Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2019

595. Guillaume Musso - "Zjazd absolwentów"


AUTOR: Guillaume Musso
ORYGINALNY TYTUŁ: La jeune fille et la nuit
TŁUMACZ: Joanna Prądzyńska
ROK WYDANIA: 2019
WYDAWNICTWO:  Albatros
OPIS
Riwiera Francuska – zima 1992 roku.
W mroźną noc, gdy kampus liceum zostaje sparaliżowany przez burzę śnieżną, dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell, jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole, ucieka z nauczycielem filozofii, z którym ma potajemny romans. Dla nastoletniej dziewczyny miłość oznacza wszystko albo nic. Nikt już nigdy jej nie zobaczy.
Riwiera Francuska – wiosna 2017 roku.
Kiedyś nierozłączni Thomas i Maxime – najlepsi przyjaciele Vinki – nie kontaktowali się ze sobą od czasów szkolnych. Spotykają się dopiero na zjeździe absolwentów. Zaraz po nim jeden z budynków szkoły ma zostać wyburzony. Thomas i Maxime wiedzą, że są w nim ukryte zwłoki. I że wkrótce nic już nie stanie na przeszkodzie, by prawda wyszła na jaw. [1]

RECENZJA
Guillaume Musso polubiłam już po przeczytaniu jednej książki. Bardzo wtedy przypadł mi do gustu zarówno styl autora oraz historia jaką wymyślił. Obiecałam sobie wtedy, że szybko wrócę do jego twórczości, ale niestety nie udało mi się to, aż do momentu, w którym światło dzienne ujrzała jego najnowsza powieść „Zjazd absolwentów”.

Thomas Degalais to francuski pisarz mieszkający w Nowym Jorku. Mężczyzna w 2017 roku postanawia pojawić się na pięćdziesięcioleciu powstania swojej szkoły średniej. Wie, że to zły pomysł. Dwadzieścia pięć lat temu, pewnej grudniowej nocy Thomasa oraz jego przyjaciela Maxime połączyła straszna tajemnica, która do tej pory była bezpieczna. Jednak po dotarciu na Lazurowe Wybrzeże pewne sprawy się komplikują, a przeszłość nie chce odejść. W czasach szkolnych Thomas był zakochany w Vince. Ta miłość niszczyła go od środka, bo dziewczyna kompletnie nie zauważała jego uczuć. W dniu, w którym zniknęła wszyscy myśleli, że uciekła z nauczycielem filozofii, z którym miała romans. Jaka jest jednak prawda? Thomas wiedziony ciekawością rozpoczyna własne śledztwo na ten temat, a prawda może go zniszczyć.

Muszę przyznać, że nie jest to najlepsza książka Musso. Możliwe, że napisanie książki kryminalnej przerosło autora, który do tej pory głównie pisywał powieści romantyczno-obyczajowe. „Zjazd absolwentów”  to zdecydowanie wyjście poza strefę komfortu autora. Tu wątek miłosny jest, bo mamy niespełnione uczucie Thomas do Vincki czy też Fanny do Thomasa i wątek miłosny jest siłą napędową czynów głównego bohatera. Zarówno tych w przeszłości jak i również w teraźniejszości. Jednak nie odniosłam wrażenia, żeby był on przesadzony w którymś momencie.

Z początku nawet lubiłam Thomasa, który miał pewne skłonności do użalania się nad sobą i swoim życiem, nad przeszłością, że rodzice go nie rozumieli, że dziewczyna, którą kochał nigdy nie odwzajemniła jego uczuć. Jednak wraz z upływem czasu wzrastała moja niechęć do tego bohatera. Miałam czasami wrażenie, że nie docierała do niego powaga sytuacji, która wydarzyła się dwadzieścia pięć lat temu. Uważał, że próby ujawnienia prawdy przez znajomego dziennikarza to próba zemsty za lata szkolne i dawne waśnie. Za wszelką cenę chciał uniknąć konsekwencji swoich czynów z przeszłości. Podobnie jego przyjaciele uważali, że to co się działo w 2017 roku, czyli w teraźniejszości, bo książka pisana jest w pierwszej osobie (głównie z perspektywy Thomasa) to nieprzychylne zrządzenie losu, które nigdy nie powinno mieć miejsca. Jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że każdy kiedyś musi odpowiedzieć za swoje czyny.

Cała historia z początku nawet mi się podobała i moja ciekawość wzrastała z każdą stroną. Chciałam wiedzieć, co tak naprawdę stało się grudniowej nocy w 1992 roku. Jednak zakończenie kompletnie zbiło mnie z tropu… i nie tego się spodziewałam. Autor zepsuł wszystko właśnie końcówką. Musso mocno przesadził ze swoją wyobraźnią. Naprawdę uważam, że ta historia miała by się zdecydowanie lepiej, gdyby zakończenie zostało poprowadzone w zupełnie innym kierunku. Poczułam się… oszukana.

Nie da się ukryć, że jest to bardzo słaba powieść Musso. Autor wyszedł poza strefę komfortu, ale nie wyszło mu to. Należy otwarcie przyznać, że nie idzie mu pisanie thrillerów czy też kryminałów. Szkoda, ale liczę, że pozostałe książki autora zrobią na mnie takie samo wrażenie jak „Telefon od anioła”.
 „Trzeba się bić o wszystko i wszędzie. Często ci wyglądający na silnych są słabi i odwrotnie. Wielu ludzi prowadzi wyczerpującą walkę w ukryciu. Prawdziwym wyzwaniem jest umiejętność kłamania na dłuższą metę. Aby skutecznie okłamywać innych, trzeba najpierw okłamać samego siebie.”~ Guillaume Musso, Zjazd absolwentów , Poznań 2019, s. 229-230.
OCENA: 5/10

Serduszko pęka, gdy pisze się takie słowa o powieści swojego ulubionego autora :(. 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

środa, 10 kwietnia 2019

562. Camilla Läckberg - "Latarnik"


AUTOR: Camilla Läckberg
TYTUŁ ORYGINALNY: Fyrvaktaren
SERIA: Saga o Fjällbace
TOM: Siódmy
TŁUMACZ: Inga Sawicka
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Czarna Owca

OPIS
Jasna, letnia noc. Młoda kobieta wskakuje do samochodu. Chwyta kierownicę w zakrwawione dłonie. Wraz z synkiem ucieka do jedynego znanego jej bezpiecznego miejsca, na wyspę Gråskär nieopodal Fjällbacki. Kilka dni później w swoim mieszkaniu zostaje zamordowany Mats Sverin, człowiek rzetelny i powszechnie lubiany, który po latach nieobecności powrócił do Fjällbacki, by zostać szefem gminnego wydziału finansów. Inspektor Patrik Hedström i policja w Tanumshede prześwietlają jego przeszłość i na jaw wychodzą rozmaite tajemnice. Okazuje się, że mężczyzna przed śmiercią odwiedził Gråskär, nazywaną przez okolicznych mieszkańców Wyspą Duchów – nawiedzoną przez umarłych, którzy mają coś do przekazania żywym… [1]

RECENZJA
W siódmy tom „Serii o Fjällbace” wchodziłam z trochę większymi nadziejami niż w poprzednie, bo „Syrenka” naprawdę była dobrą pozycją. Na dodatek wątek obyczajowy głównych bohaterów skończył się w sposób dość nieoczekiwany i musiałam, czym prędzej poznać jak potoczą się dalej losy Patrika i Eriki.

Muszę sobie pozwolić na małe zdradzenie zakończenia poprzedniego tomu, czyli „Syrenki”, ale to będzie dotyczyło tylko wątku obyczajowego, czyli sfery prywatnej postaci. Na ostatnich stronach „Syrenki” przeczytaliśmy, że Patrik miał zapaść i wylądował w szpitalu, a Erika i jej siostra Anna (obie będące w zaawansowanych ciążach) uległy wypadkowi samochodowemu, który spowodowała pijana kobieta. Dla Eriki wypadek nie skończył się tragicznie, bo w zasadzie nie ucierpiała w nim, a jej synkom nic się nie stało, a po odbyciu koniecznej dla wcześniaków hospitalizacji mogła je zabrać do domu. Anna nie miała tyle szczęścia. Jej synek zmarł. Kobieta jest w ciężkiej depresji, a jej związek z ojcem dziecka jest na skraju przepaści. Wszystkie siły Eriki i Patrika w wolnym czasie są skierowane na Anne i pomoc w uporaniu się z dramatem, który przeszła. Patrik po długim zwolnieniu wraca do pracy w policji. Od razu na wejściu dostaję sprawę zamordowania Matsa Sverina. Kto zabił szanowanego dyrektora finansowego gminy? Co wspólnego ma z tym jego wizyta w Gråskår na kilka dni przed śmiercią? Co ukrywa młoda kobieta, która się tam ukrywa wraz z synkiem? Jakie tajemnice skrywał w sobie zamordowany? Na te i inne pytania musi znaleźć odpowiedź Patrik i jego ekipa.

Pierwszy raz w historii całej serii Erika naprawdę nie była zbyt wścibska i nie wtykała nosa w śledztwo męża. Trzymała się z boku – pewnie ze względu na bliźnięta, którymi musiała się opiekować. Ta Erika naprawdę mi się bardzo podobała. To, w jakiej sytuacji się znalazła pod koniec książki uważam, że było dziełem nieszczęśliwego wypadku, a nie jej wścibstwa. Uważam, że chciała wtedy dobrze i nie miała wcale w planach niczego więcej niż pomoc. Wątek prywatny postaci był bardzo, ale to bardzo smutny i wyczuwałam te emocje. Było mi bardzo żal Anny, bo najpierw była ofiarą przemocy domowej, a teraz, gdy od kilku tomów wszystko szło w dobrym kierunku los znowu podciął jej skrzydła. Jestem naprawdę bardzo ciekawa jak dalej potoczy się jej związek z Danem. W sferze kryminalnej to dalej akcja toczyła się dość leniwie i policjanci bardzo powoli wpadali na kolejne ślady, a w zasadzie przez większość książki kręcili się w miejscu niczym bąki dla dzieci. Chociaż jestem wstanie to zrozumieć, bo naprawdę z tego, co się dowiadywali o zamordowanym trudno było cokolwiek wyciągnąć, a już tym bardziej coś, co mogłoby im pomóc w śledztwie. Znowu został poruszony bardzo ważny temat społecznie, a mianowicie: przemoc domowa. Niby tak wiele się o niej mówi, niby akcje, które mają uświadamiać kobietom, że nie mogą się pozwolić tak traktować, ale dalej wiele z nich pozwala, aby „ukochany” je bił. Nie podobało mi się, że jeden z wątków nie został dokończony, trochę urwany w końcówce i muszę się tylko domyślać jak to wszystko się skończyło.

Muszę przyznać, że wcale nie jest to najgorsza książka tej autorki jak sugerowało mi wiele recenzji „Latarnika”. Dalej uważam, że do tej pory najgorszą częścią była „Ofiara losu” i zdania szybko chyba nie zmienię. „Latarnik” był przyzwoity i na poziomie pierwszego tomu. Czytało się książkę dobrze i w miarę szybko i nie odczuwałam zbytniego znużenia tematem.

Nie mam szczególnych uczuć po przeczytaniu tej książki. Nie odczuwałam zdenerwowania, jak po przeczytaniu „Ofiary losu”, że jest tak źle, że chyba gorzej być nie może, ani również nie jestem zachwycona jak po „Kamieniarzu”. Jest przeciętnie, a ja już wolę to niż źle w wykonaniu Läckberg.
OCENA: 6/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 6 kwietnia 2019

561. Camilla Läckberg - "Syrenka"


AUTOR: Camilla Läckberg
TYTUŁ ORYGINALNY: Sjöjungfrun
SERIA: Saga o Fjällbace
TOM: Szósty
TŁUMACZ: Inga Sawicka
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Czarna Owca

OPIS
We Fjällbace w tajemniczych okolicznościach gnie mężczyzna. Cztery miesiące później przypadkowy spacerowicz natrafia na jego zwłoki w skutym lodem jeziorze. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy znajomy zmarłego, pisarz Christian Thydell, zaczyna dostawać anonimowe pogróżki. Zaniepokojony zwierza się Erice Falck, a ona pokazuje jeden z listów Patrikowi. Patrik jest przekonany, że Christianowi grozi niebezpieczeństwo. Ktoś szczerze go nienawidzi i nie zawaha się spełnić groźby. Kiedy znalezione zostają zwłoki kolejnego mężczyzny, policja doszukuje się wspólnego wątku, a trop prowadzi w przeszłość… [1]

RECENZJA
Po krótkiej przerwie, jaką sobie zrobiłam od sagi Camilli Läckberg nadszedł czas, żeby do niej wrócić. Nie powiem, żebym tęskniłam jakoś wybitnie za Fjällbacą i jej bohaterami, ale że bardzo nie lubię zostawiać serii niedokończonych to postanowiłam wrócić do losów Eriki i Patrika.

Patrik prowadzi śledztwo odnośnie zaginięcia pewnego mężczyzny. Jednak od czterech miesięcy nie zrobił nawet kroku do przodu w tej sprawie. Poszukiwany jakby zapadł się pod ziemię. Pewnego dnia zwłoki zostają znalezione w skutym lodem jeziorze. Na dodatek znajomy jego żony Eriki dostaje listy z groźbami. Początkowo tych dwóch spraw nic nie łączy, jednak, gdy zostają znalezione zwłoki jeszcze jednego mężczyzny wszystko nabiera nowego znaczenia i nic nie jest takim, na jakie wyglądało wcześniej. Kto nienawidził do tego stopnia, żeby zabić z pozoru spokojnego mężczyznę, głowę rodziny i ojca dwójki dzieci? Kto chce upokorzyć przyjaciela Eriki wysyłając mu listy? Czy napisana przez niego książka zawiera niezałatwione sprawy z przeszłości?

Muszę przyznać, że miesięczna przerwa od czytania serii dobrze mi zrobiła, bo Erika Falck przestała działać mi na nerwy. Pewne jest to, że kwestią czasu jest, gdy znowu zacznę mieć jej dość. Erika jest w ciąży tym razem z bliźniętami i w sumie trudno mi uwierzyć, żeby w tym stanie miała jeszcze siłę żeby rozwiązywać różnego rodzaju zagadki kryminalne, a jednak to robi. Jednocześnie jest to kolejny raz, gdy autorka pokazuje nam kompletny brak pomysłowości lokalnej policji, ale no jakoś to przeżyję. Pozostali bohaterowie wywarli na mnie taki samo wrażenie, co wcześniej. Patrik to ciepłe kluchy, Mellberg to narcyz, Martin dalej jest ciapą, Gösta to leser z przebłyskami do pracy, a Paula to nijaka policjantka, która nie wyróżnia się niczym wybitnym i nawet trudno opisać ją jednym słowem. Postacie są płaskie, ale dzięki zgrabnemu stylowi pisania Läckberg człowiek wciąga się w jej książkę.

Skoro już o stylu pisania mowa to muszę przyznać, że pomysł na tę historię okazał się dobry. Może nie tak genialny jak w „Kamieniarzu”, ale zakończenie mnie zaskoczyło i je kupuję. Część rzeczy rozwiązałam w trakcie czytania, ale to, kto zabił i jak wbiło mnie trochę w fotel. Naprawdę nie spodziewałam się tego. Camilla ponownie pokazała, że ma przebłyski na genialnego pisarza, bo obecnie jest tylko średnim/dobrym.

Poruszony został wątek chorób psychiczny i uważam, że dobrze autorka go pokazała. Do czego prowadzą te, które są nieleczone? Jak dramatyczne skutki mogą wywołać? Jak bardzo mogą być przywodzone osoby z najbliższego otoczenia przez chorego? To daje kolejny plus tej książce.

„Syrenka” zaskoczyła mnie pozytywnie. Na początku nie byłam do niej przekonana, ale z każdą stroną przyciągała mnie do siebie niczym śpiew syreny zagubionych marynarzy. Nie jest genialna, ale jest lepiej niż dobrze. Ja jednak doskonale wiem, że kolejne części serii mogą być gorsze i to mnie martwi. 

"Człowiek nigdy nie wie wszystkiego o drugim człowieku. Nawet o tym ukochanym, z którym żyje, na co dzień." ~ Camilla Läckberg, Syrenka, Warszawa 2011, s. 55.
OCENA: 7/10

Hejo! 
Już jesteśmy w połowie tej serii, więc za kilka postów pożegnamy się z Eriką i Patrikiem ;) 
Jak u Was zaczął się kwiecień?
LS

[1] Opis pochodzi z okładki książki

niedziela, 24 marca 2019

558. Camilla Läckberg - "Niemiecki bękart"


AUTOR: Camilla Läckberg
TYTUŁ ORYGINALNY: Tyskungen
SERIA: Saga o Fjällbace
TOM: Piąty
TŁUMACZ: Inga Sawicka
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Czarna Owca
OPIS
Jakie tajemnice z przeszłości mogą tłumaczyć dzisiejsze złe postępki? Dlaczego matka Eriki Falck wśród rupieci na strychu zachowała hitlerowski medal? To pytanie nie daje spokoju Erice, która w końcu postanowiła odwiedzić emerytowanego nauczyciela historii, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym medalu. Jednak mężczyzna zachowuje się dziwnie, nie potrafi odpowiedzieć na jej pytania, a w dwa dni później zostaje zamordowany.
Camilla Läckberg zręcznie splata współczesne wydarzenia z przejmującą opowieścią o losach młodej Szwedki żyjącej w pierwszej połowie lat czterdziestych ubiegłego stulecia. Szwecji udało się uniknąć losu sąsiedniej okupowanej Norwegii, a społeczeństwo szwedzkie było podzielone na tych, którzy pomagali swoim pobratymcom, i tych, którzy sprzyjali niemieckim okupantom. [1]

RECENZJA
Już wiem, że seria Camilli Läckberg nie jest równa. Po dwóch słabych tomach wiem, że nie mogę po każdym spodziewać się cudów i wspaniałości. Czytając opis piątek tomu modliłam się, aby tego autorka koncertowo nie zepsuła, bo tematyka II wojny światowej zawsze mocno mnie interesuje.

W poprzednim tomie Erika Falck w starym kufrze, który należał do jej matki znalazła biały, niemowlęcy kaftanik zabrudzony krwią, w który zawinięty był hitlerowski medalion oraz pamiętnik z lat młodości rodzicielki. Początkowo kobieta nie chce czytać zapisów matki, ale ostatecznie ciekawość zwycięża. Erika w ten sposób chce się dowiedzieć, dlaczego Elsy była chłodna w relacja wobec niej i jej siostry Anny. Medal postanawia pokazać swojemu staremu, emerytowanemu nauczycielowi historii, który ma bardzo rozległą wiedzę na temat II wojny światowej i nazizmu. Mężczyzna ginie w tajemniczych okolicznościach kilka dni po spotkaniu z Eriką. Jego zwłoki zostają znalezione przez dwóch nastolatków kilka miesięcy po śmierci w jego własnym domu. Czy medal, który znalazła Erika zapoczątkował dramatyczny bieg wydarzeń? Kto zabił nauczyciela? Co kryje za sobą medalion i pamiętniki matki?

W poprzednim tomie do zespołu dołączyła Hanna, ale pod koniec z niego odeszła. W tym autorka dorzuca nam młodą policjantkę Paulę Morales. Dziewczynę, która w wieku kilku lat uciekła z matką z Chile do Szwecji. Wyróżnia się swoim wyglądem od rodowitych Szwedów, co w przypadku poruszonego w tym tomie neonazizmu i nienawiści rasowej dobrze pokazuje, z czym muszą się borykać imigranci czy też osoby o innej orientacji seksualnej oraz jak niebezpieczny jest neonazizm i ruch narodowy w każdym kraju. Jednak należy pamiętać, że każdy kij ma dwa końce i nawał imigrantów, którzy w wielu krajach mają lepiej bez pracy niż rodowici obywatele, którzy pracują powoduje właśnie to, że ludzie coraz częściej zerkają w stronę bardziej konserwatywną i organizacji neonazistowskich.

Już dawno nie trafiłam na bohaterkę, która tak bardzo działała mi na nerwy jak Erika Falck! Jest to postać bardo irytująca swoim zachowaniem, że mam ochotę nią potrząsnąć, żeby przestała dramatyzować. Wzięła Patrika pod pantofel i tylko, dlatego, że on jest ciepłą kluchą są jeszcze razem. Rozumiem, że Erika nie chciała być tylko kurą domową, ale to, że w trakcie urlopu ojcowskiego zaczynała dramatyzować za każdym razem, gdy on prosił ją o chwilową opiekę nad córką, podczas, gdy on będzie w sklepie było dla mnie czymś strasznym. Zastanawiam się czy to znaczy, że przez cały okres trwania urlopu ojcowskiego Patrika nie miała zamiaru opiekować się Mają, bo robiła to przez cały pierwszy rok jej życia? Przede mną jeszcze pięć tomów… Potrzebuję melisy.

W piątym tomie mamy więcej obyczajówki niż kryminału. Autorka bardziej skupiła na przeszłości matki Eriki i to, dlaczego kobieta była chłodna w relacjach z własnymi dziećmi. Jest to również droga do odnalezienia zabójcy profesora. Ponownie rozwiązywanie zagadki idzie leniwie i powoli, co trochę mnie zaczyna nudzić. W każdym tomie dopiero pod koniec policjanci wpadają na brakujący trop i znajdują mordercę. A gdyby tak raz zrobić odmianę i mieć podejrzanego od początku i próbować udowodnić mu winę? To byłoby miłe.

Ogólnie „Niemiecki bękart” nie był zły, ale równie dobry jak „Kamieniarz” też nie był. Oceniam go podobnie jak pierwszy tom, bo trochę mnie zawiódł. Książkom, które dotykają tematu II wojny światowej zawsze stawiam wysoko poprzeczkę. Tu mi zabrakło tego czegoś. Takie smaczku, który by mnie porwał i sprawił, że pokochałabym tę książkę.

Cześć!
Nie było mnie trochę. Przepraszam, ale minione dwa tygodnie w pracy to był jakiś koszmar. Naprawdę wracałam do domu tylko z myślą, żeby ugotować obiad na następny dzień i iść spać. 
Dziś nadrobiłam trochę Waszych blogów, a od jutra postaram się być bardziej regularna w postach :).
Lady Spark

OCENA: 6/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 9 lipca 2018

522. Gdy widzicie "Sekretną szkatułę" to po prostu uciekajcie!


AUTOR: Martin Langfield
TYTUŁ ORYGINALNY: The Malice Box
TŁUMACZ: Alina Siewior - Kuś
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO: Sonia Draga  

OPIS
Kiedy Robert Reckliss otrzymuje coś, co wygląda na miedzianą szkatułkę, nie wie, że ten mały przedmiot zupełnie zmieni jego życie. Gdy ginie brat jego bliskiego przyjaciela, a nadawca przesyłki okazuje się ostatnią osobą widzianą przy oficerze, Robert wciąż próbuje racjonalnie podchodzić do całej sytuacji. Powoli jednak zaczyna rozumieć, że to, co się wokół niego dzieje, przekracza ludzki umysł – za sprawą tajnego stowarzyszenia uruchomiony został Ma’rifat, potężna broń, która jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi całą cywilizację. Wybuch ma nastąpić za siedem dni. Zapobiec może mu tylko siedem kluczy, które można zdobyć po przejściu siedmiu ciężkich prób. W wypełnieniu misji pomaga Robertowi Terri – tajemnicze i ponętne medium – ale inne potężne siły za wszelką cenę starają się uniemożliwić wykonanie zadania.
Sekretna szkatuła to wyjątkowy thriller, zwłaszcza dla wielbicieli łamigłówek. [1]

RECENZJA
„Sekretna szkatuła” to kolejny trup z półki. Mam ją od czterech lata. Skusiła mnie okładka. No i na dodatek jest to thriller, wiec wtedy miałam na nią ogromną ochotę. Opis również zachęcał, ale na dobrych chęciach wydawnictwa Sonia Draga się skończyło. Egzemplarz przeleżał kilkadziesiąt miesięcy, a oceny na lubimyczytac.pl oraz na goodread.com nie wskazują na dobrą literaturę. Postanowiłam jednak sprawdzić sama, czy jest to coś warte.

Głównym bohaterem jest Robert Reckliss, który pracuje w agencji informacyjnej GBN. Ma żonę Katherine, którą poznał poprzez grę zorganizowaną w czasach studiów przez Adama Hale’a. Warto zaznaczyć, że Kate wcześniej była żoną Adama. Robert i jego żona osiem miesięcy wcześniej stracili dziecko. Jadąc do pracy Reckliss dowiaduje się, że zmarł prezes Hencott Inc., a on jest tym, który jako jedyny z prasy namówił go na wywiad. W wyniku splotu różnych sytuacji Robert zostaje wysłany na urlop, a podczas spotkania z bratem prezesa Hencott Inc. dowiaduje się, że Adam jest w niebezpieczeństwie i nie bez powodu wysłał mu poprzedniego wieczora tajemniczą szkatułę i ma tylko siedem dni, aby uratować ludzkość przed zagładą…

Mój pierwszy zarzut to zbyt powolna akcja w pierwszej części. Ja rozumiem budowanie napięcia, ale tu było tego za dużo. Ja czułam się znudzona tymi wszystkimi przemyśleniami i wspomnieniami. Robert też nie jest postacią działającą pod wpływem emocji. Co przynosi mi na myśl Roberta Langdona, który jest bohaterem stworzonym przez Dana Browna. I w sumie na tym kończą się podobieństwa między tymi dwoma autorami. Brown tworzy swoje łamigłówki z głową i zachęca czytelnika do tego, aby razem z Langdonem czy inną postacią je rozwiązywał. U Langfielda po prostu czekałam na podanie mi odpowiedzi na tacy.

Thriller Naw Age… Pytanie, co to jest? Ja nie mam pojęcia. Wujek Google pod tym pojęciem widział tylko piosenkę jakiegoś zespołu… Jednak, jeśli definicją ma być „Sekretna szkatuła” to ja zdecydowanie jestem przeciwna takim thrillerom. Miałam wrażenie, że czytam jeden wielki bełkot wariata, który powiększa się z każdą kolejną stroną. Tego nie dało się czytać. Skończyłam tylko, dlatego, ponieważ oprócz bycia okładkową sroką to jestem również książkową masochistką i zawsze kończę zaczętą książkę.

Jeśli chociaż w jednym procencie słuchacie tego czy polecam lub odradzam pewne książki to w tym wypadku posłuchajcie tego jednego procenta i nie tykajcie „Sekretnej szkatuły”. Chyba, że cierpicie na bezsenność. To po dwóch stronach śpicie niczym niemowlę.

Pod koniec książka zaczynała mieć nawet pewien sens, ale bardzo niewielki trzeba to przyznać. Jednak przez 4/5 książki miałam wrażenie, że czytam jakieś urwane w połowie myśli, nieprzemyślane zdania. Po prostu bełkot, z którego nic nie wiem. Wstyd przyznać, ale już wszystko w niej zapomniałam. To była tragedia i nawet, gdyby nakręcili film na podstawie tej książki to przypuszczam, że byłby jedną wielką katastrofą. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach tego nie zrobi. Ja osobiście książkę odradzam i smuci mnie fakt, że na tego gniota życie zmarnowało tyle tysięcy drzew…
"Wszyscy jesteśmy rozsądnymi, cywilizowanymi ludźmi, dopóki ktoś nie zrani naszego plemiennego instynktu. Wtedy zmieniamy się, a może budzi się nasza pamięć. Gotowi jesteśmy zabijać, gotowi jesteśmy na wszystko dla naszego plemienia. Wszyscy mam w sobie potencjalnego kata. Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć." ~ Sekretna szkatuła, Martin Langfield, Katowice 2009, s. 135-136.
OCENA:  1/10

Dacie wiarę, że zapomniałam wrzucić Wam recenzję? Kompletnie wyleciało mi to z głowy. Do tej pory nigdy mi się to nie przytrafiło... 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi ze skrzydełek książki

czwartek, 11 stycznia 2018

477. Czy taki Mróz dobry jak go malują?

AUTOR: Remigiusz Mróz
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Czwarta Strona

OPIS
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera. Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną? Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem. [1]

RECENZJA
Czy jest wśród nas ktoś, kto nie znałaby Remigiusza Mroza? Ten młody autor już na dobre rozsiadł się na tronie króla polskiego kryminału. Był taki okres, że gdzie się człowiek w booksferze nie obejrzał tam wszędzie było pełno Mroza. Muszę przyznać, że przez ten „nawał” ja osobiście do twórczości pana Remigiusza podchodziłam bardzo ostrożnie. Niemnie jednak, kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się Czarna Madonna nie mogłam się jej oprzeć! 

Filip ma bardzo ciekawe, burzliwe życie. Jeszcze jakiś czas temu, jako ksiądz ewangelizował wiernych, próbując ustrzec ich przed grzechem. Tymczasem okazało się, że sam nie był na tyle silny, żeby oprzeć się pokusie i zakochał się w Anecie. Tak normalnie, po ludzku, pokochał kobietę i dla niej zdjął sutannę. Od tego momentu żyli razem szykując się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Przed powiedzeniem sobie „tak” mieli odbyć jeszcze wspólną podróż do Ziemi Świętej. Zrządzeniem losu na pokład samolotu wsiadła tylko Aneta, a mężczyzna miał czekać na jej powrót w Polsce. Niestety, w parę godzin po starcie maszyna znikała z radarów i nie można było nawiązać z nią żadnego kontaktu. Filip jest zdruzgotany… a do tego wszystkiego nagle w jego najbliższym otoczeniu dzieją się rzeczy dziwne, nie z tego świata i przerażające. Jakby tego było mało pojawia się również ojciec niedoszłego pana młodego, który odszedł tyle lat wcześniej…

Zanim zasiadłam do lektury Czarnej Madonny z wielką ciekawością czytałam i słuchałam kolejnych opinii, w których zapewniano mnie, że książka jest przerażająca; jak to nie będę mogła spać po nocach; jak to będę się bała nawet pomyśleć o poruszanych w książce tematach. Cóż… przeczytać przeczytałam, spałam dobrze, nie bałam się, a jeśli autor przez dodanie tego paranormalnego wątku chciał stworzyć mrożący krew w żyłach horror, to niestety ale to nie wyszło.

Ogólnie rzecz biorąc w książce dzieje się dużo, ale na dobrą sprawę te wszystkie wydarzenia są jakoś dziwnie pourywane, niektóre ważne wątki są potraktowane po macoszemu, ale najgorsze i tak jest końcówka, która nie dość, że jest dziwna to najzwyczajniej w świecie jest tak bezsensowna, że to aż boli. Pan Remigiusz bardzo mocno starał się stworzyć pozycje na miarę Kinga czy Browna (do czego zresztą sam się przyznaje), ale niestety do obu autorów jest jak na razie bardzo daleko! Ponadto, nie mogę wybaczyć Mrozowi tego, że „spełnił” moje obawy – tak bardzo „płodny” pisarz często tworzy „po łebkach”. Czarna Madonna to przede wszystkim dialogi, bardzo mało opisów i pominięte wątki, które mogłyby stać się bardzo interesującymi.

O samych bohaterach też trudno się wypowiadać, bo autor niewiele miejsca poświęca na stworzenie dokładnego profilu swoich postaci. Mamy raczej jakąś skróconą charakterystykę, która niestety musi nam całkowicie wystarczyć. Mówiąc szczerze ja osobiście nie byłam w stanie zżyć się z żadnym „zarysem” (bo pełnowartościową postacią nikogo nazwać nie można). Szkoda, szkoda. Może wtedy ta pozycja byłaby bardziej znośna?

Mimo, że do samej fabuły mam bardzo dużo zastrzeżeń książkę przeczytałam szybko. No i tutaj mamy paradoks – bo z jednej strony narzekam na brak długich opisów i jakieś szczegółowej charakterystyki, a z drugiej takie uproszczenie bardzo ułatwia zapoznawanie się z lekturą. Niemniej nie nazwałabym tej umiejętności pana Remigiusza „lekkością pióra”, to raczej taka klasyczna prostota, która jednak się sprawdziła.

Pierwsze spotkanie z twórczością Remigiusza Mroza uważam za... średnie. Książka miała mnie przestraszyć, miała sprawić, że nie będę mogła zasnąć, a tymczasem miałam wrażenie, że dostałam jakiś bliżej niezidentyfikowany twór - ni to King, ni to Brown.

OCENA: 4/10


Dzień dobry, w Nowym Roku! Jak Wasze noworoczne postanowienia? Mocno trzymacie się ich realizacji? 
Pozdrawiam, 


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 4 grudnia 2017

466. A czy Ty masz "Wielbiciela"?

AUTOR: Charlotte Link
TYTUŁ ORYGINALNY: Der Verehrer
TŁUMACZ: Daria Kuczyńska-Szymala    
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
W lesie niedaleko małej miejscowości w okolicach Augsburga znaleziono zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Policja i bliscy zamordowanej stoją przed prawdziwą zagadką, gdyż ta kobieta zaginęła bez śladu przed kilkoma laty. Dopiero telefon od jej znajomej z wakacji dostarcza pierwszych wskazówek dla śledztwa.
Jednocześnie w Frankfurcie toczy się inna historia. Leonę zadowoloną z życia redaktorkę w wydawnictwie, ukochany mąż porzuca dla innej kobiety. To prawdziwy cios dla Leony, która dopiero, co była świadkiem samobójstwa. [1]

RECENZJA
Skoro poprzednia książka „Grzech aniołów” przez wielu była określana najsłabszą to z wielkim entuzjazmem zasiadłam do „Wielbiciela” Charlotte Link. I przyznaję, że to była naprawdę dobra książka. Miałam ciarki na plecach i oblatywał mnie strach w pewnych momentach.

We Frankfurcie mieszkała Leona razem ze swoim mężem Wolfgangiem. Ich małżeństwo tylko z pozoru jest idealne. Prawda jest taka, że mężczyzna jest ogromnie zirytowany swoją żoną i od pół roku ma romans z koleżanką z pracy. Leona nie umie się otrząsnąć z szoku, jakim jest samobójstwo kobiety, którego była świadkiem. Eve, czyli samobójczyni miała za sobą ciężki okres, bo rozwiodła się z mężem kilka lat temu i od tego czasu cierpiała na depresję, a jej ostatnimi słowami były „W końcu mu się udało”. Leona, do której były zwrócone te słowa zastanawia się czy tym tajemniczym kimś był były mąż Eve i jaki miał ku temu motyw, bo w końcu byli po rozwodzie. Czy może był ktoś trzeci? W życiu Leony pojawia się nowy mężczyzna, który jest bratem Eve. Para zakochuje się w sobie, co wywołuje niezadowolenie w byłym mężu głównej bohaterki Wolfgangu. Początkowo wydaje się zazdrosny, ale gdy trzeba się bliżej temu przyjrzeć jego obiekcje, co do Roberta zaczynają być uzasadnione.

Jednocześnie w tym samym czasie w okolicach Augsburga zostają odnalezione zwłoki kobiety, która zniknęła ze wsi kilka lat temu pod pretekstem zwiedzania świata. Anna, czyli zamordowana kobieta w wieku osiemnastu lat opuściła rodzinny dom i zostawiła młodszą siostrę z chorym na raka płuc ojcem, który miał również przerzuty na jelita i żołądek. Dlaczego zginęła? Co robiła tak blisko domu skoro uciekła kilka lat temu? Dlaczego do niego wracała? I najważniejsze: kto ją zabił?

W swojej powieści kolejny raz autorka poruszyła problem psychiczny człowieka, który w dzieciństwie nie miał dobrych relacji z rodzicami. Z pewnością oddać należy, że Link dobrze wczuła się w postać osoby chorej psychicznie, bo gdy mamy fragmenty pisane z perspektywy samego Wielbiciela to czyta się je zdecydowanie najlepiej.

Dwie rzeczy mnie lekko zirytowały. Pierwsza: nie znam niemieckiego prawa, ale autorka powinna wiedzieć, że nie jeździ się po pijaku i nie proponuje osobie prowadzącej samochodu alkoholu! Druga: kobieta mająca czterdzieści jeden lat chce kiedyś założyć rodzinę, mieć dzieci i wnuki. Moje pytanie: kiedy?! Za rok? Dwa? Dziesięć?! Przecież jej jajniki są już prawie na emeryturze!

To, co zauważyłam po dwóch książkach Link to fakt, że jej powieści bardzo powoli się rozkręcają. Po dwustu stronach dwa wątki dalej się nie połączyły, ale mimo to wcale nie czułam się znudzona, a wręcz przeciwnie byłam coraz mocniej zaintrygowana. Link posiada talent do budowania napięcia i wciągania stylem czytelnika.

Jak bardzo podziałała na mnie książka niech świadczy fakt, że po pierwszej w nocy, gdy czytałam połowę drugiej części książki bałam się pójść do toalety i zapalałam wszystkie światła, jakie miałam na swojej drodze, bo bałam się, że ktoś za mną idzie. Jeśli tylko lubujecie się w takich klimatach to ta pozycja z pewnością przypadnie Wam do gustu.
 „To właśnie takich rzeczy – pomyślała – tak strasznie brakuje. Takich rzeczy, których zwykle człowiek nawet nie zauważa, póki je ma, ale potem wie, że to właśnie one sprawiały, że dobrze się czuł we własnym życiu.” ~ Charlotte Link, Wielbiciel, Katowice 2014, s. 65.
OCENA:  9/10

Wszędzie widzę zapowiedź nadchodzących świąt... Bleh... 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

431. Zło rodzi się cicho...


AUTOR: Tess Gerritsen
TYTUŁ ORYGINALNY: Gravity  
TŁUMACZ: Andrzej Szulc
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Albators A. Kuryłowicz
OPIS
Na pokładzie międzynarodowej stacji kosmicznej orbitującej wokół Ziemi wybucha zagadkowa epidemia. Astronauci i naukowcy, zaatakowani przez nieznany organizm nazwany Chimerą, reprodukujący się w alarmującym tempie, kolejno zapadają na straszliwą chorobę i umierają. Wśród załogi jest młoda lekarka – dr Emma Watson – prowadząca badania nad zachowaniem mikrobów i wirusów w warunkach nieważkości. Emma i jej mąż Jack, nieuczestniczący w misji, nie dają za wygraną, starając się odkryć naturę Chimery i znaleźć skuteczny lek. Tymczasem Chimera zabija załogę promu kosmicznego wysłanego na ratunek stacji. Pozostali przy życiu astronauci są skazani na śmierć w kosmosie – Ziemia nie chce ich przyjąć uważając, iż tajemniczy organizm stanowi śmiertelne zagrożenie dla całej ludzkości. Z miłości do Emmy Jack decyduje się na desperacki krok…. [1]

RECENZJA
Sporo dobrego słyszałam o twórczości Tess Gerritsen. Lubię dobrze napisany thriller, a na to liczyłam po tych wszystkich zachwytach, jakie dostawałam z każdej strony. Dlatego zasiadłam z książką i sprawdziłam na własnej skórze, czy faktycznie Gerritsen jest królową thrillerów medycznych. I wiecie, co? W pewnym momencie bałam się tej książki!

Emma Watson jest młodą lekarką, która musi o trzy miesiące wcześniej wybrać się na międzynarodową stację kosmiczną orbitującą wokół Ziemi, ponieważ jej kolega Bill musi wrócić najpierw do umierającej w wyniku obrażeń po wypadku żony, a potem na jej pogrzeb, bo kobieta niestety nie przeżyła. Oczywiście to nie jest tak, że to wszystko dzieje się z dnia na dzień. Przygotowanie Emmy do tej misji trwa czternaście dni, a wcześniej odbyła wiele szkoleń i symulacji kosmicznych. Za czternaście dni ma zostać wysłana w kosmos inna załoga, która ma podrzucić Watson na stację. Emma na miejscu ma zajmować się prowadzeniem badań nad zachowaniem mikrobów i wirusów w warunkach nieważkości. Jednak, co jeśli próbka nie jest tym, na co wygląda? Co jeśli w tym wszystkim maczały palce większe ryby niż wydaje się nam wszystkim? Co jeśli nagle na stacji kosmicznej zaczynają umierać astronauci?

Emma ma męża Jacka, z którym jest w trakcie rozwodu. Mężczyzna, gdy dowiaduje się, że jeszcze obecna żona ma lecieć w misję wcześniej jest niezadowolony i wyraża swoją opinię dość dosadnie. Martwi się o kobietę. Warto dodać, że Jack w przeszłości zajmował się dokładnie tym samym, co Emma, ale z powodu kamienicy nerkowej musiał odejść na wcześniejszą emeryturę i zająć się leczeniem normalnych ludzi. Kamienica nerkowa jest poważnym przeciwwskazaniem do lotów w kosmos, ponieważ będąc na orbicie czy też jeszcze wyżej może dojść do odwodnienia organizmu, a to z kolei może przyśpieszyć powstanie nowych kamieni na nerkach. Dlatego Jack wiedząc, że nie ma, co liczyć na nową kosmiczną misję odszedł do cywila. To, że nie mógł latać było powodem wielu kłótni miedzy małżonkami, a to z kolei doprowadziło do decyzji o rozwodzie.

Muszę przyznać, że nie mogłam się oderwać od książki, co nie przytrafiało mi się ostatnio dość często. W zasadzie ostatnie tygodnie to były średnie lub dobre książki, z którymi nie czułam żadnego kontaktu. Tu pragnęłam czytać, aby wiedzieć jak to wszystko się zakończy. Pomysł i intryga, która wyszła na jaw pod koniec to jest po prostu jedno wielki: wow i czapka z kapelusza. Oczywiście wszystko to jest też lekka fantazja, bo trudno mi sobie wyobrazić operację mózgu, gdzie grawitacja nie działa, ale no powiedzmy, że nie było to też tak bardzo irytujące.

O Tess Gerritsen czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją ulubioną autorką thrillerów medycznych? Tak? Wiedziałam, że równa z Ciebie babka!

Podsumowując to ja jestem jak najbardziej na tak. Znajoma powiedziała mi, że to najsłabsza książka tej autorki, więc jeśli tak wygląda ta najgorsza to skali mi braknie dla tej najlepszej! Chce więcej i więcej!
"Rozumiał, jak jedna porażka może nieuchronnie prowadzić do następnej i następnej, aż w końcu człowiek nabiera pewności, że nic nie może mu się udać." ~ Tess Gerritsen, Grawitacja, Warszawa 2011, s. 225.
OCENA: 8/10

Czy te upały długo mają zamiar jeszcze mnie nękać? Ja naprawdę nie wiem czym zgrzeszyłam, ale szczerze przepraszam! Czy już? Możemy wrócić do cywilizowanej temperatury 22 stopni? 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

241. Trochę fantastyczny thriller polityczny, czyli "Zwodniczy punkt"

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Deception point
TŁUMACZ: Maria i Cezary Frąc  
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO: Albaros Andrzej Kuryłowicz/Sonia Drag   

OPIS
Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt z śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom planuje poinformować światową opinię publiczną o odkryciu. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na księżycu, zapewniając urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, aby prawda nie ujrzała światła dziennego. Ratując życie, Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku… [1]

RECENZJA
„Zwodniczy punkt” jest moją ulubioną książką Dana Browna, chociaż bardzo mocno wchodzi na grunt science fiction. Mimo to czytało mi się ją dobrze i z niecierpliwością przewracałam kolejne strony, chociaż byłam już mocno zmęczona faktem, że wszystko dzieje się w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Serio! Panie Brown jeszcze nikomu nie zaszkodziło wydłużenie czasu akcji, a z pewnością nikogo to nie zabiło.

Opis w jakiś sposób zdradza fabułę i zapewniam was, że od pierwszych stron polubiłam główną bohaterkę, ale możliwe, że to z powodu jej ojca, który nie ukrywajmy, ale jest kanalią i człowiekiem gotowym poświęcić wszystko dla kariery – o czym dobitnie przekonujemy się pod koniec książki. Rachel jest analitykiem wywiadu i pracuje dla urzędującego prezydenta, który ubiega się o reelekcję, która wydaje się rzeczą niemożliwą z powodu ciągłych wpadek NASA, które jest otoczone ogromną opieką urzędującego prezydenta. Sexton zostaje wysłana by zrobić krotki raport na temat autentyczności meteorytu ze śladami życia pozaziemskiego. Jednak w pewnym momencie sprawy znacznie się komplikują, a ona oraz Michael Tolland wraz z kilkoma innymi naukowcami walczą o życie. Najgorsze jest to, że nie wiedzą kto jest ich wrogiem, a kto przyjacielem. Sprawa na koniec wydaje się bardziej skomplikowana i szyta grubymi nićmi niż wydawało się w rzeczywistości.

Co do samej konstrukcji to nie mam zarzutów, bo czytelnik nie dostaje wszystkiego na tacy, tylko próbuje samemu rozstrzygnąć kto stoi za tym wszystkim i jaki udział ma w tym prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jednocześnie książka jest czymś w rodzaju przekazu do czego zdolni są ludzie władzy i jak łatwo można manipulować opinią publiczną – wiem to na skutek kończonych studiów i strasznie boli mnie, gdy ci wszyscy wielcy przywódcy wykorzystując proste sztuczki mamią proste społeczeństwo obietnicami bez pokrycia. Ale to nie o tym ma być recenzja. Niestety świat polityki to brudny świat i tego nikt nie zmieni. Wygrywają tylko ci, którzy są bezwzględni i zaślepieni swoimi poglądami. Oczywiście polityka amerykańska znacznie różni się od tej polskiej, ale to dalej zdecydowanie jest brudny i brutalny świat.

Mimo wszystko ta pozycja to moja ulubiona i zdania nie zmienię. Modlę się tylko by Brown zmodyfikował trochę swój styl, bo wszystko zaczyna robić się przewidywalne i kolejne książki mogą nie okazać się tak wielkim sukcesem jak ich poprzedniczki.
"Niech nikt ci nie mówi, co możesz, a czego nie możesz robić." ~ Dan Brown, Zwodniczy punkt, Poznań 2010, str.372.
OCENA: 9/10

Jak dobrze mieć czasem wolny dzień. No i Dan Brown w całości zrecenzowany. Całuję. 
Lady Spark. 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

235. Informatyczny thriller, czyli "Cyfrowa twierdza"

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Digital Fortress
TŁUMACZ: Piotr Amsterdamski  
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO: Albaros Andrzej Kuryłowicz/Sonia Drag   
OPIS
Narodowa Agencji Bezpieczeństwa (NSA) konstruuje superkomputer pozwalający złamać każdy szyfr metodą „brutalnego ataku”. Dzięki niemu amerykański wywiad może czytać komunikaty przesyłane przez terrorystów oraz szpiegów i w ten sposób udaremniać ich zamiary. Działalność agencji stara się pokrzyżować genialny japoński kryptolog Ensei Tankado, twórca niedającego się złamać algorytmu, nazywanego Cyfrowa Twierdza. Grożąc przekazaniem go do publicznego użytku, stawie niemożliwe do spełnienia żądania. Susan Fletcher, piękna matematyczka pracująca dla NSA, uczestniczy w dramatycznym wyścigu z czasem, by ocalić agencję, zdemaskować zdrajcę w jej szeregach i odkryć szczegóły planu, którego celem jest zniszczenie banku danych wywiadowczych USA. Stawką jest jej życie… i życie mężczyzny, którego kocha.  [1]

RECENZJA
Kto raz spotkał się z twórczością Dana Browna może przewidzieć, w jakim stylu będzie utrzymana każda jego kolejna powieść. Szybka i wartka akcja, czas trwania całości około doby do dwóch dni, krótkie rozdziały, prowadzenie jednocześnie wielu wątków, które początkowo wydają się ze sobą zupełnie niezwiązane, a im bliżej końca tym więcej znaków zapytania się rozwiązuje.

Jak dla mnie „Cyfrowa twierdza” jest najsłabszą pozycja książką w dorobku Dana Browna i całe szczęście, że nie od niej zaczęłam swoją przygodę z książkami Browna, bo bardzo prawdopodobne jest to, że po więcej bym nie sięgnęła. Przejdźmy jednak do oceny i lekkiego zarysowania akcji.

Panie i Panowie poznajcie Susan Fletcher uzdolnioną matematyczkę, która pracuje dla NSA czyli Narodowej Agencji Bezpieczeństwa, która jest odpowiedzialna za nadzorowanie superważnego komputera nazwanego TRANSLATOR. Sprzęt ten pozwala rozszyfrować każdy komunikat, który został wysłany nawet przez najznakomitszego szyfranta. Nie ma dla niego kodu, którego nie byłby w stanie złamać. Jak się okazuje do czasu…

Nie wszystkim podoba się takie zachowanie NSA i wśród nich jest pewien Japończyk Ensei Tankado, który stworzył groźny algorytm o nazwie Cyfrowa Twierdza, a jedyną szansa na złamanie go jest powiedzenie światu o TRANSLATORZE. Jak się okazuje rozpoczyna się wyścig z czasem, ze śmiercią i o życie pewnego uniwersyteckiego wykładowcy…

Jest to książka, w której znajdziemy wiele odnośników informatycznych, które dla mnie są kompletną czarną magią. Przydałby się jakieś odnośniki czy coś, a tego brak. Co do reszty to ciężko się do tego odnieść. Ja trochę się nużyłam przy tej pozycji. Nie ma tego czegoś, do czego przywykłam przy „Aniołach i demonach” czy też przy „Kodzie Leonarda da Vinci”. Trochę zawiodła mnie ta pozycja, chociaż język i styl są na bardzo dobrym poziomie. Irytowało mnie kilka postaci.

Mimo wszystko autor pokazuje, co może się stać, gdy pozwolimy rządzącym zbyt mocno ingerować w nasze życie, gdy będziemy tylko patrzeć na to, co robią i im na to pozwalać. Organy władzy chcą kontrolować wszystkie elementy naszego życia. Nie mówię, że to źle, bo wielokrotnie dzięki temu losy nie jednego kraju uniknęły tragedii, ale mimo wszystko zbyt mocny rozwój technologii może doprowadzić do pewnych rzeczy, których cofnąć już się nie da. Zbyt wiele władzy źle działa na ludzi, którzy się w niej zatracają i sądzą, że mają cały świat w swoich dłoniach.

"Sukces zależy od szczęścia." ~ Dan Brown, Cyfrowa Twierdza, Poznań 2010, str. 300.
OCENA: 6/10

Czas na coś ze starszych recenzji. Będę Wam przeplatać nowsze ze starszymi dzięki temu, nowości nie będą czekały tak długo na publikacje ;). 
Całusy i lecę do pracy. Oby do wieczora!


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 29 lutego 2016

220. Istnieją "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

AUTOR: Stieg Larsson
TYTUŁ ORYGINALNY: Män som hatak kvinnor
SERIA: Millennium
TŁUMACZ: Beata Wakczak-Larsson
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Czarna Owca

OPIS
Dziennikarz i wydawca magazynu „Millenium” Mikael Blomkvist ma przyjrzeć się starej sprawie kryminalnej sprzed czterdziestu lat, kiedy zniknęła bez śladu Harriet Vanger.
Do pomocy dostaje Lisbeth Salander, młodą, intrygującą outsiderkę i genialną researcherkę. Blomkvist i Salander tworzą niezwykły team. Wspólnie szybko wpadają na trop mrocznej i krwawej historii rodzinnej. [1]

RECENZJA
Jedna z lepszych książek, jakie czytałam do tej pory. Nie każdemu będzie się ona podobać. Mnie nudziły pewne przydługie i kompletnie nie potrzebne opisy. Fabuła jednak wciągająca i nie do końca zdradzająca zakończenie. Czyli już wiecie, co mi się podoba, a co nie w całym dziele pana Larssona. Z pewnością jest to książka, która zdecydowanie zasłużenie została ogłoszona bestsellerem, a szum wokół niej jest całkowicie uzasadniony. Przejdźmy, więc trochę do akcji.

Mikaela poznajemy w momencie, kiedy jego kariera zawodowa się załamała. Oskarżony o zniesławienie musi pogodzić się z porażką, chociaż do tej pory nie miał, czego sobie zarzucić w kwestii pracy. W życiu osobistym też nie za dobrze, bo jest rozwodnikiem i ojcem córki, z którą kontaktu nie ma wielkiego. Na dodatek jego porażka zawodowa może oznaczać gwóźdź do trumny jego niewielkiej gazety. Cóż jak nie idzie to od dziecka. Jednak pewnego dnia dostaję ofertę: ma napisać biografię rodu Vangerów, a przy okazji spróbować rozwiązać sprawę zniknięcia bez śladów jednego z członków rodziny – niejakiej Harriet Vanger. Nagroda jest ogromna – nie tylko finansowa. Uwierzcie mi doskonale rozumiałam motywy działań naszego głównego bohatera, ale to jak potem został potraktowany, otworzyło mi nóż w kieszeni. Stop z fabułą! Bo będzie za dużo spojlerów.

Autor na samym początku swojej trylogii skupia się w tak znacznej mierze na Mikaelu Blomkvist, że wszelkie wspomnienia niejakiej Lisbeth Salander stają się nieistotne, (co oczywiście jest nie prawdą, o czym czytelnik przekonuje się nie tylko na późniejszych stronach tej powieści, ale również w kolejnych cyklach). I gdy nagle przez dłuższy okres czasu czytamy o tej specyficznej, ale w znacznym stopniu skrzywdzonej przez patologię w jej własnej rodzinie oraz system państwowy, – który w książce pokazany jest, jako kulawy i niezadowalający (Panie Larsson szkoda, że Pan nie wiedział, co się dzieje w Polsce, u nas wcale nie jest lepiej) – dziewczynie czuje się zdezorientowany i pierwszą myślą, jaka przychodzi mu do głowy jest, „co ona ma wspólnego z Mikaelem?!” Jednak, gdy już zaczynamy poznawać ją bliżej i staramy się zrozumieć motywy jej zachowania (co nie stanie się w pierwszej części z pewnością, bo o przeszłości Lisbeth nie wiemy wiele z wyjątkiem tego, że w jej życiu zdarzyło się to Całe Zło) to autor nagle chociaż dosłownie na urywek wracał do Mikaela, który zajęty był pisanie biografii jakiejś tam rodziny – no litości tak się nie robi!

Bądźmy szczerzy, że zarówno Mikael jak i Lisbeth są postaciami jedynymi w swoim rodzaju i nie spotkamy ich więcej w literaturze. Doskonale się uzupełniają. Mnie, jako czytelnika nie irytowały nawet przez chwilę. I gdy Salander wpadała w szał zamykania się w sobie i chronienia przed światem by za chwilę znowu żartować ze swoim partnerem nie powodowało to u mnie chęci wyrzucenia przez okno całej powieści. Chłonęła ich i spokojnie uznaje za swoich papierowych przyjaciół. Jednak nie ukrywajmy, że gdybyśmy w realnym świecie spotkali osobę pokroju Lisbeth to od razu zamknęlibyśmy ją w zakładzie dla psychicznie chorych – tyczy się to również mnie, chociaż prowadzę starania by nie oceniać ludzi po pozorach.

Obok Lisbeth kolejna postacią damską, która zdecydowanie zaskarbiła sobie moją sympatie jest Erika Berger, która jest wspólniczką Mikaela w redakcji a także jego kochanką, przyjaciółką? Ciężko określić łączące ich relacje, bo nawet z tak prozaicznej sfery, jaką są uczucia autor zrobił coś nietuzinkowego i bardzo oryginalnego. Jest to postać obdarzona ogromną dozą humoru, sarkazmu a przy tym sporej inteligencji, ale ten niby ideał wcale nie irytuje, a wręcz rozśmiesza wiele ciężkich momentów w całej powieści.

Larsson nie używa jakiegoś bardzo wytwornego języka. Jak ma być gdzieś bluźnierstwo to jest, jak ma być dramatyczny opis zwłok to jest. Wszystko jest na swoim miejscu. Dociera on do czytelnika, bo pisze w języku, w którym większość ludzi się posługuje. Nie wyszukuje wytwornych słów, bo do tej powieści nie pasowałyby one kompletnie – może to jest właśnie powód fenomenu całej trylogii. Jednak dokładne opisy różnych, hakerskich tricków czy też innych rzeczy, o których nie miałam pojęcia trochę nużył i nie jestem zdania bym pod koniec całej trylogii pragnęła ich więcej. Przeczytałam już to raz i moja ocena jest taka sama. Początek ciężki jak flaki z olejem (tak do 100 stron) potem jest tylko tendencja wznosząca, by nagle przyśpieszyć jak kolejka górska, bo pewne sceny rozwiązały się za szybko. Jednak ogólna ocena na duży plus, spore zaskoczenie i wiem, że kiedyś powrócę by spotkać się trzeci raz w życiu z Lisbeth, Eriką i Mikaelem.
 „Przyjaźń – według mojej definicji – zasadza się na dwóch rzeczach – powiedział nagle. – Szacunku i zaufaniu. Oba czynniki są niezbędne. I musza działać w obie strony. Można żywić do kogoś głęboki szacunek, ale bez zaufania przyjaźń się rozpada." ~ Stieg Larsson, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, Warszawa 2009, s. 551.
OCENA: 8/10

[1] Opis pochodzi z okładki książki

Ja też zaczynam nową serię. Zobaczycie nie tylko jak Tea ją odebrała.
Zapraszam też na nowy film:

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

156. Po trupach do celu, czyli brudne gierki w "Krzywej Sweetmana"

AUTOR: Graham Masterton
TYTUŁ ORYGINALNY: Sweetman's Curve
TŁUMACZ: Piotr Kuś
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: Replika

OPIS
Nieznany snajper zabija niewinnych ludzi podróżujących autostradami w Los Angeles. Policja podejrzewa, że ofiary nie są ze sobą powiązane, okazuje się jednak, że ich dobór nie jest przypadkowy. Wyrachowany morderca zabija wyłącznie tych, którzy w danym momencie znajdowali się na krzywej Sweetmana, wyliczonej za pomocą skomplikowanej teorii pewnego profesora, który w nieznanym celu przygotował już listę ofiar. Kiedy ojciec Johna Cullena zostaje zastrzelony, John postanawia dowiedzieć się całej prawdy o jego śmierci. Prywatne śledztwo doprowadza do odkrycia szeroko zakrojonego politycznego spisku amerykańskiego senatora, który wykorzystuje krzywą Sweetmana do własnych celów. [1]

RECEZJA
Na dobrą sprawę „Krzywa Sweetmana” była moją pierwszą, porządną przygodą z Grahamem Mastertonem. Wcześniej miałam okazję przeczytać jedynie jego krótkie, kilkustronicowe opowiadanie znajdujące się w zbiorze „15 blizn”. Wówczas przedsmak jego twórczości był dla mnie istnym błogosławieństwem w tym natłoku pseudo-horrorów zaserwowanych czytelnikowi przez notabene, również wydawnictwo Replika. Niemniej jednak o samym Mastertonie już nie jeden raz słyszałam i to w tych samych superlatywach. Dlatego też pełna nadziei zasiadłam do lektury, ale zamiast dobrze skonstruowanego thrillera dostałam bardzo przeciętną i spłyconą historię.

W Los Angeles grasuje seryjny morderca, który dopada swoje ofiary podczas ich podróży autostradami. Wydaje się, że zamordowani nie mają ze sobą nic wspólnego – nie są znani, prowadzą normalne życie, mają rodziny i przyjaciół. Jedyne, co ich łączy to sposób śmierci – wszyscy zostają zastrzeleni. Policja nie mając żadnego konkretnego punktu zaczepienia nie widzi żadnego powiązania pomiędzy kolejnymi zbrodniami, a mordercę nazywają żartobliwie (o ironio!) Ciasteczkiem z Autostrady i uważają go za szaleńca. Jednak gdy pewnego dnia pocisk z karabinu „Ciacha” zabija Williama Cullena, jego syn John próbuje na własną rękę znaleźć zabójcę i motyw. Na światło dzienne wychodzi cała skomplikowana sieć intryg, w której pierwsze skrzypce odgrywa niejaki  profesor Sweetman. No i tutaj się zatrzymamy. Jak dla mnie cała fabuła jest trochę naciągana. Autor stworzył wielowątkową historię, ale na dobrą sprawę żaden nie jest poprowadzony tak jak należy – od początku do końca. Niektóre urywają się niedopowiedziane, inne zaczynają się niewiadomo w jakim celu, jeszcze inne toczą się własnym tempem, tak, że niewiadomo kiedy wydarzyły się opisane w nim wydarzenia. Momentami bardzo ciężko było się połapać, kto jest po stronie tych „dobrych”, a kto po stronie „złych”.  Ponadto, Masterton uciekł się do tego, co bardzo mi się  niepodobna – mianowicie w „Krzywej Sweetmana” mamy bardzo dużo chamskiego, wręcz prostackiego erotyzmu. Uch, jak ja czegoś takiego nie znoszę! A jakby tego było mało to na deserek dostałam masę brudnych, politycznych gierek, za którymi również nie przepadam. Oj, ta lektura to naprawdę była dla mnie przeprawa przez mękę.

No to teraz czas na bohaterów. W sumie jest ich tutaj całe mnóstwo, ale moim zdaniem żaden nie został dopracowany. Można wysnuć wniosek, że pierwsze skrzypce gra John Cullen, więc może to na nim na chwilę się skupię. Jaki jest John? Oczywiście dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o tych „dobrych”. Ponadto jest inteligentny, sprytny, myślący niezwykle racjonalnie nawet w chwilach niezwykle stresowych, a do tego wszystkie smaczku dodaje fakt, że jest ciutnie „nieśmiertelny”. Już pewnie wyczuwacie moją wręcz przeogromną „sympatię” do naszego Johna, prawda? Niestety, jakoś ostatnio nazbyt często mam wątpliwą przyjemność zapoznawania się właśnie z takimi bohaterami. Na domiar złego, w całej powieści zabrakło mi osoby, która naprawdę byłaby doszlifowana w każdym calu. Pomimo tego, że wachlarz aktorów jest naprawdę bogaty, jak dla mnie są oni bardzo „papierowi” – autor nadał im tylko kontury, natomiast zupełnie zapomniał o nadaniu im osobowości.
Jeśli chodzi o język to również i tu mam trochę zastrzeżeń. Miejscami dialogi były strasznie sztuczne, co sprawiało, że czytanie ich nieźle męczyło i irytowało. Jakby ludzie tak odzywali się w świecie rzeczywistym to chyba ¾ zostałaby wystrzelana! Uch! Naprawdę czuję się zawiedziona! Jedynym plusem było to, że książkę mimo tylu wad czyta się w miarę sprawnie i szybko.

 Aż żałuję, że ta książka potoczyła się tak nie inaczej. Przez pierwsze 100 stron naprawdę dobrze mi się ją czytało, a potem im dalej w las tym było gorzej. Gdyby wywalić zbędne wątki, zająć się bardziej motywem przewodnim i doszlifować bohaterów to wszystko mogło wypaść o niebo lepiej, a tak jedyne, co mogę wystawić to trzy. Jednocześnie mam nadzieję, że moje następne spotkania z twórczością Grahama Mastertona będzie już zdecydowanie lepsze! Ale jedno wiem na pewno! Teraz sięgnę tylko i wyłącznie po horror w wykonaniu tego pana!

„Nie chcę cię stracić – wyszeptała. – Nie będzie zależało mi na tobie, jeżeli będziesz martwy, John. Ty musisz żyć” ~ Graham Masterton, Krzywa Sweetmana, Zakrzewo 2011, s. 178

OCENA: 3/10


Witam. Powoli wracam do pracy i wbijam się w swój rytm. Mam nadzieję, że tak już będzie cały czas! Pozdrawiam

[1] Opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Replika