Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 kwietnia 2018

507. "Łowca snów" niekoniecznie porywający


AUTOR: Stephen King
TYTUŁ ORYGINALNY: Dreamcatcher
TŁUMACZ: Arkadiusz Nakoniecznik
ROK WYDANIA: 2001
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

OPIS
Czterej kilkunastoletni chłopcy zrobili kiedyś coś wspaniałego, coś wielkiego i dobrego - coś, co odmieniło ich życie. Połączeni telepatyczną więzią kroczyli przez lata różnymi ścieżkami, które jednak w końcu doprowadziły ich do drewnianego domku w środku lasu. Tam ich drogi musiały się rozejść: niektórych czekała śmierć, niektórych zaś los znacznie gorszy od śmierci: ucieczka w głąb własnego umysłu przed bezwzględnym, drapieżnym, nieznającym litości przeciwnikiem, początkowo całkowicie nieludzkim i tym groźniejszym, im bardziej upodabniał się do człowieka. Uwolnić ich od tego koszmaru mógł tylko ten piąty, ten, który kiedyś pomógł im wznieść się ponad przeciętność, który połączył ich na długie lata, który znacznie więcej dawał, niż brał - prawdziwy łowca snów... [1]

RECENZJA
Jak pewnie zdążyliście zauważyć przynajmniej raz w miesiącu staram się, aby w moje dłonie wpadła książka autorstwa Stephena Kinga. Spytacie się pewnie, dlaczego? Otóż postanowiłam, że po tylu latach unikania, muszę w końcu nadrabiać dzieła Mistrza. Bo o tym, że King jest prawdziwy asem w swoim fachu nie muszę nikogo przekonywać, prawda? No, ale wracając do meritum – „Łowca snów” był kolejną lekturą, z którą postanowiłam się zmierzyć. Ciekawy opis znajdujący się na tylnej okładce tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze. Niemniej jednak po ponad 600 stronach historii, muszę się przyznać, że czułam dość spory niedosyt. Książka, co prawda nie rozczarowała mnie, ale nie mogę również powiedzieć, że wciągnęła mnie do tego stopnia, abym nie mogła oderwać od niej wzroku.

Może na początku zacznę od bohaterów. W „Łowcy snów” mamy do czynienia z prawdziwą męską przyjaźnią, która połączyła piątkę młodych chłopców i z sukcesem przeniosła się również w dorosłość. Czterej mężczyźni: Beaver, Henry, Jonesy i Pete, w dzieciństwie uratowali przed chuliganami, upośledzonego umysłowo chłopca – Dudditsa. Od tej pory pomiędzy nimi wytworzyła się wyjątkowa więź, którą dodatkowo łączą pewne nadprzyrodzone zdolności. Duddits okazał się być kimś więcej niż tylko chorym chłopcem, a z czasem również reszta bohaterów zaczyna dostrzegać jego, ale również swoją własną wyjątkowość. Pomimo tego, że każdy z nich jest zupełnie innym niż pozostali, to mimo wszystko, stanowili bardzo zgrany zespół. Różniło ich praktycznie wszystko, ale połączyła przyjaźń i miłość do Dudditsa. Właśnie Dudds… również i mnie urzekła tak wykreowana postać. Z jednej strony bezbronny i zagubiony, z drugiej niebezpieczny i tajemniczy. Z jednej strony przyjacielski i ciepły, z drugiej kolei bezwzględny i pewny swego. Jakkolwiek dziwie by to zabrzmiało, jego upośledzenie było w sumie jego największym atutem. Jeśli z kolei chodzi o pozostałych bohaterów, to chyba żaden zbyt bardzo mnie nie porwał – nie irytowali mnie, a i owszem, ale niestety również i nie zachwycili. W pewnym sensie czuję się zawiedzona, liczyłam, że „Łowca snów” będzie kolejnym majstersztykiem Kinga, a tymczasem dostałam książkę dobra, ale nie najlepszą.

No to teraz fabuła! W sumie zamiast pytania: „co znajdziemy w książce”, powinniśmy zadać pytanie: „czego tam nie znajdziemy”. Mamy tam stwory, Ufo, poczynania rządu, propagandę, szalonego dowódcę i wiele, wiele więcej. Głównym tematem historii jest walka ziemian z kosmitami, którzy chcą opanować ziemię – powinniśmy, więc mieć ciągłą akcję i wyścig z czasem. Niemniej jednak przez ponad 600 stron historii zdarzyło się kilka rozdziałów tak nużących, że ja sama walczyłam z ogromną pokusą przeskoczenia o kilka kartek w przód. Jako, że nie lubię zdradzać zbyt wielu szczegółów, (co to by nie spojlerować) nie chcę zbytnio rozpisywać się w tym akapicie. W dużym skrócie powiem jedynie tyle, że przez większą część lektury naprawdę dużo się dzieje, ale te kilkanaście stron, o których wspominałam wyżej, sprawiły, że czułam się nieco rozczarowana, tym bardziej, że w pamięci wciąż mam „Miasteczko Salem”, które oczarowało mnie pod każdym względem.

Język! Przy okazji oceniania wcześniejszych pozycji Kinga mówiłam, że czego, jak czego, ale braku talentu pisarskiego nie można temu panu odmówić. Uwielbiam ten jego charakterystyczny styl, który pozwala przenieść się w zupełnie inny, alternatywny świat. Czytając kolejne strony „Łowcy snów” czytelnik może czuć się jakby był naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń, które mają miejsca w książce. Jak zwykle w tym konkretnym podpunkcie nie mogę się do niczego przyczepić.

Reasumując, lektura z pewnością spodoba się wszystkim kingomaniakom oraz osobom, które lubią sobie poczytywać coś w rodzaju zagadek z Archiwum X. Ja sama czuję niedosyt po tym konkretnym tytule, mam jednak nadzieję, że kolejna historia Kinga, z którą będę miała do czynienia, sprawi, podobnie jak „Miasteczko Salem”, że nie będę mogła spać.

No i mamy jeszcze ocenę! Myślę, że szóstka będzie w tym przypadku idealna.

"Pamiętał doskonale, jak głaskał go po delikatnych, jasnych włosach. Jego płacz wbijał się im w serca jak sztylet, ale kiedy się śmiał, byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Kiedy słyszałeś śmiech Dudditsa Cavella, znów zaczynałeś wierzyć we wszystkie stare kłamstwa: że życie jest dobre, że ma sens, że oprócz mroku istnieje też światło.” ~ Stephen King, Łowca Snów, Warszawa 2001, s.558


OCENA: 6/10

Strasznie szalony okres u mnie, sama nie wiem za co na początku się zabrać. Mogę po prostu pójść spać?

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 11 stycznia 2018

477. Czy taki Mróz dobry jak go malują?

AUTOR: Remigiusz Mróz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona

OPIS
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera. Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną? Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem. [1]

RECENZJA
Czy jest wśród nas ktoś, kto nie znałaby Remigiusza Mroza? Ten młody autor już na dobre rozsiadł się na tronie króla polskiego kryminału. Był taki okres, że gdzie się człowiek w booksferze nie obejrzał tam wszędzie było pełno Mroza. Muszę przyznać, że przez ten „nawał” ja osobiście do twórczości pana Remigiusza podchodziłam bardzo ostrożnie. Niemnie jednak, kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się Czarna Madonna nie mogłam się jej oprzeć! 

Filip ma bardzo ciekawe, burzliwe życie. Jeszcze jakiś czas temu, jako ksiądz ewangelizował wiernych, próbując ustrzec ich przed grzechem. Tymczasem okazało się, że sam nie był na tyle silny, żeby oprzeć się pokusie i zakochał się w Anecie. Tak normalnie, po ludzku, pokochał kobietę i dla niej zdjął sutannę. Od tego momentu żyli razem szykując się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Przed powiedzeniem sobie „tak” mieli odbyć jeszcze wspólną podróż do Ziemi Świętej. Zrządzeniem losu na pokład samolotu wsiadła tylko Aneta, a mężczyzna miał czekać na jej powrót w Polsce. Niestety, w parę godzin po starcie maszyna znikała z radarów i nie można było nawiązać z nią żadnego kontaktu. Filip jest zdruzgotany… a do tego wszystkiego nagle w jego najbliższym otoczeniu dzieją się rzeczy dziwne, nie z tego świata i przerażające. Jakby tego było mało pojawia się również ojciec niedoszłego pana młodego, który odszedł tyle lat wcześniej…

Zanim zasiadłam do lektury Czarnej Madonny z wielką ciekawością czytałam i słuchałam kolejnych opinii, w których zapewniano mnie, że książka jest przerażająca; jak to nie będę mogła spać po nocach; jak to będę się bała nawet pomyśleć o poruszanych w książce tematach. Cóż… przeczytać przeczytałam, spałam dobrze, nie bałam się, a jeśli autor przez dodanie tego paranormalnego wątku chciał stworzyć mrożący krew w żyłach horror, to niestety ale to nie wyszło.

Ogólnie rzecz biorąc w książce dzieje się dużo, ale na dobrą sprawę te wszystkie wydarzenia są jakoś dziwnie pourywane, niektóre ważne wątki są potraktowane po macoszemu, ale najgorsze i tak jest końcówka, która nie dość, że jest dziwna to najzwyczajniej w świecie jest tak bezsensowna, że to aż boli. Pan Remigiusz bardzo mocno starał się stworzyć pozycje na miarę Kinga czy Browna (do czego zresztą sam się przyznaje), ale niestety do obu autorów jest jak na razie bardzo daleko! Ponadto, nie mogę wybaczyć Mrozowi tego, że „spełnił” moje obawy – tak bardzo „płodny” pisarz często tworzy „po łebkach”. Czarna Madonna to przede wszystkim dialogi, bardzo mało opisów i pominięte wątki, które mogłyby stać się bardzo interesującymi.

O samych bohaterach też trudno się wypowiadać, bo autor niewiele miejsca poświęca na stworzenie dokładnego profilu swoich postaci. Mamy raczej jakąś skróconą charakterystykę, która niestety musi nam całkowicie wystarczyć. Mówiąc szczerze ja osobiście nie byłam w stanie zżyć się z żadnym „zarysem” (bo pełnowartościową postacią nikogo nazwać nie można). Szkoda, szkoda. Może wtedy ta pozycja byłaby bardziej znośna?

Mimo, że do samej fabuły mam bardzo dużo zastrzeżeń książkę przeczytałam szybko. No i tutaj mamy paradoks – bo z jednej strony narzekam na brak długich opisów i jakieś szczegółowej charakterystyki, a z drugiej takie uproszczenie bardzo ułatwia zapoznawanie się z lekturą. Niemniej nie nazwałabym tej umiejętności pana Remigiusza „lekkością pióra”, to raczej taka klasyczna prostota, która jednak się sprawdziła.

Pierwsze spotkanie z twórczością Remigiusza Mroza uważam za... średnie. Książka miała mnie przestraszyć, miała sprawić, że nie będę mogła zasnąć, a tymczasem miałam wrażenie, że dostałam jakiś bliżej niezidentyfikowany twór - ni to King, ni to Brown.

OCENA: 4/10


Dzień dobry, w Nowym Roku! Jak Wasze noworoczne postanowienia? Mocno trzymacie się ich realizacji? 
Pozdrawiam, 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

czwartek, 26 listopada 2015

184. A gdy zapadanie "Czarna Bezgwiezdna Noc"...

AUTOR: Stephen King  
TYTUŁ ORYGINALNY: Full dark, no stars
TŁUMACZ: Krzysztof Obłucki
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Albatros A. Kuryłowicz

OPIS
Cztery minipowieści ukazujące ciemną stronę ludzkiej natury. W każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek… To motto przyświeca historiom opowiedziany w najnowszym bestsellerze mistrza grozy. Ich bohaterami są ludzie, którzy popełnili morderstwo: z wyrachowania, z zemsty, wskutek splotu wydarzeń lub po prostu dlatego, że sprawiło im to przyjemność.  [1]

WSTĘP
Podobnie jak to miało miejsce z książką „Miłosne perypetie detektywów z Houston”, w której były trzy mniejsze powieści i gdzie każdą recenzowałam osobno. Tak samo zrobię z „Czarną bezgwiezdną nocną” Stephena Kinga. Czas start!

„1922”
OPIS
Lata 20. XX wieku. Rolnik ze stanu Nebraska nie chce pogodzić się z decyzją żony, by sprzedać odziedziczoną ziemię i przeprowadzić się do miasta. Spór nakręca spiralę szaleństwa i zbrodni.   [2]
RECENZJA
Wiecie już, że lubię Kinga. Jednak zdecydowanie wolę go w formie dłuższej niż minipowieści. Po pierwszym jego opowiadaniu doszłam do wniosku, że w takich krótkich formach jest on zdecydowanie bardziej brutalny i bezpośredni niż jak to miało miejsce w „Sklepiku z marzeniami” czy też „Mrocznej połowie”. Akcja opowiadania pod tytułem „1922” toczy się w niewielkiej i niepodanej z nazwy wsi w stanie Nebraska, ale wiemy, że jest to w dość bliskiej odległości od miasta Omaha. Narracja jest prowadzona pierwszoosobowo przez Wilfreda Jamesa, którego poznajemy poprzez czytanie go zapisków, które zaczynają się od tego, ze jest on w trakcie konfliktu z żoną. Problem powstał gdy   jego żona Arlette odziedziczyła po rodzicach sto akrów ziemi i mając dość wiejskiego życia chce je sprzedać i przenieść się z całą rodziną do miasta. Rolnik, dla którego ziemia jest całym dobytkiem i majątkiem nie chce się godzić na oddanie ojcowizny w obce ręce stąd między małżonkami kłótnia. Para ma syna Henry’ego, który woli być nazywany Hankiem. Jest on zakochany w swojej szkolnej koleżance. No i tyle fabuły, bo zaraz opowiem całą historię. Warto jednak zaznaczyć, że cała akcja dzieje się tuż po I wojnie światowej, wtedy zwanej jeszcze Wielką Wojną. Świat podnosił się z kryzysu i próbował przewartościować swoją gospodarkę z wojskowej na prawidłowe tory.
 To co Wilf zrobił i do czego w sposób dość cwany i przebiegły namówił swojego syna i jak skutecznie grał na emocjach młodego chłopaka jest odrażające i okropne. Pokazuje jak wiele ludzie są w stanie zrobić nie tylko dla pieniędzy bo zapewniam was, że rolnik nie zrobił tego co zrobił z powodu chęci gotówki. Zrobił to bo nie był w stanie wygrać z żoną. Miał świadomość, że to nie on jest właścicielem stu akrów, które chce sprzedać Arlette i miał świadomość, że nic jej nie powstrzyma przed wyprowadzeniem się do miasta, a rozwody w tamtych czasach nie były chlebem powszednim jak teraz, więc nie wszystko dało się rozwiązać jakby się chciało, a więc kulturalnie. Robiąc jeden krok za dużo Wilf nakręcił spirale zła, która siała spustoszenie wśród wielu osób.
King zdecydowanie nie patyczkował się i opisywał wszystko tak szczegółowo, tak makabrycznie, że nie raz i nie dwa zamykałam oczy na kilka chwil by oczyścić umysł ze zbyt wyraźnych obrazów, które podrzucała mi moja wyobraźnia. Jednak jak dla mnie autor zbyt mocno skupiał się na pewnych szczegółach, które kompletnie nie miały sensu, które tylko przeciągały całe opowiadanie. Lubię wszelkie gatunki książek, ale to co zaserwował mi pan King było dla nie zbyt mocne (w tym momencie pozdrawiam Tea i Martittę) i to oraz wlokąca się w szczegółach akcja spowodowały, że to opowiadanie oceniam na słabe 4.
„Mówią, że miłość jest ślepa, ale to powiedzenie głupców. Czasami widzi zbyt dużo." ~ Stephen King, 1922, [w:] Czarna bezgwiezdna noc , Warszawa 2011, s.61.
OCENA: 4/10

„Wielki kierowca”
OPIS
Autorka kryminałów Tessa Jean jedzie na spotkanie z czytelnikami  do niedużej miejscowości. W drodze powrotnej łapie gumę. Przejeżdżający mężczyzna  dusi ją i gwałci, a bezwładne ciało wpycha do przepustu kanalizacyjnego. Tessa udaje się przeżyć. Z premedytacją planuje swoją zemstę.   [2]
RECENZJA
Druga ze zbioru czterech minipowiesci jest zdecydowanie lepsza niż pierwsza, a to głównie dlatego, że nie ma w niej tylu makabrycznych opisów. Jest za to postawienie na próbe zrozumienia zgwałconej kobiety i motywy jej działań. Jednak przejdźmy do rzeczy. Tessa Jean jest samotną kobietą i autorką dobrych kryminałów, w których detektywami są starsze panie z kółka robót ręcznych Wierzbina. Posiada kota o jakże barwnym imieniu Fritzy. Gdy otrzymała zaproszenie na spotkanie ze swoimi czytelnikami w mieście blisko jej miejsca zamieszkania przyjęła je, a wracając skorzystała z rady uprzejmej bibliotekarki i pojechała skrótem, który okazał się zgubą dla Tess. Jakimś cudem pisarka przeżyła i zaplanowała zemstę, której nie powstydziłby się nikt.
Kinga znam przede wszystkim jako mistrza horrorów, ale w tym opowiadaniu bardziej dał się poznać jako ktoś kto doskonale zna się na pisaniu kryminałów. O ile można to nazwać typowym kryminałem, bo od początku wiemy kto skrzywdził Tesse, ale wraz z upływem czasu i jej zemsty dowiadujemy się również wielu okropnych historii o rodzinie jej gwałciciela.
King próbował oddać jak czuje się kobieta po gwałcie i myślę, że postawa Tessy nie do końca temu odpowiada. Owszem ma pewne symptomy, ale przede wszystkim myśli racjonalnie i nie zamyka się na świat. Kroczek po kroczku dociera do niej co musi zrobi.
Tess jest również o tyle ciekawa, że kobieta rozmawia sama ze sobą i udaje, że odpowiada jej nawigacja bądź kot! Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam czasem takie odchylenia. Polubiłam ją. Nie jest typową idealną kobietą, której u stóp leży cały świat. Uczciwie zapracowała na swoją pozycje, dom i kota. Myśli również przyszłościowo, bo odkłada pieniądze na swoją eeryture, bo a świadomość, że nie może pisać wiecznie kryminałów o paniach z klubu robótek ręcznych Wierzbina.
Autor poruszył ważną kwestię gwałtu.  Ofiary czują się winne temu, że ktoś je wykorzystał seksualnie. Mają wrażenie, że może gdyby zamiast czerwonej bluzki założyły białą ni by im się nie stało, a prawda jest jedna, że gdy kobieta mówi: NIE! To znaczy nie. Nic tego nie usprawiedliwia. Nic nie usprawiedliwia zabrania kobiecie godności i sponiewierania jej z ziemią. Nie ma na to żadnego wytłumaczenia.
Jedyne co mi się nie podobało, że jak na minipowieść całe opowiadanie było jednak zbyt długie… Męczące były pewne wywody i rozmowy Tessy samej ze sobą.
„Ale każdy, kto wdepnął w gówno, wolałby, żeby to była czekolada." ~ Stephen King, Wielki Kierowca, [w:] Czarna bezgwiezdna noc , Warszawa 2011, s.297.
OCENA: 7/10

„Dobry interes”
OPIS
Dave Streeter ma raka i niecały rok życia przed sobą. Jadąc samochodem, spotyka mężczyznę, który w zamian za piętnaście procent jego dochodów oferuje mu przedłużenie życia. Dave musi tylko wskazać człowieka, którego naprawdę nienawidzi… [2]
RECENZJA
„Dobry interes” to najkrótsze opowiadanie, które zostało umieszczone w „Czarnej bezgwiezdnej nocy”. Poznajemy Dave’a, który żyje z wyrokiem. Ma raka i nie ma dla niego żadnego ratunku. Jednak pewnego dnia, gdy wraca z pracy spotyka kogoś kto oferuje mu przedłużenie życia, w zamian ma oddawać piętnaście procent dochodów oraz wskazać osobę, której nienawidzi. Dave podaje i byłam bardzo zaskoczona kim była ta osoba. Jak wiele czasu z nią przeżył i jak wiele nieszczęsna dusza mu zawdzięczała i jak wiele Dave było nienawiści, która skrywana była starannie pod płaszczem przyjaźni.
Czytając to opowiadanie miałam wrażenie, że podobną fabułę już gdzieś widziałam. Poszperałam głębiej w pamięci i przypomniałam sobie „Sklepik z marzeniami”, gdzie też można było w jednym miejscu dostać to co się chciało, a w zamian należało spłatać komuś paskudnego psikusa. Owszem nie wszystko jest takie samo, np. oferowany towar jest inny i zapłata za niego znacząco się różni i oczywiście fabuła nie jest tak bardzo rozbudowana. Jednak przesłanie jest takie samo: zawsze pragniemy coś czego nie możemy mieć oraz zazdrość to zły doradca.  
Rozczarowana znalezieniem podobnych elementów w dwóch książkach tego samego autora od razu wiedziałam, że nie dam temu opowiadaniu wysokiej oceny. Zdenerwował mnie również fakt, że mając dwóch bohaterów mamy zdolnego, ale nie mającego szczęścia w życiu Dave’a a po drugiej stronie leniwego, ale urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą Tom’a, który jest jego najlepszym przyjacielem.
King pokazuje, że zadry z przeszłości nie goją się łatwo i że ludzie są tak słabymi istotami, że nie są w stanie oprzeć się pokusie zyskania więcej niż mają i8 że zawsze będzie im wszystkie za mało. Nie mogę zarzucić autorowi, że nie pokazuje celnie dusz ludzkich i ich pragnień, bo jak dla mnie jest jednym ze znawców instynktów i pragnień człowieczych.
„Życie jest fair. Wszyscy trzęsiemy się w brzuchu przez dziewięć miesięcy, a potem kości zostają rzucone. Niektórym wypadają dwie szóstki, innym, niestety dwie jedynki. Tak właśnie dzieje się na świecie." ~ Stephen King, Dobry interes, [w:] Czarna bezgwiezdna noc, Warszawa 2011, s.374.
OCENA: 5/10

„Dobrane małżeństwo”
OPIS
Darcy Anderson odkrywa przypadkiem, że jej mąż, znajdujący się aktualnie w delegacji, jest prawdopodobnie seryjnym mordercą i sadystą. Zastanawia się, co zrobić. Zgłoszenie podejrzeń policji  zrujnowałoby życie nie tylko jej, ale i dwojgu dorosłym dzieciom…[2]
RECENZJA
Gdy odkrywa się mroczne sekrety bliskiej na osoby to wnętrzności skręcają się ze strachu, żołądek podchodzi nam do gardła, myśli mamy milion na minutę i jedno pytanie: co robić? Przed podobnym dylematem stanęła Darcy Anderson gdy przypadkiem odkryła w garażu skrytkę swojego męża. Nagle wszystko zaczęło jej się układać w całość. I chociaż nigdy nie podejrzewała męża o niewierność to jedna rzecz naprowadziła ją na całą masę dowodów, które jednoznacznie świadczą o winie męża.
Darcy z pewnością stanęła przed trudnym wyborem. Donieść na męża policji i tym samym zrujnować życie sobie, a także dorosłym dzieciom. Synowi, który rozkręca wraz z przyjacielem własną agencję reklamy i córce planującej wesele z miłością swoje życia. Decyzja ciężka i wszystko komplikuje jeszcze bardziej mąż, który zdecydowanie jest bardziej domyślny od żony… Życie Darcy zawiśnie na włosku.
King udowodnił, że bez obleśnych opisów i okropnego słownictwa można stworzyć powieść grozy, gdzie czytelnikowi nie raz i nie dwa pojawi się gęsia skórka. Pokazuje się jak znawca ludzkiej psychiki i nauczyciel tego, że gdzieś w nas zawsze jest jakaś mroczna połowa, która zawsze będzie próbowała wydostać się na światło dzienne i naszym głównym zadaniem jest nie dopuścić jej do głosy, walka z samym sobą i próba pokonania jej.
Jasnym jest również, że nawet morderca doskonały zawsze pozostawi po sobie jakieś ślady. Nigdy nie jest tak, że nikt nas nie widzi. Po prostu te seryjne morderstwa, które tak jak w przypadku męża Darcy Anderson nie zostały rozwiązane są błędem w sztuce policyjnej i braku umiejętnego myślenia. Ostatecznie honor policji zostanie uratowany przez pewnego miłego, starszego pana.
Dobre opowiadanie, ale zdecydowanie za długie. Kingowi w tym zbiorze brakło umiejętności wypoziomowania długości minipowieści.
„Nie da się wyłączyć miłości – nawet takiej prawie nieobecnej, branej czasami za oczywistość po dwudziestu siedmiu latach małżeństwa – tak jak zakręca się kran. Miłość płynie z serca, a serce rządzi się własnymi prawami." ~ Stephen King, Dobrane małżeństwo, [w:] Czarna bezgwiezdna noc, Warszawa 2011, s. 406.
OCENA: 6/10

OCENA OGÓLNA: 5!
[1] Opis pochodzi z okładki książki.

[2] Opisy pochodzą ze skrzydełek książki. 

Z wyjątkiem jednej czy  dwóch książek Stephena Kinga nie trafiła mi się ani jedna warta polecenia. Mam jakiegoś pecha, bo wiem, że autorem jest wspaniałym. Jednak ten zbiór opowiadań to kompletnie nie moja bajka. Może z wyjątkiem jednego, czyli "Dobrego kierowcy" Reszta mocno przeciętna. 
Całusy :*

czwartek, 3 września 2015

161. "Zaćmienie" czyli najlepsza z część całego cyklu

AUTOR: Stephenie Meyer
TYTUŁ ORYGINALNY: Eclipse
TŁUMACZ: Joanna Urban
SERIA: Zmierzch
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Dolnośląskie

OPIS
Kiedy media zaczynają donosić o serii tajemniczych morderstw w Seattle, a do lasów wokół Forks powraca żądna zemsty wampirzyca, Bella uświadamia sobie, że znowu grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Jakby tego było mało, musi wybierać pomiędzy miłością Edwarda a przyjaźnią Jacoba, i to wiedząc, że jej decyzja może doprowadzić do odnowienia odwiecznego konfliktu pomiędzy wampirami a wilkołakami. Zbliża się też zakończenie roku szkolnego, a więc termin przemiany - co wybierze Bella: życie czy śmierć? [1]

RECENZJA
Jest to zdecydowanie najlepsza część całej sagi. Chociaż całość psuje bardzo egoistyczne i niestabilna emocjonalnie i psychicznie Bella to jednak ta powieść wyszła autorce zdecydowanie lepiej.

Jak do tej pory Bella Swan nie denerwowała mnie tak bardzo. W zasadzie jej zachowanie dawało się podciągnąć pod to jak dla normalnej nastolatki. Jednak w „Zaćmieniu” przeszła samą siebie. Podporządkowuje się woli Edwarda jakby brakowało jej rozumu i własnego zdania. Sam wampir również działał mi na nerwy. Uważał, że doskonale wie jak zapewnić Belli bezpieczeństwo i nie ufa wilkołakom. Chyba zapomniał, że przez długi okres czasu Swan przebywała w ich towarzystwie i nawet włos jej z głowy nie spadł. Na początku powieści jest to dość toksyczny związek. Kilka razy miałam ochotę potraktować Cullena mocniej, bo zachowywał się jak prawdziwy tyran i despota. Jednak Bella również nie pozostaje tu bez winy. Lawiruje między Edwardem i Jacobem. Potrzebuje ich obu by móc funkcjonować, by żyć. Są jej niezbędni. Jednak przy tym wszystkim jest ogromną egoistką. Przy okazji zarzucam jej również brak stabilności emocjonalnej, bo to jak wykorzystywała Jacoba i jak się z nim obchodziło prowadziło tylko do takiego wniosku.

Sam Black nie jest w tym wszystkim bez winy. Jednak jak to on sam określił „walczy o Bellę wszystkimi możliwymi sposobami”. Jest również wybitnym manipulatorem co nie raz przysparza problemów wszystkim dookoła. Gubi go też jego pewność siebie i pokazuje, że pod względem emocji i psychiki jest jeszcze dzieckiem, które nie wiele rozumie.

Wyobrażacie sobie, że wampiry i wilkołaki łączą wspólnie siły przed wspólnym wrogiem? Ja też nie, ale w przypadku powieści pani Meyer wszystko jest możliwe. W pobliskim mieście ma miejsce cała plaga dziwnych i nie mających wyjaśnienia morderstw. Czy za tym wszystkim stoi pewna wampirzyca, która powróciła do lasów Forks? Jedno jest pewne, Belli grozi śmiertelne niebezpieczeństwo i zarówno Jacob jak i Edward staną na głowie by zapewnić jej maksymalne bezpieczeństwo. Co prawda jak to zwykle Isabella ma w zwyczaju bardziej niż o siebie martwi się o innych, co kolejny raz pokazuje, że autorka zupełnie tego nie przemyślała. W bohaterce brakło podstawowej cechy: chcę przeżyć za wszelką cenę. Owszem w książce jest scena gdzie taki instynkt przetrwania się pojawia, ale jest z góry skazany na przegraną, bo wcześniejsze zachowanie Swan jasno i otwarcie mówi: jeśli was to uratuje to ja mogę zginąć. Przyznacie, że to wcale nie trzyma się ładu i składu.

W tej części jest najwięcej emocji i akcji, która nie wlecze się tak mocno jak w poprzednich częściach. Osobiście moim ulubionym fragmentem jest ten, gdzie lepiej poznajemy Rosalie, która do tej pory kreowana była na czarny charakter rodziny Cullenów. Uważam, że powieść byłaby lepsza gdyby autorka nie poskąpiła Belli ludzkich cech, które zdecydowanie zostały zdominowane przez pragnienie bycia wampirem. I właśnie czy Bella na pewno zostanie nieśmiertelną tak jak jej ukochany Edward? A może to siła przebicia Jacoba będzie górą?

"Sen nie przyniósł pełnego ukojenia, a jedynie odrętwienie połączone z obojętnością, niczym środek uspokajający. Ból stał się łatwiejszy do zniesienia - ale nie zniknął." ~ Stephenie Meyer, Zmierzch, Wrocław 2009, 534.

OCENA: 7/10

Tak przed wypadem do szkoły wrzucam dla Was recenzję. Jak pierwsze dni września? U mnie męcząco, ale cały czas mobilizuje swój organizm do pracy :), w końcu dostanę energetycznego kopa :). 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

158. "Księżyc w nowiu", czyli zero horroru w horrorze

AUTOR: Stephenie Meyer
TYTUŁ ORYGINALNY: New Moon
TŁUMACZ: Joanna Urban
SERIA: Zmierzch
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2007
WYDAWNICTWO:  Dolnośląskie

OPIS
Edward Cullen to wciąż dla Belli najważniejsza osoba pod słońcem. Są parą i jest im razem cudownie. Gdyby tylko chłopak nie był wampirem! Niestety, ten fakt wszystko komplikuje, także z pozoru niewinną zażyłość dziewczyny z przyjacielem z dzieciństwa, Jacobem.
Wiosną Edward musiał bronić Belli przed swoim krwiożerczym pobratymcem, jesienią zakochani uświadamiają sobie, że był to dopiero początek ich kłopotów. [1]

RECENZJA
Powiem szczerze, że jeśli którakolwiek z części tej sagi wcale nie jest horrorem to zdecydowanie Księżyc w nowiu. Nie ma nawet najmniejszego fragmentu zdania, który by plasował tę pozycję na tej półce. Jest to po prostu zwykły romans, a raczej rozpaczliwy bełkot Belli, która nie może sobie poradzić z rozstaniem. W jakiś sposób rozumiem jej stan. Dwa lata temu przeżyłam coś podobnego i w sumie z życia miałam wyjęte dwa miesiące, których kompletnie nie pamiętam z wyjątkiem dwóch czy trzech przebłysków. Więc na to ze względu na swoje osobiste doświadczenia jestem w stanie przeżyć i zrozumieć.

Wszystko układa się naszej parze cudownie. Są razem i cały świat pada im do stóp. Jednak jeden wieczór i wszystko zmienia się w najgorszy koszmar i Bella zostaje sama. Cały świat wali się nieszczęsnej dziewczynie na głowę, co pokazuje jak bardzo jest słaba i jak bardzo nie umie radzić sobie z przeciwnościami losu, co jest bardzo dziwne, bo przecież całkiem normalnie przyjęła do wiadomości, że fakt, że jej luby jest wampirem! Zachowała się tak jakby powiedział jej „Kochanie żywię się ludzką krwią, ale nie przejmuj się w sumie to jestem wegetarianinem, bo staram się trzymać tej zwierzęcej”. No ludzie! Albo dziewczyna przyjmuje ze spokojem wieść o tym, że ma styczność z tworem nad ludzkim i jednocześnie daje sobie jakoś radę z faktem, że ukochany ją porzuca, bo się o nią martwi lub też robi z niej kompletnego nieudacznika bojącego się własnego cienia. Bo przecież to nie jest normalne zachowanie, gdy mniej się martwi o siebie a bardziej o ukochanego wampira czy przyjaciela, który też jest tworem nadludzkim! Trochę równowagi.

Co mnie w niej jeszcze denerwowało? Fakt, że jest egoistką i hipokrytką. Facet wampir? Całkiem spoko, bo przecież nie pije ludzkiej krwi. Kumpel inny potwór? No tu mamy problem, bo jeśli zabija ludzi to raczej nie będziemy się przyjaźnić. Na dodatek wykorzystuje Jacoba tylko dlatego by trzymać się na powierzchni życia i nie tonąć we własnych łza. I gdy ten ją zostawia (podobnie jak Edward dla jej własnego bezpieczeństwa) ma mu za złe, bo przecież ona nie może bez niego żyć i jednocześnie wybiela Cullena, który postąpił wobec niej podobnie. Litości! Kolejny raz apeluję do autorki, więcej litości i logiki.

Brakowało mi Edwarda i jego ciętych, trafnych i ironicznych uwag. Mimo wszystko ten w książce ma więcej męskości niż ten filmowy, który wyglądał jakby miał się zaraz rozlecieć. Serio! Jakoś zupełnie lepiej przyswajam tego książkowego. Jest taki bardziej wampirzy. No może pod koniec tej części był zbyt łzawy i zbyt mocno obciążający się winą za wszystko, ale nie można mieć wszystkiego. Na całe szczęście brak ukochanego Belli rekompensuje nam nowa postać męska w postaci Jacoba. Przyjaciel z czasów dzieciństwa wyciąga naszą główną bohaterkę z nie małych tarapatów. Oczywiście nie mogło być tak by nasz Indianin nie poczuł czegoś do Swan. Przecież bez tego byłoby źle! Trochę mnie to denerwuje ilekroć sięgam po ten cykl. Czy nie można było stworzyć przyjaciela płci męskiej, który kompletnie nie leciałby na Bellę? Zapewniam, że można było, tylko po co się wysilać.

Co do akcji to powiem szczerze, że w sumie ślimak szybciej pokonuje swoją trasę niż autorka poprowadziła całą powieść. W sumie to wartkość akcji zmieniłaby na plus te ciągłe egzystencjonalne problemy Belli, której co chwila chciałam podkładać pod nos chusteczkę, bo bałam się, że z książki wypłynie mi zaraz fontanna łez. I podobnie jak w pierwszej części akcja pod koniec pędzi jak szalona. Zero równowagi.

Jednak romans jest romansem i ma swoje prawa, których należy przestrzegać, ale proszę mi nie wmawiać, że to jest horror, bo jednym momentem kiedy szybciej zabiło mi serce to było wtedy gdy mama znienacka weszła do mojego pokoju. Cóż jak czytam dość często wyłączam się kompletnie zupełnie niezależnie od tego jakiej jakości jest powieść, którą trzymam w rękach.
"Czasami szczerość wchodzi w drogę lojalności. Czasami ten sekret nie jest do końca nasz i zdradzając go, możemy zaszkodzić innym." ~ Stephenie Meyer, Księżyc w nowiu, Wrocław 2007, 242.
OCENA: 5/10

Jeszcze tylko tydzień wolnego i wracam do szkolnej ławy. Mimo wszystko cieszę się z tego powodu, bo będę się uczyć o czymś co mnie zawsze interesowało.
Całusy :*

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

154. "Człowiek człowiekowi wilkiem"...


AUTOR: Stephen King
TYTUŁ ORYGINALNY: Bag of Bones
TŁUMACZ: Arkadiusz Nakoniecznik
ROK WYDANIA: 1998
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
W wieku trzydziestu sześciu lat popularny pisarz, Michael Noonan, traci ukochaną żonę Johannę (Jo), która umiera nagle na parkingu centrum handlowego. Tuż przed śmiercią Jo kupiła domowy test ciążowy, ale Michael nie wiedział, że podejrzewa u siebie ciążę choć oboje długo czekali na dziecko. Gdyby urodziła się im dziewczynka, miała Michael Noonan otrzymać imię Kia. Rzeczywiście, Jo była w ciąży, a płód był płci żeńskiej. Jednocześnie Noonan doznaje pisarskiej blokady. Po czterech latach, gnębiony koszmarami, decyduje się stawić im czoła. [1]

RECENZJA
Coś dawno nie było u mnie Kinga na tapecie, prawda? Po genialnym „Miasteczku Salem” ciężko było mi znaleźć pozycję autora, która w równym stopniu wywarłaby na mnie tak ogromne wrażenie, niemniej jednak nie zamierzam się poddawać i szukam dalej. Tym razem mój wybór padł na „Worek  kości”. O samej książce już trochę słyszałam i muszę się przyznać, że pochlebne opinie tylko wzmogły mój czytelniczy głód. Lekturę znalazłam, przeczytałam i z ręką na sercu mogą przyznać, że po ostatnich czasach poszukiwania dobrego czytadła właśnie się na takie natknęłam.

Poczytny pisarz Michael Noonan przeżywa osobistą tragedię. Kobieta jego życia, ukochana żona Johanna, niespodziewanie umiera. Jakby śmierć bliskiej osoby nie była wystarczająco traumatycznym przeżyciem okazuje się, że Jo była w ciąży. Miała urodzić dziewczynkę. Świat 36-letniego mężczyzny z dnia na dzień zamienia się w prawdziwy koszmar. Na dodatek kariera Michaela wisi na włosku – po raz pierwszy w życiu Noonan na własnej skórze poznaje, co to znaczy pisarska blokada, a już samo otworzenie nowego dokumentu tekstowego wywołuje u niego cały szereg psychosomatycznych dolegliwości. Przed wyjawieniem swoich problemów światu ratuje go jedynie kilka, przygotowanych jeszcze za życia Jo, maszynopisów, które trzyma bezpiecznie schowane w bankowym sejfie. Niestety zapasy z roku na rok się uszczuplają, a Michael w końcu postanawia wziąć się za siebie. Cztery lata po śmierci Jo mężczyzna podejmuje ważną decyzję – pakuje swoje rzeczy i na kilka miesięcy zaszywa się w swoim letnim domu, w którym spędził z żoną wiele wspaniałych chwil, a który teraz nawiedza go w koszmarach. Powrót do tego miejsca, wydaje się być niezwykle trudny jednak Noonan  się nie poddaje. Jego zdania nie zmienia również fakt, że nagle w jego posiadłości zaczynają się dziać dziwne, paranormalne zjawiska – literki na lodówce same ustawiają się w słowa, a w nocy słychać płacz dziecka. Sytuacja wydaje się być naprawdę patowa, ale jednocześnie Michael wreszcie przełamuje swoją pisarką niemoc i zaczyna tworzyć nową książkę. W międzyczasie jego drogi krzyżują się młodziutką wdową Mattie oraz jej paroletnią córeczką Kyrą. Młoda matka również nie przeżywa najlepszego okresu w swoim życiu – niedawno pochowała męża, a już na jej dziecko czai się teść dziewczyny – paskudnie bogaty magnat komputerowy. Noonan pomagając jej przekonuje się, że tak naprawdę ich spotkanie nie było przypadkowe. I tutaj się zatrzymamy. Przez pierwsze 100-150 stron powieści ciężko powiedzieć, aby akcja pędziła jak szalona. Każda sytuacja rozgrywa się swoim własnym rytmem, ale nie można powiedzieć, żeby to nudziło. Wręcz przeciwnie. Mimo tego, że ja jestem zwolenniczką błyskawicznej akcji-reakcji to jednak w  „Worku kości” takie powolne przeżywanie wszystkiego w ogóle mi nie przeszkadzało i pozwalało dokładnie zapoznać się z uczuciami Michaela. Jednak później, kiedy już coś zaczyna się dziać to już z pełnej rury. Noonan walczy nie tylko z siłami nie z tego świata, ale również z ludźmi, którzy czyhają na życie małej Kyry. Równocześnie na światło dzienne zaczynają wychodzić straszne tajemnice związane z historią niewielkiego miasteczka, w którym swoją „pisarską przystań” znalazł 36-letni autor. Przerażający jest jednak fakt, że o wiele ciężej jest stawać czoła temu co realne, niż temu co nadprzyrodzone. 

To teraz czas na naszego głównego bohatera. Jaki jest Michael? Z jednej strony to typ prawdziwego gentelmana – honorowy, dumny i odważny; a po drugiej stronie medalu mamy zagubionego „chłopczyka”, który po stracie żony nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Miałam wrażenie, że zaoferowana przez niego pomoc dla Mattie i jej córeczki, przynajmniej na samym początku, miała być czymś w stylu jego własnej „pokuty” – dopiero śmierć Jo pokazała mu, że kiedy tworzył zupełnie nie zważał na to, że ją opuszcza. Oczywiście nie mówimy tutaj o czysto fizycznym oddaleniu od siebie, a o takim chwilowym zatarciu duchowej więzi między nimi. Nie można jednak powiedzieć, że Noonan nie kochał Johanny, co to, to nie! Razem z Jo tworzyli naprawdę udane małżeństwo – a sama kobieta była kimś w rodzaju jego osobistego Anioła Stróża. Dopiero po jej śmierci dochodzi do niego fakt ile tak naprawdę zawdzięcza żonie. 

Język! Przy okazji oceniania innych książek auora mówiłam, że czego, jak czego, ale braku talentu pisarskiego nie można Stephenowi Kingowi odmówić. Uwielbiam ten jego charakterystyczny styl, który pozwala przenieść się w zupełnie inny, alternatywny świat. Czytając kolejne strony ‘Worka kości” czytelnik może czuć się jakby był naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń. Po prostu jestem oczarowana. Naprawdę.

„Worek kości”, przynajmniej w moim odczuciu, nie może być traktowany jako rasowy horror. Ta książka ma nie tyle straszyć, co ukazać, że tak naprawdę najbardziej możemy obawiać się bestii, które drzemią w nas samych. To nie nadprzyrodzonych mocnych powinniśmy się bać, a tego do czego tak naprawdę jest zdolny drugi człowiek – do jakich okropieństw jest w stanie się posunąć z czysto egoistycznych powódek. Nie ma osób kryształowych, ale są tacy, którzy nie zasługują na miano ludzi.

„Siedziałem po jej stronie łóżka z zakurzonym egzemplarzem ‘Księżyca i sześciopensówki’ w ręce i  płakałem. Stało się tak w równym stopniu za sprawą bólu i zaskoczenia; chociaż widziałem ciało na ekranie monitora o wysokiej rozdzielczości, chociaż uczestniczyłem w pogrzebie, chociaż wysłuchałem Pete’a Breedlove’a śpiewającego ‘Błogosławione uspokojenie” wysokim, pięknym głosem, chociaż jeszcze rozbrzmiewały mi w uszach słowa o tym, że z prochu powstałem i w proch się obrócę, właściwie nie wierzyłem, że wszystko to dzieje się naprawdę. Zakurzona tania książka dokonała tego, co nie udało się trumnie za przy i pół tysiąca dolarów: uświadomiła mi, że moja żona nie żyje” ~ Stephen King, Worek kości, Warszawa 1998, s. 23

OCENA: 8/10


Witam. Sezon urlopowy Tea dobiegł końca. Wracam do pracy! Pozdrawiam

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Albatros

czwartek, 28 maja 2015

135. Miał być horror, a wyszedł dramat…

AUTOR: Paweł Paliński, Łukasz Śmigiel, Graham Masterton, Mort Castle, Stefan Darda, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz jr, Robert Cichowlas, Joe Hill, Francis Paul Wilson, Aleksandra Zielińska, Jacek M. Rostocki, Ramsey Campbell, Jack Ketchum, Edward Lee
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: Replika

OPIS
Mistrzowie krajowej i zagranicznej sceny horroru w najlepszej formie! Piętnaście opowiadań, które pochłaniają bez reszty. Są jak żywy organizm, infekujący strachem i trwogą. Ten jedyny w swoim rodzaju zbiór zawiera nigdy wcześniej niepublikowane w Polsce teksty największych sław literackiej grozy, wśród których znalazły się te nagradzane najbardziej prestiżowymi nagrodami i filmowane.
Zróżnicowane tematycznie, długo wyczekiwane, szargające nerwy, pozostawią na Was blizny! [1]

RECENZJA
Jako miłośniczka horrorów nie mogłam się oprzeć, kiedy w bibliotece, na jednej z półek, zauważyłam „15 blizn”. Okładka, która może nie jest najpiękniejsza i nie można o niej powiedzieć, żeby była „miła” dla oka, ma w sobie coś na tyle intrygującego, że naprawdę miałam ogromną ochotę zapoznać się z wnętrzem książki. Bardzo entuzjastyczna zasiadłam do czytania… i po ponad 400 stronach mogę śmiało przyznać, że owszem opowiadania zostawiły na mnie blizny – piętnaście paskudnych, ropiejących i irytująco swędzących blizn, o których jak najszybciej chcę zapomnieć!

Co to było?! Naprawdę nie wiem, ale za to śmiało mogę powiedzieć, czym te historie nie były – mianowicie daleko im było do horrorów! Naprawdę! Mam jednak nadzieje, że wybaczycie mi to, że nie będę rozkładać każdej opowiastki na czynniki pierwsze. Po pierwsze taka szczegółowa analiza zajęłaby mi bardzo dużo miejsca, po drugie po prostu bym Was zanudziła. Dlatego też dzisiejsza recenzja będzie troszeczkę inna, niż te, które przedstawiałam Wam do tej pory. Postaram się w sposób jak najbardziej przystępny przekazać Wam moje przemyślenia odnośnie przeczytanej lektury. Jesteście gotowi? No to zaczynamy już na dobre!

Na piętnaście poznanych opowiadań tylko jedno tak naprawdę mi się podobało, mianowicie „Korzeń wszelkiego zła” Grahama Mastertona. Co prawda to była moja pierwsza „przygoda” z autorem, ale śmiało mogę powiedzieć, że była bardzo udana, z pewnością sięgnę również po inne książki Mastertona, aby przyjrzeć się bliżej jego twórczości! „Korzeń wszelkiego zła” to, przynajmniej w moim odczuciu, naprawdę najjaśniejszy punkt całego zbioru. Oczywiście było również kilka opowiadań naprawdę dobrych, może trochę pokręconych jeśli chodzi o samą fabułę, ale w  ostatecznym rozrachunku nie wychodzących wcale tak najgorzej. Niemniej jednak, z przykrością muszę stwierdzić, że połowa opowiadań była nie tyle przeciętna, co po prostu słaba! Och ile ja się nairytowałam podczas ich czytania! Ile się nie nadenerwowałam! Naprawdę! Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego ile razy miałam ochotę odłożyć książkę na półkę i już więcej do niej nie wracać! Jedynie fakt, że zawsze staram się dokończyć każdą lekturę, nawet tą najbardziej beznadziejną, trzymał mnie w ryzach i sprawił, że dobrnęłam do samego końca, swoją drogą z naprawdę ogromną ulgą.

Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że dobry horror powinien nas po prostu przestraszyć – zmrozić krew w żyłach i sprawić, że nie będzie się mogło spokojnie zasnąć. Niestety tutaj tego nie dostałam. Większość historii była naprawdę nijaka i zastanawiałam się jak one w ogóle mogły się znaleźć w tym zbiorze! Zero ciarek na plecach, żadnego przyśpieszonego oddechu i niebezpiecznie wysokiego pulsu, brak jakiegokolwiek napięcia – nic, zero, null! Może gdybym na odwrocie książki przeczytała, że zebrane w zbiorze opowiadania to thrillery psychologiczne to w wówczas spojrzałabym na nie przychylniejszym okiem, jednak te bijące z opisu „horrory w najlepszym stylu”, sprawiły, że moja poprzeczka podniosła się naprawdę wysoko.

No dobrze, został nam więc już jedynie język. Piętnaście historii, to piętnastu autorów, a co za tym idzie to również piętnaście innych stylów! Co prawda (całe szczęście!) w „15 bliznach” nie spotkałam się z jakimiś rażącymi błędami, czy nie wiadomo jak ambitnym lub niezrozumiałym językiem, a to naprawdę mogę zaliczyć na plus. Dosyć łatwy w odbiorze język, w połączeniu z niezbyt długimi historiami i przystępną czcionką sprawiły, że książkę czytało się w miarę szybko – jedno „przysiądniecie” do lektury to średnio 2-3 opowiadania.

Reasumując – punkt za Mastertona, punkt za język i punkt za dosyć specyficzne (ale to nie znaczy że złe! ) opowiadanie Hill’a, o którym specjalnie nie wspomniałam (może sami postanowicie się z nim zapoznać) – a to daję nam trzy, ocenę idealną dla „15 blizn”.

Nie jestem fanką zlepków kilkunastu historii, a na pewno już nie lubię, kiedy już na samym początku dostaję coś zupełnie innego niż to co obiecane mi było na okładce!

„Nocami śniłem o deszczu, który zmywa mi sprzed oczu rzeczywistość.” ~ Dawid Kain, Pokój z widokiem na koniec [15 blizn], 2011, s. 15                                                                                                                          
OCENA: 3/10


I udało się! Przyznam się szczerze, że sama trochę bałam się tej recenzji i nie jestem do końca zadowolona z tego, że wypadła tak, a nie inaczej. No, ale cóż – nie od razu Rzym zbudowano! A na razie ściskam Was ciepło i do zobaczenia! Jednocześnie bardzo przepraszam, za moją długą nieobecność na Waszych blogach – chociaż starałam się być systematyczna w przeciągu całego semestru i pisać wszystkie prace, magisterkę, notatki do egzaminów w czasie, to jednak nawał zaliczeń daje mi w kość. Ale już nie długo, trzymajcie za mnie kciuki, jeśli dobrze pójdzie 18 czerwca będę już miała wakacje!


[1] Opis pochodzi z tyłu książki

sobota, 25 kwietnia 2015

127. Gdy talent zaczyna być przekleństwem…


AUTOR: Stephen King
TYTUŁ ORYGINALNY: Duma Key
TŁUMACZ: Michał Juszkiewicz
ROK WYDANIA: 2008
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka


OPIS
Edgar Freemantle w ciężkim wypadku samochodowym traci rękę i zdrowe zmysły. Nękany niekontrolowanymi napadami szału, musi zacząć życie od początku. Za radą psychologa wyrusza na Duma Key, olśniewająco piękną i odludną wyspę na wybrzeżu Florydy, należącą do sędziwej Elizabeth Eastlake. Wynajmuje tam dom, wiedząc tylko jedno: chce rysować. Tworzone z chorobliwą pasją obrazy Edgara są owocem talentu, nad którym stopniowo przestaje mieć kontrolę. Kiedy tragiczne dzieje rodziny Eastlake’ów zaczynają wyłaniać się z mroków przeszłości, nieposkromiona moc dzieł Freemantle’a objawia swe coraz bardziej przerażające i niszczycielskie możliwości. [1]

RECENZJA
Jak pewnie zdążyliście zauważyć przynajmniej raz w miesiącu staram się, aby w moje dłonie wpadła książka autorstwa Stephena Kinga. Spytacie się pewnie, dlaczego? Otóż postanowiłam, że po tylu latach unikania, muszę w końcu nadrabiać dzieła Mistrza. Bo o tym, że King jest prawdziwy asem w swoim fachu nie muszę nikogo przekonywać, prawda? No, ale wracając do meritum – „Ręka mistrza” był kolejną lekturą, z którą postanowiłam się zmierzyć. Ciekawy opis znajdujący się na skrzydełkach książki tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze. Niemniej jednak po ponad 600 stronach historii, muszę się przyznać, że czułam dość spory niedosyt. Lektura, co prawda nie rozczarowała mnie, ale nie mogę również powiedzieć, że wciągnęła mnie do tego stopnia, abym nie mogła oderwać od niej wzroku.

Może na początku zacznę od tego, że zupełnie zbytecznym zabiegiem było dla mnie tworzenie nowego, polskiego tytułu! Na czorta zmieniać coś, co jest dobre, a oryginał - Duma Key (nazwa odludnej wyspy na której postanowił na jakiś czas osiedlić się nasz główny bohater) bez wątpienia taki był. W gwoli ścisłości pragnę zaznaczyć, że polska wersja – „Ręka mistrza” nie jest zła, ale po prostu zbyteczna, podczas gdy pierwowzór spokojnie by się obronił.

No to więc jak już kwestię tytułu mamy wyjaśnioną można przejść do konkretów. Edgara Freemantle’a poznajemy w najcięższym z możliwych momentów w jego życiu. Cudem uszedł z życiem z bardzo groźnego wypadku – auto, w którym się znajdował zostało zmiażdżone przez dźwig. Dla większości już sam fakt, że żyje powinien być dla Edgara wystarczającym powodem, aby dziękować Bogu za taki obrót sprawy. Tylko, że całe to zdarzenie całkowicie odmieniło naszego bohatera. Oprócz czysto fizycznych zmian – Edgar traci prawą rękę, a jego pokiereszowane nogi chociaż umożliwiają normalne poruszanie się są niezwykle deprymujące, największe zamiany zachodzą w jego zachowaniu – ten pewny siebie, rozważny i spokojny człowiek ma coraz większe problemy z kontrolowaniem swojego gniewu. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze problemy z pamięcią i niemożność pogodzenia się z własnym losem. Sytuacja wydaje się patowa, a kiedy jeszcze żona Edgara – Pam, żąda rozwodu świat właściciela firmy budowlanej całkowicie się wali. Za namową swojego psychologa Freemantle postanawia oderwać się od tego wszystkiego i na jakiś czas zaszyć się gdzieś daleko od domu. Jego wyborem staje się mała, odludna wysepka Duma Key należąca do Elizabeth Eastlake. Jako właściciel dobrze radzącej sobie na rynku firmy budowlanej Edgar jest w stanie wynająć sobie bardzo ładny dom, ze wspaniałym widokiem z salonowego okna. Wydawać by się mogło, że znalazł się w raju. Tutaj nieśpiesznie dochodzi do siebie i ćwiczy nad własnym ciałem… ponadto odkrywa w sobie ogromny talent – malowanie! Jego obrazy są wspaniałe, zabierają dech w piersiach a nasz bohater sam nie wie, kiedy tak naprawdę się tego nauczył. Jego twórczość dociera do coraz większej liczby odbiorców i wszyscy wróżą mu ogromny sukces, ale w pewnym momencie tytułowy mistrz orientuje się, że coś jest nie tak, a jego dzieła oprócz zachwytu są również niezwykle niebezpieczne! I tutaj się zatrzymamy. Sama pomysł na fabułę nie jest zły, powiem więcej jest naprawdę dobry, ale jeśli ktoś liczy na szybką akcję i trzymające w napięciu rozdziały to niestety, podobnie jak ja może się bardzo rozczarować. Tutaj jedynie obrazy malują się szybko, a po za tym akcja trochę się wlecze. Miejscami wręcz powstrzymywałam się przed głośnym ziewnięciem. Na dobrą sprawę coś zaczyna się dziać dopiero w granicach 500 strony i te niespełna 150 kartek do końca znika już bardzo szybko. Mówiąc o fabule nie mogłabym nie wspomnieć o czymś co bardzo mi się podobało mianowicie w książce NIE ZNAJDZIECIE wątku miłosnego! Naprawdę! To mnie bardzo ucieszyło, bo jak już wiecie do romantyczek nie należę.

No, ale jak już trochę powiedzieliśmy o akcji, to należałoby jeszcze nadmienić coś o samym bohaterze. A jaki jest Edgar Freemantle? Nazwałabym go mianem wojownika – przez całą książkę walczy, na początku sam ze sobą, ze swoimi ułomnościami, potem stacza nierówną walkę z własnym talentem (wiem jak to brzmi, ale nie chcąc Wam zbyt bardzo spolerować nie mogę dokładnie powiedzieć o co mi chodzi), aby na koniec zmierzyć się z przeszłością Elizabeth Eastlake. Tak, dobrze widzicie. Ta starsza pani (poznajemy ją bowiem kiedy ma już swoje lata) skrywa wielką tajemnicę, która chociaż wydaje się być zupełnie nierealna jest namacalnie niebezpieczna. Aby uratować najbliższych Edgar musi stanąć na wysokości zadania i pokonać dziecięcy koszmar małej Libbit, jednak to co jest takie proste w teorii, w praktyce to naprawdę nie lada wyczyn – bo przecież czy człowiek jest w stanie pokonać złe siły? Tutaj trzeba coś więcej niż tylko odwagi, niezbędny jest również spryt i rozum. Freemantle jest silny, jest inteligenty, utalentowany, ale nie jest bogiem, żeby stawić czoło tak nieuchwytnemu wrogowi. Jest na straconej pozycji, ale jego rywalka zapomniała o jednym – kochający ojciec zemści się na każdym, kto odważy się skrzywdzić jego dziecko.

Język! Przy okazji oceniania wcześniejszych pozycji Kinga mówiłam, że czego, jak czego, ale braku talentu pisarskiego nie można temu panu odmówić. Uwielbiam ten jego charakterystyczny styl, który pozwala przenieść się w zupełnie inny, alternatywny świat. Czytając kolejne strony „Ręki Mistrza” czytelnik może czuć się jakby był naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń, które mają miejsca w książce. A więc (tak, wiem, że nie powinnam tak zacząć zdania, ale podobno zasady są po to, aby je łamać!) jak zwykle w tym konkretnym podpunkcie nie mogę się do niczego przyczepić.

Reasumując, „Ręka mistrza” nie jest złą książką, ale z pewnością do dobrej sporo jej brakuje. Być może nadal mam w pamięci fenomenalne „Miasteczko Salem” i patrzę na inne książki Kinga przez pryzmat tej w moim mniemaniu najlepszej? Pewnie i tak. Historia Edgara Freemantle’a przypadnie do gusty kingomaniakom, ale mojego serca nie skradła. W moim odczuciu jest po prostu przeciętna.
„Zdolność do zadawania bólu to największa siła miłości.” ~ Stephen King, Ręka mistrza, Warszawa 2008, s.91

OCENA: 5/10


Przyznam się Wam szczerze, że jakoś strasznie męczyłam się z tą konkretną pozycją Kinga. Mam nadzieję, że inne bardziej przypadną mi do gustu. Pozdrawiam


[1] Opis pochodzi ze skrzydełek ksiązki

środa, 22 października 2014

083. "Zmierzch" czyli jak pomylić horror z tanim romansem

AUTOR: Stephenie Meyer
TYTUŁ ORYGINALNY: Twilight
TŁUMACZ: Joanna Urban
SERIA: Zmierzch
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2007
WYDAWNICTWO:  Dolnośląskie
OPIS
"Zmierzch" to porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu. Jej bohaterka, siedemnastoletnia Isabella Swan, przeprowadza się do ponurego miasteczka w deszczowym stanie Washington, gdzie spotyka tajemniczego, niezwykle przystojnego Edwarda Cullena. Chłopak ma nadludzkie zdolności - nie można mu się oprzeć, ale i nie można go przejrzeć. Bella usiłuje poznać jego mroczne sekrety, nie zdaje sobie jednak sprawy, że naraża tym siebie i swoich najbliższych na niebezpieczeństwo. Już niedługo może nie być odwrotu...  [1]
RECENZJA
Odnosząc się do opisu książki z tyłu książki to nie wiem czy to porywająca opowieść o miłości, chociaż nie ukrywam zainteresowała mnie gdy ją czytałam. Jak zawsze przy recenzji staram się przywoływać tylko swoje pierwsze wrażenie, gdy książkę czytałam pierwszy raz tak w tym wypadku trochę odejdę od swojego zwyczaju i powiem, że potencjał pomysłu nie został wykorzystany.
I wcale mi tu nie chodzi o to, że autorka nie zrobiła z wampirów stworzeń typowo nocnych czy też dała im jeszcze inne cechy, które wielu znawcom tego gatunku stworzeń literackich nie przypadły do gustu. W końcu to był jej świat i jej kredki, więc mogła z nimi zrobić co chciała. Przy czytaniu o pannie Swan zastanawiałam się której klepki nie ma, bo sam fakt, że nie uciekła gdzie pieprz rośnie po poznaniu tajemnicy swojego lubego nie świadczy dobrze o jej zdrowiu psychicznym. Przynajmniej jakaś jej część powinna chcieć go unikać. Na dodatek za szybko do wszystkiego doszła jak na osobę, która kompletnie nie miała pojęcia o istotach nadprzyrodzonych.
Co do postaci męskiej to nieodłącznie towarzyszyły mi porównania Edwarda z książki do Edwarda z filmu i… Edward z filmu to parodia książkowej postaci. Odniosłam wrażenie, że ta postać w filmie nie została zrozumiana. Był taki jakby miał się zaraz rozpłakać lub też rozlecieć. Z kolei chłopak poznany w książce tryska humorem, żartami i wcale nie zadręcza się cały czas tym czym zadręczał się podczas filmu. Zdecydowanie bardziej podoba mi się ta opcja książkowa. Na dodatek Pattinson zupełnie nie pasował do granej przez niego postaci.
Co mogę zarzucić jeszcze? Fakt, że książka wlecze się niemiłosiernie. Wszystko jest opisywane z największą dokładnością co powoduje, że nie są odrzucane elementy, które kompletnie nie pasują do danej sytuacji. Z kolei pod koniec akcja przyśpieszyła jakby była pociągiem pośpiesznym we Włoszech i pędziła do Rzymu i zatrzymywała się tylko przy najważniejszych akcja.
Zatrzymam się jeszcze chwile przy zarzutach dla powieści Meyer. Wielu twierdzi, że to co zrobiła z tymi wampirami woła o pomstę do nieba. Jednak powtórzę drugi raz, że to był jej świat i jej pomysł. Nie każdemu może się to podobać. Nie wszystko jest logiczne i tu się zgodzę. Jednak ta książka ma w sobie jedną rzecz, która dała jej wielką popularność. Zakazaną miłość. To dało jej tego kopa, który spowodował, że zyskała ogromną popularność wśród młodzieży. Bo to jest to czego szukają młode dziewczyny: zakazanej miłości, która da im nadzieję, że w życiu wiele rzeczy może się zdarzyć.
Podsumowując, pomysł był, postacie były, elementy zaskoczenia były, ale nie został wykorzystany potencjał. Niestety, to muszę zarzucić autorce, że nie dopracowała do końca swojego planu i wyszło to co wyszło. Jednak nie zapominajmy, że z każdym nowym pokoleniem ta książka będzie dalej skradała serca. A filmy? Filmów do tego zdecydowanie odbiegają od tego co ukazała autorka. Są bardziej parodią książek niż ich jakąkolwiek ekranizacją.

"Ludzkie istoty są w końcu tak bardzo przewidywalne, a znajome strony dają im poczucie bezpieczeństwa." ~ Stephenie Meyer, Zmierzch, Wrocław 2007, 369.
OCENA: 5/10
[1] Opis pochodzi z tyłu książki

Chcę Was przeprosić, że po prostu daję Wam recenzje lektur mało ambitnych, ale czytałam je w czasie gdy miałam na głowie sprawy związane z zakończeniem erasmusa (wierzcie lub nie, ale dalej czekam na jeden podpis!) i tak wyszło, że czytałam coś lekkiego i niezobowiązującego mózgu do wysiłku ponad normę. Na dodatek musiałam oddać pierwszy rozdział pracy magisterskiej, oddałam ale kompletnie nie to co trzeba było. Grunt, że zaliczyłam seminarium.
Muszę niestety też odwołać konkurs... Szkoda, ale nikt się nie zgłosił. Trochę to podcięło mi skrzydła, ale może za jakiś czas znowu zorganizujemy z Tea jakiś - już z inną pozycją.
Pozdrawiam i dziękuję, że jesteście
Lady Spark

czwartek, 18 września 2014

075. Nie taka wybitna "Maska" jak ją malują

AUTOR: Dean Koontz  
TYTUŁ ORYGINALNY: The Mask  
TŁUMACZ: Hanna Milewska
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Albatros Andrzej Kuryłowicz

OPIS
Carol Tracy wraz z mężem Paulem pragną zaadoptować dziecko ; w trakcie spotkania z adwokatem rozpoczyna się ogromna burza, żywioł, którego błyskawice uderzają w okna biura O'Briana, lekko go raniąc. Pozostałej dwójce bohaterów nic się nie stało, jednak od tej pory Carol prześladuje myśl, iż coś nadludzkiego próbuje przeszkodzić im w adopcji. Zagubione dokumenty potwierdzają jej tezę. Od tej pory małżeństwo, oraz kobieta, która wychowywała Carol są świadkami dziwnych wydarzeń- ataków domowego pupila, odgłosu siekiery wydobywającego się z nieznanego źródła oraz wypadku, w którym nieznacznie ucierpiała dziewczynka. W szpitalu- z powodu amnezji dziewczyny - nazwano ją Jane Doe. Carol poczuła odpowiedzialność względem nastolatki- po kilku odwiedzinach nawiązała z nią pewnego rodzaju więź. Ze wszystkich sił stara się pomóc Jane w przywróceniu pamięci za pomocą hipnozy. W trakcie okazuje się jednak, że Jane w swoim ciele wcale nie jest sama ... [1]

RECENZJA
Jest to moja pierwsza styczność z Koontzem i mam dość mieszane odczucia. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak się uwielbia Kinga (jak ja) to do Koontza już się człowiek nie przekona. Cóż może nie do końca to jest prawda. To nie tak, że zaprę się i nie przeczytam już nigdy żadnej pozycji tego autora. Po prostu bardziej mnie rozczarował niż zaczarował.
Po pierwsze książkę otwiera prolog. Niby nic nadzwyczajnego i za co niby dałabym tam minus. Prolog jest w co drugiej pozycji, więc o co mi chodzi? Chodzi mi o to, że autor w zasadzie wyłożył nam wszystko na tacy. Gdy ktoś szybciej spostrzega niektóre wątki niż pozostali czytelnicy to już po trzech rozdziałach wie co się dzieje i znika sens czytania, bo jak chce się dowiedzieć czy główna postać przeżyje to wystarczy przeczytać dwie ostatnie strony całej powieści.
Po drugie główne postacie były takie nijakie. Żadna z nich się nie wyróżniała. Każda z nich odnosiła sukcesy na pozycji zawodowej i w sumie w życiu prywatnym też wiodło się całkiem nie źle. Carol jest wziętą panią psychiatry z tytułem naukowym doktora a jej mąż również odnosi sukcesy w swojej dziedzinie, której nie zapamiętałam (ewidentnie to znaczy o bezosobowości postaci, bo w przeciwnym wypadku zapamiętałabym każdy najmniejszy szczegół dotyczący Paula Tracy). Carol nie miała łatwego dzieciństwa. Rodzice, którzy za nic jej nie rozumieli i nawet się nią nie interesowali. Wpadła w złe towarzystwo i tylko dzięki Grace Mitowski udało jej się wyjść na prostą. Jednak popełniła jeden wielki błąd gdy miała piętnaście lat i od tego momentu nie może mieć dziecka. Jest bezpłodna dlatego poznajemy ich podczas procedury adopcyjnej. I w sumie nic więcej o nich nie można powiedzieć.
Po trzecie główna postać Jane Doe jest niezwykle denerwująca. Autor za nic nie próbował zrobić z niej ludzkiej osoby. Dziewczyna nie wie kim jest i skąd pochodzi. I w sumie wcale nie jest tym przejęte. Przyjmuje wszystko z niezwykłą swobodą co nie daje jej tonu naturalności. Niestety.
Jeśli zaś chodzi o akcję to autor wymyślił świetną intrygę, ale gdyby nie ten prolog. Gdyby nie naprowadzający na wszystko prolog to cała książka byłaby wybitna i biła na głowę dzieła Kinga. Oczywiście było kilka fragmentów, które mnie zaskoczyły (nie mogę zdradzić jakiś, bo bym zdradzała wątki fabuły), ale to było za mało by zaskoczyć mnie tą książką.
Kilka razy po plecach przebiegł mi dreszcz strachu gdy wczytywałam się w opisy Koontza – to muszę oddać, że mistrzem napięcia i opisów jest, bo nawet bałam się zasnąć. To wszystko wydało się jednak trochę za mało by dostać wybitną oceną.
Czy sięgnę po kolejne propozycje tego autora? Z pewnością, bo ciężko ocenić mi jego styl po jednej książce, więc dam szanse. Podobnie jak przy tej powieści będę miała dość wysokie oczekiwania, bo coś we mnie zaskoczyło i w jakiś sposób polubiłam tego autora, ale do wielkiej miłości musi jeszcze wiele kartek w książce upłynąć. 
"Jeśli myślisz, że odchodzisz od zmysłów, musisz być całkowicie normalna, gdyż szaleniec nie ma takich wątpliwości." ~ Dean Koontz, Maska, Poznań 2010 , s.40.
OCENA: 6/10
[1] Opis pochodzi  z tyłu książki

Mam małe pytanie. A w zasadzie z Tea mamy. Chcemy urządzić konkrus. Jesteście zainteresowani? :) Dajcie znać :). Do wygrania oczywiście książka ;)

czwartek, 7 sierpnia 2014

064. "Sklepik z marzeniami" czyli jak bardzo Mistrz może zepsuć książkę


AUTOR: Stephen King  
TYTUŁ ORYGINALNY: Needful Things
TŁUMACZ:  Krzysztof Sokołowski   
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Albatros Andrzej Kuryłowicz  

OPIS
Tajemniczy przybysz z Europy, Leland Gaunt otwiera w Castle Rock sklep, w którym można kupić "wszystko, o czym zamarzysz". Ceną za zrealizowanie marzenia nie są jednak pieniądze, lecz spłatanie współobywatelowi pozornie niewinnego figla. W rzeczywistości, spełniając ludzkie pragnienia, Gaunt niewoli dusze swoich klientów. Żaden bowiem nie potrafi wyzwolić się z mocy swoich spełnionych marzeń, znieść myśli, że mógłby utracić to, co udało mu się zdobyć jakimś cudem. Tylko Pangborn, miejscowy szeryf, będzie próbował przeciwstawić się przybyszowi. Czy bez pomocy sił nadprzyrodzonych uda mu się odnieść zwycięstwo w walce z czarna magią? Jaka cenę przyjdzie mu zapłacić? Pangborn ma także pewną słabość - bardzo chciałby poznać sekret tajemniczej śmierci swojej żony i dziecka... [1]

RECENZJA
                 Panie King, jak pana uwielbiam tak pan przesadził po całości. No jak tak można?!
               Z wielkimi oczekiwaniami zasiadłam do powieści Kinga… Jednak moje rozczarowanie były równie wielkie jak oczekiwania, które miałam. Sama nawet nie wiem od czego zacząć recenzję.
                Cała akcja powieści toczy się w niewielkim miasteczku Castle Rock, gdzie Leland Gaunt otwiera ‘Sklepik z marzeniami’. Możesz w nim kupić wszystko: wyjątkowe dwie wazy, które idealnie pasują do twojego kominka oraz wymarzoną kartkę, na której znajduje się popularny gracz. A może pragniesz wyjątkowe abażuru z kryształów? Zapytaj Gaunta on z pewnością coś takiego będzie miał. Pewnie boisz się o cenę. Nie lękaj się. Za upragnioną rzecz zapłacisz nie wiele. Na początek kilka monet, które brzęczą ci w portfelu, a drugą ratą jest spłatanie jednemu z mieszkańców niewinnego figla. I w tych figlach właśnie jest pies pogrzebany… Nikt nie lubi przecież jak ktoś mu dokucza bez powodu. Akcja rozwija się z każda kartką tak szybko jak ślimak porusza się po drodze.
                Męczył mnie fakt dużej ilości postaci i wątków. Czasami już kompletnie myliły mi się fakty. Nie wiedziałam kto z kim i dlaczego oraz po co. Poważnie! Mimo, że głównym bohaterem jest szeryf Alan Pangborn, który cztery lata wcześniej w wypadku samochodowym stracił ukochaną żonę i młodszego syna, to oprócz niego mamy jeszcze dziesiątki innych postaci. Jeśli ktoś będzie czytał kiedykolwiek tę pozycję to mam propozycję! Rozpisuj sobie wszystko na kartce, bo w pewnym momencie idzie się pogubić. Szeryf Alan bardzo pragnie poznać dlaczego jego żona i syn zginęli. Przecież Alice zawsze zapinała pasy bezpieczeństwa, a tego felernego dnia tego nie zrobiła. Dlaczego? Tego nie wie nikt. Jest wiele wyjaśnień: guz w mózgu, który powodował mało racjonalne zachowania, roztargnienie, chęć śmierci. Nic to jednak nie przekonuje Alana.
                Leland Gaunt jest postacią dość specyficzną. Jest miły i uprzejmy i chce spełnić marzenie każdego ze swoich klientów. Jednak jego dotyk jest oślizgły i nieprzyjemny. Jego uśmiech zapowiada katastrofę, która spadnie na Castle Rock, gdy kolejne drobne figle będą wykonywane jako zapłata za upragnioną rzecz. Wróćmy jednak do Alana Pangborna, który jako jedyny z mieszkańców ma problem ze spotkaniem pana Gaunta. Mężczyzna (tylko czy aby na pewno mężczyzna?!) unika go. Z czasem w miasteczku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zaczyna się prawdziwa apokalipsa…
                Myślę, że King w tej pozycji chciał pokazać jak wiele człowiek jest w stanie dać za rzecz, którą pragnie. Jak wiele jesteśmy w stanie zrobić by dostać to o czym marzymy. Czasami nawet nasze najbardziej absurdalne zachowania w tej sprawie tłumaczymy sobie tak, że wierzymy w nie. Przecież obrzucenie śnieżnobiałych prześcieradeł błotem to żadna zbrodnia. Ot taki niewinny żarcik. Przesłanie genialne, ale słabo opisane!
                Książkę czytałam 3 tygodnie (sesja, powrót do Polski – to swoją drogą, jednak nic mnie nie dociągnęło do tej pozycji). Przeczytałam tylko dlatego, że nie lubię odkładać nie przeczytanej książki i dlatego ją zmęczyłam. Czy polecam? No do list lektur bym tego nie zaliczyła. Nawet fanom Kinga odradzam. Ciężka i zupełnie rozczarowująca.
"Ludzkość! Jakaż ona szlachetna! Jakaż chętna do poświęcenia... kogoś innego!" ~ Stephen King, Sklepik z marzeniami, Poznań 2010, s. 451.
OCENA: 4/10
[1] Opis zaczerpnięty z okładki  

Miała być dziś Tea, ale pojechała do siostry, więc ją zastępuje, a żeby nie było, że ciągle Tomek i Tomek to dla przerywnika King, który wybitnie mnie rozczarował. Czytaliście? 

wtorek, 22 kwietnia 2014

038. „Łowca snów” niekoniecznie porywający

 
AUTOR: Stephen King
TYTUŁ ORYGINALNY: Dreamcatcher
TŁUMACZ: Arkadiusz Nakoniecznik
ROK WYDANIA: 2001
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

OPIS

Czterej kilkunastoletni chłopcy zrobili kiedyś coś wspaniałego, coś wielkiego i dobrego - coś, co odmieniło ich życie. Połączeni telepatyczną więzią kroczyli przez lata różnymi ścieżkami, które jednak w końcu doprowadziły ich do drewnianego domku w środku lasu. Tam ich drogi musiały się rozejść: niektórych czekała śmierć, niektórych zaś los znacznie gorszy od śmierci: ucieczka w głąb własnego umysłu przed bezwzględnym, drapieżnym, nieznającym litości przeciwnikiem, początkowo całkowicie nieludzkim i tym groźniejszym, im bardziej upodabniał się do człowieka. Uwolnić ich od tego koszmaru mógł tylko ten piąty, ten, który kiedyś pomógł im wznieść się ponad przeciętność, który połączył ich na długie lata, który znacznie więcej dawał, niż brał - prawdziwy łowca snów... [1]

RECENZJA

Jak pewnie zdążyliście zauważyć przynajmniej raz w miesiącu staram się, aby w moje dłonie wpadła książka autorstwa Stephena Kinga. Spytacie się pewnie, dlaczego? Otóż postanowiłam, że po tylu latach unikania, muszę w końcu nadrabiać dzieła Mistrza. Bo o tym, że King jest prawdziwy asem w swoim fachu nie muszę nikogo przekonywać, prawda? No, ale wracając do meritum – „Łowca snów” był kolejną lekturą, z którą postanowiłam się zmierzyć. Ciekawy opis znajdujący się na tylnej okładce tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze. Niemniej jednak po ponad 600 stronach historii, muszę się przyznać, że czułam dość spory niedosyt. Książka, co prawda nie rozczarowała mnie, ale nie mogę również powiedzieć, że wciągnęła mnie do tego stopnia, abym nie mogła oderwać od niej wzroku.

Może na początku zacznę od bohaterów. W „Łowcy snów” mamy do czynienia z prawdziwą męską przyjaźnią, która połączyła piątkę młodych chłopców i z sukcesem przeniosła się również w dorosłość. Czterej mężczyźni: Beaver, Henry, Jonesy i Pete, w dzieciństwie uratowali przed chuliganami, upośledzonego umysłowo chłopca – Dudditsa. Od tej pory pomiędzy nimi wytworzyła się wyjątkowa więź, którą dodatkowo łączą pewne nadprzyrodzone zdolności. Duddits okazał się być kimś więcej niż tylko chorym chłopcem, a z czasem również reszta bohaterów zaczyna dostrzegać jego, ale również swoją własną wyjątkowość. Pomimo tego, że każdy z nich jest zupełnie innym niż pozostali, to mimo wszystko, stanowili bardzo zgrany zespół. Różniło ich praktycznie wszystko, ale połączyła przyjaźń i miłość do Dudditsa. Właśnie Dudds… również i mnie urzekła tak wykreowana postać. Z jednej strony bezbronny i zagubiony, z drugiej niebezpieczny i tajemniczy. Z jednej strony przyjacielski i ciepły, z drugiej kolei bezwzględny i pewny swego. Jakkolwiek dziwie by to zabrzmiało, jego upośledzenie było w sumie jego największym atutem. Jeśli z kolei chodzi o pozostałych bohaterów, to chyba żaden zbyt bardzo mnie nie porwał – nie irytowali mnie, a i owszem, ale niestety również i nie zachwycili. W pewnym sensie czuję się zawiedzona, liczyłam, że „Łowca snów” będzie kolejnym majstersztykiem Kinga, a tymczasem dostałam książkę dobra, ale nie najlepszą.

No to teraz fabuła! W sumie zamiast pytania: „co znajdziemy w książce”, powinniśmy zadać pytanie: „czego tam nie znajdziemy”. Mamy tam stwory, Ufo, poczynania rządu, propagandę, szalonego dowódcę i wiele, wiele więcej. Głównym tematem historii jest walka ziemian z kosmitami, którzy chcą opanować ziemię – powinniśmy, więc mieć ciągłą akcję i wyścig z czasem. Niemniej jednak przez ponad 600 stron historii zdarzyło się kilka rozdziałów tak nużących, że ja sama walczyłam z ogromną pokusą przeskoczenia o kilka kartek w przód. Jako, że nie lubię zdradzać zbyt wielu szczegółów, (co to by nie spojlerować) nie chcę zbytnio rozpisywać się w tym akapicie. W dużym skrócie powiem jedynie tyle, że przez większą część lektury naprawdę dużo się dzieje, ale te kilkanaście stron, o których wspominałam wyżej, sprawiły, że czułam się nieco rozczarowana, tym bardziej, że w pamięci wciąż mam „Miasteczko Salem”, które oczarowało mnie pod każdym względem.

Język! Przy okazji oceniania wcześniejszych pozycji Kinga mówiłam, że czego, jak czego, ale braku talentu pisarskiego nie można temu panu odmówić. Uwielbiam ten jego charakterystyczny styl, który pozwala przenieść się w zupełnie inny, alternatywny świat. Czytając kolejne strony „Łowcy snów” czytelnik może czuć się jakby był naocznym świadkiem wszystkich tych zdarzeń, które mają miejsca w książce. Jak zwykle w tym konkretnym podpunkcie nie mogę się do niczego przyczepić.

Reasumując, lektura z pewnością spodoba się wszystkim kingomaniakom oraz osobom, które lubią sobie poczytywać coś w rodzaju zagadek z Archiwum X. Ja sama czuję niedosyt po tym konkretnym tytule, mam jednak nadzieję, że kolejna historia Kinga, z którą będę miała do czynienia, sprawi, podobnie jak „Miasteczko Salem”, że nie będę mogła spać.

No i mamy jeszcze ocenę! Myślę, że szóstka będzie w tym przypadku idealna.

"Pamiętał doskonale, jak głaskał go po delikatnych, jasnych włosach. Jego płacz wbijał się im w serca jak sztylet, ale kiedy się śmiał, byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Kiedy słyszałeś śmiech Dudditsa Cavella, znów zaczynałeś wierzyć we wszystkie stare kłamstwa: że życie jest dobre, że ma sens, że oprócz mroku istnieje też światło.” ~ Stephen King, Łowca Snów, Warszawa 2001, s.558
OCENA: 6/10

Książka zalicza się do wyzwania: 52 książki, Czytam opasłetomiska, Historia z TRUPEM

Jestem na siebie wściekła. Miałam przez święta tyle rzeczy zrobić a jak zwykle nie zrobiłam nic. Ale już czekam na lipiec, kiedy nie będę musiała przejmować się uczelnią, nauką, pracami – tak, to z pewnością będzie piękny czas, a moje recenzje będą wówczas zdecydowanie lepiej przygotowane, niż to co wyżej. A na chwilę obecną przesyłam Wam gorące pozdrowienie.

[1] Opis pochodzi z tyłu książki