumiany był luksus, w którym żyli kolejni sułtani? A może interesowaliście się tym w czyich rękach spoczywała faktyczna władza, kto był tak zwaną szarą eminencją na sułtańskim dworze? Jeśli tak, koniecznie musicie zajrzeć do pozycji Johnego Freely!

Prywatne życie sułtanów to przygotowana z niezwykłą dbałością o detale, lekcja historii. Autor skrupulatnie przedstawił czytelnikom całą linię władców z dynastii Osmanów, zaczynając na Osmanie I (XII-XIV wiek), a kończąc na Abdülmecid II  (lata .20 XX wieku). John Freely przedstawił wszystkie intrygi, z którymi musieli się mierzyć bądź w których uczestniczyli kolejni władcy Imperium Osmańskiego; zapoznał czytelnika z upodobaniami poszczególnych sułtanów oraz przybliżył wielkie miłosne uniesienia, które miały miejsca na sułtańskim dworze. 

Przelanie ponad 800 lat tureckiej historii na niespełna 400 stronach książki to nie lada wyzwanie. Nic więc dziwnego, że niektóre wątki wręcz prosiły się o jakieś rozwinięcie. Nie mniej jednak przedstawienie władającej w Imperium dynastii jest na tyle dobrze skonstruowane, że może dać dość dokładne pojęcie tego egzotycznego świata. W lekturze występuje tak dużo imion, że łatwo można pogubić się w tych zawiłych powiązaniach – kto jest bratem tego, a kto wnukiem takiego – dlatego na końcu znajduje się zgrabne drzewo genealogiczne Osmanów, które pozwala czytelnikowi na szybkie ułożenie sobie wszystkiego. Podobnie sprawa przedstawia się z wyrazami i terminami tureckimi – ich objaśnienie można znaleźć w słowniczku na końcu. Szkoda, że przypisy nie pojawiały się na tej samej stronie, wtedy nie trzeba byłoby „latać” po całej książce. 

Tytuł książki daje możliwość przypuszczać, że w środku czeka nas spotkanie z sułtanami „prywatnie”, niestety w większości lektury przytaczane są polityczne zagrywki, więc poznajemy władców od tej drugiej, „zawodowej” strony.  

Sam warsztat autora można jak najbardziej ocenić na plus, tym bardziej, że nie starał się w żaden sposób fabularyzować, ani wchodzić w psychikę przedstawianych przez siebie postaci. Ponadto nie oceniał ich czynów, dając czytelnikowi pole do własnych przemyśleń i opinii. 

Moje pierwsze spotkanie z „arabskim” światem uważam za jak najbardziej udane. Nie jestem pewna czy odnalazłabym się z powieści w tych klimatach, ale za to literatura faktu i książki historyczne jak najbardziej za mną przemawiają. Z pewnością dalej będę poszukiwać takich pozycji i mam nadzieję, że te przyszłe spotkania będę tak samo owocne jak te z Prywatnym życiem sułtanów.

OCENA: 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję

Witam, dzisiaj dosyć nietypowo, bo Luźna Sobota z książką. Zostawiam Was z recenzją, a ja sama uciekam do pracy. Miłego dnia!

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa



czwartek, 6 kwietnia 2017

384. Prawdziwa solidarność w czasach Solidarności


AUTOR: Anna Herbich
SERIA: Prawdziwe Historie
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: Znak Horyzont

OPIS
Mówili im: "Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, to my walczymy o Polskę!" Nie posłuchały. Dla wolności gotowe były zaryzykować wszystko.  Janina miała 50 lat, gdy została pobita przez ZOMO na demonstracji. Do szpitala trafiła z siedemnastoma szwami na głowie. Za domową drukarnię aresztowali ją dwa razy. Izabella zostawiła w domu dwójkę maleńkich dzieci. Mimo więzienia nie ugięła się. Zbuntowała całe miasto. Joanna w oknie celi wywiesiła biały ręcznik, na którym napisała czerwoną szminką Solidarność. Straszyli: jeśli się nie zamkniesz, zamkniemy ci syna. Siedemnastolatek został najmłodszym więźniem stanu wojennego. Należały do legendarnej Solidarności i chciały lepszej Polski dla swoich dzieci. Czasem walczyły ramię w ramię z mężczyznami, a czasem wbrew nim. Produkowały i kolportowały „bibułę”, strajkowały, chodziły na demonstracje. Wyrzucano je z pracy, podsłuchiwano, bito i aresztowano. Grożono im odebraniem dzieci. Często zostawały bez środków do życia, musiały liczyć na pomoc innych. To prawdziwe historie naszych mam i babć. Czy zdobylibyśmy się na podobną odwagę? Anna Herbich przywraca pamięć o kobietach, bez których rewolucja Solidarności nie mogła się udać. Oddaje głos bohaterkom, które zbyt długo pozostawały w cieniu wielkiej historii. [1]

RECENZJA
Ostatnio zauważyłam, że coraz częściej sięgam po biografie. Ten konkretny gatunek literatury nigdy jakoś nie należał do moich ulubionych, ale ostatnio coraz bardziej się do niego przekonuje Dziewczyny z Solidarności autorstwa Anny Herbich to moja kolejna pozycja tego typu i muszę się przyznać, że niezmiernie się cieszę, że trafiła w moje czytelnicze szpony.

Autorka zabiera nas w pewnego rodzaju sentymentalną podróż w lata 80. minionego wieku. Co prawda ja sama znam je tylko z opowieści rodziców i starszego rodzeństwa, urodziłam się dopiero w 1992 roku, to jednak z pewnością wszyscy z nas słyszeli o Solidarności. W swojej książce pani Anna zrobiła coś co mi osobiście bardzo przypadło do gusty – mianowicie oddała całkowitą kontrolę swoim bohaterom. Autorka nie próbowała bawić się w psychologa, na siłę ubierać przeżycia Dziewczyn z Solidarności w piękne słowa, a po prostu pozwoliła im pisać, podzielić się nie tylko swoimi wspomnieniami, ale przede wszystkim tym co czuły kiedy były ścigane, zastraszane, zamykane w więzieniu i oddzielone od najbliżej rodziny. Książka jest więc pewnego rodzaju świadectwem kobiet, które nigdy się nie poddały i walczyły o wolną Polskę dla siebie, dla dzieci/rodziny, przyjaciół… dla nas…

Dziewczyny z Solidarności to zbiór jedenastu historii kobiet, które przeszło trzydzieści lat temu sprzeciwiały się polityce uprawianej przez ówczesne władze; kobiet, które marzyły o życiu w wolnym kraju, gdzie można byłoby prowadzić normalne życie pozbawione godziny policyjnej, wszechobecnej kontroli i kartek na wszystko. To wspomnienia osób niezwykle odważnych i oddanych sprawie, o których zdecydowanie powinno uczyć innych. Każda z nich dołożyła swoją cegiełkę do tego, żebyśmy teraz mogli żyć w wolnym, niepodległym kraju, chociaż doskonale zdawały sobie sprawę, że za ich walkę mogła grozić im kara śmierci lub w najlepszym przypadku długoletnie więzienie. Mimo to nigdy nie żałowały swojego wkładu w Solidarność. 

Każda z bohaterek przestawia swój punkt widzenia nie tylko na wydarzenia, które miały miejsca po wprowadzaniu stanu wojennego, ale również z własnej perspektywy oceniają rok 1989 oraz obrady Okrągłego Stołu. Również i tutaj pani Anna nic nie neguje, nie ocenia, ani nie komentuje. Książka jest nie tylko o dziewczynach z Solidarności, jest dziewczyn z Solidarności.

Wiecie co mnie najbardziej uderzyło w tej pozycji? Solidarność, ale nie w kwestii organizacyjnej, a w poczuciu wspólnoty i współodpowiedzialności. PRL to nie była bajka, to był naprawdę bardzo trudny okres w dziejach naszego kraju i właśnie dzięki wspólnej pomocy ludzi byli w stanie przetrwać. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj ludzie nie mają w sobie tyle empatii co dawniej. Oczywiście czasu się zmieniły, teraz wszystko jest ogólnie dostępne, ale czy dzięki temu dobrobytowi nie zapominamy, że przecież obok nas są inni ludzie? 

Lektura autorstwa Anny Herbich, w moim odczuciu, jest niezwykle potrzebną i ciekawą książką. To świadectwo kobiet, które na własnej skórze poznały, czym groziło niezgadzanie się z władzą ludową. Każda z jedenastu przedstawionych historii jest interesująca i pouczająca. Muszę się przyznać, że sama byłam na siebie zła, że o niektórych bohaterkach książki nigdy wcześniej nie słyszałam. Te kobiety pokazały, że na równi z mężczyznami walczyły, nawet, jeśli nie z bronią w ręku to ich wkład w wolną Polskę jest równie wielki. Polecam! Gorąco polecam!

„To po wyjeździe Mazowsza zdecydowałam, że wracam. Urzekło mnie to, że mówili o Polsce jako o normalnym kraju. Nikt nie był w stanie mnie powstrzymać. Wszyscy uważali, ze musiałam zakochać się w którymś z tancerzy. Ale to nie było prawdą. Ja byłam zakochana w Polsce.” ~ Hanna Grabińska, w: „Dziewczyny z Solidarności” Anna Herbich, Kraków 2016, s. 255

OCENA: 7/10


Dzień dobry. Ostatni tydzień to zarówno dla Lady Spark jak i dla mnie istnie szalony czas, dlatego też przepraszamy, że nie ma nas u Was, ale w następnym tygodniu to się na pewno zmieni. Pozdrawiam serdecznie i życzę słońca w ten pochmurny poranek,
Tea 

[1]Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 2 lutego 2017

361. "Dawno, dawno temu... za siedmioma rzekami, za siedmioma górami było sobie Imperium Rycerzy Trupiej Czaszki..."*



AUTOR: Michał Wójcik, Zofia Posmysz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Znak Literanova

OPIS
Czyli pani wyszła z tego Królestwa?
- Mnie się udało. Tak, mnie to się udało.
Żeby przeżyć, trzeba przestrzegać reguł obozowej gry. Nie można dać się uderzyć - ¬¬¬bo nie przestaną bić. Trzeba wyglądać w miarę zdrowo - inaczej wezmą na rewir.
I przede wszystkim należy wiedzieć, jak rozmawiać z oprawcami.
Bo nawet kat ma słabości. A ofiara nie zawsze jest bezbronna.
Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się po raz pierwszy opowiedzieć całą swoją historię.
Zofia Posmysz mówi o tym, skąd czerpała wewnętrzną siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego.
I jak to się stało, że ponownie zaufała życiu. [1]

RECENZJA
Są takie książki, obok których nie da się przejść obojętnie. Są takie osoby, które opowiadając o swoim życiu pokazują czytelnikowi coś znaczenie więcej niż zwyczajne „być” i właśnie do tego bardzo wąskiego grona zalicza się Zofia Posmysz.

Okres II wojny światowej to straszny czas. Właśnie w tym okresie faszyści wprowadzili do swojej polityki tak zwaną „czystość rasy”. Tylko prawdziwi Aryjczycy mogli żyć, reszta nacji była uważana za podludzi. Tacy nie mieli szans na życie i powinni zostać wyeliminowani i temu właśnie celowi miały służyć takie obozy, takie jak ten w Auschwitz.

Zofia Posmysz znalazła się w Oświęcimiu tylko dlatego, że była o niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Życie w Polsce podczas II wojny światowej było czymś koszmarnym, jednak nikt nawet w najgorszych snach nie myślał, że trafi do takiego miejsca jak Auschwitz. A tymczasem dziewiętnastoletnia Zofia znajduje się właśnie tam… w „królestwie mgły” gdzie rządzą zupełnie inne prawa, a każde, najmniejsze nawet wykroczenie, może zostać  ukarane karą śmierci. To nie jest dobre miejsce dla nikogo, a tymczasem młodziutka Zosia musi próbować żyć tutaj, funkcjonować i po prostu ocaleć…


Królestwo za mgłą to wywiad rzeka z Zofią Posmysz, byłą więźniarką obozu w Auschwitz, po wojnie pracowała w Polskim Radiu, jest autorką książek takich jak Wakacje nad Adriatykiem czy Pasażerki, w których opisywała własne obozowe doświadczenia. Jednak dla mnie to swoistego rodzaju świadectwo. Bycie w Oświęcimiu, bo życiem trudno to nazwać, było prawdziwa droga przez mękę. To opis wydarzeń upokarzających, hańbiących, a jednak mimo wszystko pokazujących, że w tych bestialskich czasach można było pozostać człowiekiem. Pani Zofia niesie ze sobą ważną lekcję - można odczuwać emocję mimo, że jest się w otoczeniu gdzie wszyscy chcą  sprowadzić ludzi do poziomu zwierząt.

Pani Zofia nie ocenia, wręcz przeciwnie stara się również w swoich oprawcach dostrzegać nawet znikomą iskierkę człowieczeństwa… ot ktoś się uśmiechnął, ktoś dał troszkę więcej zupy, albo przymknął oko na jakieś odstępstwo od łagrowego regulaminy. Szczególnie to ostatnie było niezwykle ważne mając na uwadze to, że czasem naprawdę coś niezwykle nieistotnego było karane śmiercią. 

Od wyzwolenia Auschwitz minęło 72 lata. 72 lata – wydawać się może, że to czas w którym można już zapomnieć o tym co się działo wówczas, ale pani Zofia pamięta wszystko dokładnie. Jej przeżycia są nadal żywe i mimo, że nauczyła się z tym żyć nam nie wolno o tym zapomnieć. To co wydarzyło się  to coś strasznego, coś co nigdy w nie powinno było się wydarzyć i my, żyjący teraz w czasach rzekomego spokoju i równowagi musimy pamiętać po to, żeby znów nie powtórzyć tego błędu. Historia, w tym konkretnym przypadku nie może zatoczyć koła. Jesteśmy tylko i aż ludźmi i pamiętajmy o tym…

W tej konkretnej recenzji postanowiłam, że nie będę posiłkowała się skalą punktową. Uważam, że Królestwo za mgłą jest pozycją, którą zasługuję na poświęcony jej czas, uwagę i w żadnym wypadku nie powinna była być brana pod jakąkolwiek skalę. To książka, którą trzeba przeczytać po to, żeby nie zapomnieć…


Za egzemplarz książki bardzo dziękuję wydawnictwu


Dzień dobry! To kiedy minął nam ten styczeń, co?



* Zofia Posmysz, Michał Wójcik; Królestwo za mgłą, s. 15
[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


czwartek, 12 stycznia 2017

352. …człowiek człowiekowi bestią…


Autor: Maria Fredro-Boniecka
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: W.A.B.

OPIS
Siedmioro świadków, trzech komentatorów, dziesiątki spisanych relacji. Ponad siedemdziesiąt lat po rzezi wołyńskiej (1943-1944) wracają oni do tamtych wydarzeń, jako ciągle żywej traumy na poziomie jednostkowym i zbiorowym, lokalnymi narodowym. Opowiadają o osobistych doświadczeniach, ukazując niewyobrażalne okrucieństwo wydarzeń oraz ich tło historyczne i społeczne. [1]

RECENZJA
W minionym roku na rynku wydawniczym pojawiło się bardzo dużo książek odnośnie Wołynia. Ponieważ do tej pory bazowałam jedynie na obejrzanych dokumentach/filmach postanowiłam poszukać również jakieś adekwatnej lektury. Mój wybór padł, na bardzo promowaną, pozycję autorstwa Marii Fredro-Bonieckiej Wołyń. Siła traumy.

Odnoszę wrażenie, że nic tak nie porusza czytelnika jak świadectwa. Poznając historię danych bohaterów, człowiek uświadamia sobie, jakim jest szczęściarzem – że czuje się bezpieczny, nie musi bać się terroru, jest blisko rodziny i ma własny dom. Wołyń. Siła traumy to relacje siedmiu osób, które przeżyły rzeź wołyńską i które musiały żyć w ciągłym strachu o siebie i najbliższych. Ponad to autorka zadbała o komentarz psychologa. 

Książka składa się z naprawdę przerażających i wywołujących zimny dreszcz emocji opisów. Aż strach pomyśleć, że ludzie ludziom zgotowali taki straszliwy los, że sąsiad sąsiada potrafił bez żadnych skrupułów zabić i to jeszcze w tak okrutny i bestialski sposób. Koszmar, jedne wielki koszmar.  

Podczas lektury trudno nie oddać się chwili refleksji. To co miało miejsce na Wołyniu, to było ludobójstwo, bo jak inaczej można nazwać bezduszne wymordowanie blisko 60 tysięcy osób, starców, kobiety, dzieci… Dlatego też bardzo nie podobało mi się, że w książce autorka na siłę starała się usprawiedliwić działanie Ukraińców. Miejscami jej komentarze zakrajały o jakieś chore żarty. Ja doskonale rozumiem, że człowiek przyparty do mury jest w stanie zrobić naprawdę różne rzeczy; rozumiem, że to było tyle lat temu, że mentalność i same okoliczności były różne… ale nie potrafię znaleźć wytłumaczenia na takie okrucieństwo. I żeby nie było niejasności, dotyczy to wszystkich bez wyjątku - Ukraińców, Polaków, Niemcy itd.  

Plusem z kolei jest na pewno wprowadzenie komentarza psychologa, który w bardzo przystępny sposób próbuje wyjaśnić różne mechanizmy, które kierowały wówczas jednym i drugim narodem.

Sam język, mimo że książka porusza naprawdę trudny i ciężki temat, można śmiało uznać za przystępny i pomagający w zapoznawaniu się z lekturą.

Jestem w kropce. Zdaję sobie sprawę z tego, że książka nie jest stricte historyczna. To przede wszystkim próba wyjaśnienia, z psychologicznego punktu widzenia, dlaczego do takiego brutalnego zdarzenia w ogóle doszło. Nie zabraknie tutaj emocji, zarówno samej autorki jaki i przede wszystkim świadków oraz osób zaproszonych do dyskusji na ten temat. Tylko, mówiąc szczerze nie do końca tego oczekiwałam po tej lekturze. Oczywiście wstrząsnęła mną, zmusiła do refleksji... ale to nie to. Uważam, że jak najbardziej takie pozycje zasługują na poświęcony czas i uwagę, niemniej sama będę dalej szukała książek o tej tematyce.


OCENA: 6/10

Witam. Dopadło mnie podłe choróbsko, a tu taki ciężki tydzień w trakcie. Może już być następny weekend? Pozdrawiam i ściskam ciepło,
Tea

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa