Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2019

604. Jojo Moyes - "Kolory pawich piór"


AUTOR: Jojo Moyes
TYTUŁ ORYGINALNY: The Peacock Emporium
TŁUMACZ: Agnieszka Myśliwy
ROK WYDANIA: 2019
WYDAWNICTWO:  Między Słowami

OPIS
Piękna, bogata i zepsuta do szpiku kości Athene zszokowała wszystkich. Uciekła od męża z domokrążcą, nie zostawiwszy nawet listu. Ponad trzydzieści lat później Suzanna Peacock musi zmierzyć się z mroczną legendą swojej matki. I z prawdą o sobie, która jest pilnie strzeżoną rodzinną tajemnicą.
Suzanna jest dumna jak paw, i jak paw dziwna i niedostępna. Ma wszystko, co potrzebne do szczęścia, tylko nie ma już siły udawać, że jest szczęśliwa. Jedynym miejscem, gdzie czuje się bezpieczna, jest jej mały sklepik, Pawi Zakątek. To tam pewnego dnia spotyka kogoś, kto jest równie pogubiony. I dostaje szansę, by zacząć wszystko od początku. [1]

RECENZJA
Jojo Moyes to mój pewniak, jeśli chodzi o poruszające powieści obyczajowe. Wiem, że mnie nigdy nie zawiedzie. Dlatego na „Kolory pawich piór” – książkę, która nigdy wcześniej nie była wydana w Polsce napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Ale czy było warto?

Suzanna Peacock do tej pory prowadziła luźne życie w Londynie. Ona miała całą masę przyjaciółek, a jej mąż Neil zarabiał dobrze w banku. Żyli lekko ponad stan, ale nie był to nic strasznego według nich. Pewnego dnia Neil traci pracę, a długi z lekkiego życia doprowadzają ich do konieczności ogłoszenia upadłości finansowej. Zmuszeni opuszczeniem swojego luksusowego mieszkania w Londynie przeprowadzają się do Dere Hampton, gdzie ojciec Suzanny postanawia wynająć jej i Neilowi jeden z domów. Dla Suze powrót do rodzinnej miejscowości brzmi jak najgorszy koszmar. Musi się w niej zmierzyć z legendą swojej matki Athene, która uciekła z domokrążcą. Na dodatek Neil po dziesięciu latach bycia razem pragnie zostać w końcu ojcem. Dla Suzanny to kolejny etap, którego nie chce, bo mimo swoich 35 lat dalej nie czuje się gotowa na dziecko. Spokój uzyskuje dopiero, gdy otwiera swój wymarzony sklepik „Pawi Zakątek”. Tam poznaje pewnego Argentyńczyka, którego życie też nie oszczędzało. Czy ta dwója w końcu dostanie od życia to, czego pragnie?

Książki Jojo Moyes, które czytałam do tej pory były dla mnie magiczne i podobały mi się od pierwszych stron. W „Kolory pawich piór” nie wchodziło mi się lekko i przyjemnie. Miałam wrażenie jakby nie chciała, żebym poznała historię Suzanny Peacock.

Suzanna jest bohaterką, której nie byłam wstanie polubić przez całą historię. Nawet, gdy jej rodzina wyjawiła pilnie strzeżoną tajemnicę, która jej dotyczyła nie potrafiłam wykrzesać z siebie nawet odrobiony empatii. Już dawno nie spotkałam się w literaturze z tak dumną i egoistyczną bohaterką jak Suzanna. Według niej to, że popadli z mężem w długi to nie jest jej wina. To on stracił pracę, a ona musiała się pocieszyć poprzez zakupy i drogie prezenty dla przyjaciółek, żeby nie wyjść na biedną. To, że rodzina jej nie rozumie to również nie jest jej wina. Po prostu się nie starają i chcą żeby była szczęśliwa na siłę. Suze uważa, że świat powinien kręcić się tak jak ona tego chce. Nie umie nawet powiedzieć mężowi, że nie chce lub też nie jest gotowa na dziecko. Nie uważam tego za nic złego. Nie każda kobieta musi czuć w sobie instynkt macierzyński lub później dojrzewają do tego, że chcą mieć dzieci. Błąd Suzanny polegał na tym, że nie umiała tego powiedzieć mężowi i za jego plecami stosowała różne metody antykoncepcyjne, czyli go oszukiwała.

Pewnego dnia Suzanna w swoim sklepie poznała Argentyńczyka Alejandra, który pracował w pobliskim sklepie, jako położnik. Również nie przypadł mi do gustu. Obwiniał się o coś, na co nigdy nie miał wpływu i nie mógł go mieć. Jojo Moyes uczyniła ze swoich bohaterów postaci wiecznie cierpiące, które za wszelką cenę chcą unieszczęśliwiać innych. W zasadzie nic w głównych postaciach mi się nie podobało. Nawet poprawnie stworzone postaci drugoplanowe nie ratowały tej książki. Nie mam pojęcia, dlaczego Jojo Moyes postawiła wszystkie karty właśnie na takie postaci.
Sama fabuła również pozostawia wiele do życzenia. Przez większą jej część nie działo się nic wciągającego. Były momenty, gdzie czułam się zainteresowana, ale one bardzo szybko mijały. Na dodatek przesłanie też mnie nie zachęciło. Czy czasami lepiej nie próbować walczyć o coś? Dać z siebie więcej niż absolutne minimum? Jasne potem można się obwiniać i przy wszystkim mówić, że druga strona wcale nie zawiniła, ale w końcu po coś się z tą drugą osobą wiązaliśmy. Nie zrobiliśmy tego bez powodu.

To pierwsza książka Jojo Moyes, którą jestem rozczarowana. Pierwsza, w której zupełnie nic mi się również nie podobało. Miałam wrażenie, że autorka w pewnym momencie straciła główny zamysł na swoją powieść i prowadziła ją na siłę. No nic, każdy autor musi mieć w swoim dorobku słabszą książkę. Mam nadzieję, że to będzie jedyna u Jojo Moyes.
 „Właśnie, dlatego płacz jest taki wkurzający. Poświęcasz mu parę minut, a twoja cera i nos zdradzają wiele pół godziny później.” ~ Jojo Moyes, Kolory pawich piór, Kraków 2019, s.183.
OCENA:  5/10

I o to ostatnia recenzja w tym roku :). 
Obrazek pochodzi ze strony: http://www.eskarock.pl/eska_rock_news/szczesliwego_nowego_roku_2018_zyczenia_sylwestrowe_ktore_cie_wyroznia/148142
[1] Opis pochodzi z okładki książki

środa, 18 grudnia 2019

602. Adriana Trigiani - "Ciao, Valentine"


AUTOR: Adriana Trigiani
ORYGINALNY TYTUŁ: The Supreme Macaroni Company
SERIA: Valentine Roncalli
TOM: Trzeci
TŁUMACZ: Magda Witkowska
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka
OPIS
Podczas rodzinnej uroczystości Valentine i Gianluca zaskakują zgromadzonych wiadomością, że odtąd los obu  rodzin zostanie połączony.
Gianluca musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości żywiołowych członków klanu Roncallich, u boku niezależnej Valentine. Valentine musi natomiast dokonywać zupełnie nowych życiowych wyborów. Szuka równowagi między życiem zawodowym i rodzinnym, zmagając się również z problemem różnic kulturowych i wyzwań związanych z macierzyństwem.
Podejmując kolejne decyzje, kieruje się zasadą, która inspirowała ją od samego początku kariery w Angelini Shoe Company: Dla kogoś, kto umie zrobić parę butów, właściwie nie ma rzeczy niemożliwych.” Dumna i energiczna Valentine będzie walczyć o wszystko, na czym jej zależy – przy okazji zaznając zarówno goryczy, jak i słodyczy życia.
Ciao, Valentine! to książka jednocześnie przenikliwa i romantyczna, pełna ciepła i humoru. [1]
RECENZJA
Z trudem docierała do mnie myśl, że „Ciao, Valentine!” to ostatnie spotkanie z sympatyczną i niezależną Amerykanką włoskiego pochodzenia. Polubiłam tę serię. Jest naprawdę dobrze skonstruowana, ale też nie jest zbyt infantylna – jak możne część z nas pomyśleć.

Valentine i Gianluca szykują się do ślubu. Matka panny młodej zarezerwowała im salę, w której jej dwie siostry miały już swoje wesela. Problem jest tylko taki, że ślub odbędzie się nie po roku od zaręczyn, a po niecałych dwóch miesiącach. Valentine ku rozpaczy matki chce wystąpić w jej starej sukni ślubnej, którą lekko przerobi. Na szczęście wesele przebiega bez zbędnych komplikacji, a małżonkowie mogą udać się w podróż poślubną do Nowego Orleanu. Tam pod koniec ich pobytu wychodzi na jaw, że jej kuzynka Roberta z Argentyny zamyka swoją fabrykę butów, a to równa się temu, że Valentine staje przed problemem, gdzie teraz ma produkować linie swoich butów, które trafiają do masowej klienteli. To powoduje spór między małżonkami, bo Gianluca uważa, że żona zbytnio poświęca się pracy, a ona zaś nie chce rezygnować ze swojego zawodu tylko dlatego, że została jego żoną. Wspólnie jednak próbują znaleźć rozwiązanie dla firmowego problemu Valentine. Razem przechodzą przez różne aspekty małżeństwa, a także zostają rodzicami. Jednak jeden dzień zmienia wszystko… Cały świat, który do tej pory był znany i akceptowany przez rodzinę Roncallich nagle runie w gruzach. Jak poradzi sobie z tym Valentine?

Muszę przyznać, że w ostatnim tomie zauważyłam z kolei różnice dzielące mnie i Valentine. Ona nie chciała rezygnować z siebie, ze swojego nazwiska, gdy została żoną Gianluki. Uważała, że to on powinien się dostosować do jej życia i do niej. Była zdania, że małżeństwo nic nie zmieni w jej życiu, że dalej będzie mogła być niezależną Valentine, która ratuje rodzinny biznes od upadku. Jednak zapominała w tym wszystkim o swoim mężu, który ją kochał i dla niej przeprowadził się do Ameryki, co było dla nie go trudne, bo kochał swój kraj, kochał swoje Włochy. Nie rozumiała tego, że teraz mogą działać wspólnie, że może dzięki temu zmniejszyć ilość swoich obowiązków – skoro mąż chce pomóc jej w prowadzeniu rodzinnego interesu. Dalej chciała być sama za wszystko odpowiedzialna. Sytuacja nie zmieniła się znacząco, gdy została mamą małej Alfredy. Dalej dużo czasu spędzała w warsztacie i projektowała nowe kolekcje butów. Córka i mąż byli dla niej tylko dodatkiem. To mi się u niej nie podobało, bo ja rozumiem, że chciała być niezależną kobietą, ale w pewnym momencie została mamą małej istotki, która potrzebowała jej najbardziej na świecie. Nie umiałabym tak. Owsem ważne jest, aby w małżeństwie i macierzyństwie nie rezygnować z samej siebie i ze swoich celów, ale należy je trochę przewartościować. Dzieci są cudem, który rośnie za szybko. Valentine tego nie rozumiała… Mimo tych różnic, które znalazłam w niej w tym tomie to jednak dalej budziła moją sympatię. I w dalszym ciągu uważam ją za jedną z lepiej wymyślonych bohaterek jakie mogły powstać w lekkich powieściach obyczajowych. To postać życiowa, którą możemy spotkać na każdym rogu, w każdym mieście, w każdym kraju.

Początkowo chciałam ocenić tę książkę podobnie jak pierwszy tom, czyli dać jej siedem punktów, ale to co stało się pod koniec kompletnie mnie zaskoczyło i wcale się tego nie spodziewałam. Zostałam wbita w fotel, a łzy leciały mi po policzkach i kręciłam głową z niedowierzaniem. Tak, już dawno nie płakałam na żadnej książce. Już dawno żadna książka nie doprowadziła mnie do takiego stanu emocjonalnego jak końcówka „Ciao, Valentine!”. To był cios, którego kompletnie się nie spodziewałam i który autorka może i w jakiś sposób sygnalizowała, ale bagatelizowałam te sygnały i jak jednak to się stało to nie chciałam w to uwierzyć. Naprawdę ta końcówka to mistrzostwo.
Bardzo chcę Wam polecić całą serię o Valentine. To naprawdę dobre książki na rozluźnienie się, ale też życiowe. Będą Was bawić, poruszać, denerwować i doprowadzać do łez. Może będziecie na początku uważać, że Was nie zainteresują – podobnie jak ja. Jednak w ostatecznym rozrachunku jestem pewna, że przypadną Wam do gustu!

 „W strukturze rodziny nie ma miejsca dla samotnych wilków… I zresztą być nie powinno. Rodzina to wspólnota serca, sojusz bliskich. Potrzebujesz ich, nawet jeśli wydaje ci się, że nie. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, a rodzina będzie cię zawsze wspierać.”~ Adriana Trigiani, Ciao, Valentine, Warszawa 2014, s. 102.
OCENA: 8/10

Ta seria naprawdę mi się spodobała, chociaż nie sądziłam, że tak będzie :)

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 14 grudnia 2019

601. Adriana Trigiani - "Brawo, Valentine"


AUTOR: Adriana Trigiani
ORYGINALNY TYTUŁ: Brava, Valentine
SERIA: Valentine Roncalli
TOM: Drugi
TŁUMACZ: Alina Siewior-Kuś
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
Wszystko wskazuje na to, że Valentine nie zrealizuje swoich marzeń, gdyż Alfred, „książę”, jedyny brat i przekleństwo Valentine, zostaje wyznaczony na jej partnera w Angelini Shoes. Zrozpaczona Valentine rzuca się w objęcia Gianluki, seksownego toskańskiego grabarze, który już wcześniej – w czasie jej pobytu na Capri – nie krył swego uczucia. Choć oboje szaleją za sobą, a Gianluca przysyła tęskne listy, związek na odległość wydaje się niemożliwy.
Niezwykła, jedyna w życiu okazja prowadzi Valentine z Greenwich Village na zalane słońcem ulice Buenos Aires, gdzie wychodzi na jaw rodzinny skandal. Czy więzi łączące Roncallich uda się odbudować? [1]

RECENZJA
Z ogromną przyjemnością sięgnęłam po drugi tom losów sympatycznej Valentine. Bardzo interesowały mnie jej losy nie tylko jej życia prywatnego, ale również firmy, którą próbowała ze wszystkich sił ratować.

Drugą część podobnie jak pierwszą otwiera ślub/wesele. W poprzednim tomie było to wesele Jaclyn, a w babci Valentine. Cała rodzina zjeżdża się do Włoch, gdzie ma odbyć się ślub Teodory i Dominica, którzy po dziesięciu latach ukrywania romansu, w końcu mogą cieszyć się otwarcie swoją miłością – mimo ich wieku. Dla Valentine powrót do Włoch równa się ze spotkaniem Gianluki, (który jest synem, Dominica). Valentine odkrywa, że przystojny i starszy Włoch wcale nie jest jej taki obojętny. Wesele nie przebiega tak jak powinno z powodu zazdrości ciotki Feen, która jest młodszą siostrą Teodory żyjącą wiecznie w jej cieniu. Spotkanie z Gianlucą przybiera nieoczekiwany obrót. Niestety pobyt we Włoszech szybko się kończy, a Valentine musi stanąć w walce o rozwój i ratowanie rodzinnego biznesu. Gianluca śle miłosne listy, ale czym jest związek na odległość? Czy ma on szanse przetrwania? Na dodatek w Buenos Aires wychodzi na jaw rodzinny skandal. Czy rodzina Roncallich go przetrwa?

Czytając drugi tom losów Valentine odkrywałam coraz więcej cech, które nas łączą. Valentine podobnie jak ja chciałaby żyć ze swoją rodziną w zgodzie i miłości. W zasadzie jej się to udaje. Problem ma tylko z bratem Alfredem. Wszyscy pozostali w rodzinie tańczą w zasadzie tak jak Alfred zagra, bo jest wielkim finansistą z Wall Street. Jednak nawet cudowny Alfred ma w swoim życiu gorszy okres. Zarówno na polu prywatnym jak i zawodowym, co zmusza go do podjęcia współpracy i bycie partnerem Valentine. Ja podobnie jak główna bohaterka zawsze próbuję utrzymywać dobre kontakty z bratem – nawet, jeśli on zachowuje się karygodnie. Na dodatek nasza Valentine odpowiedzialna jest za rodzinne pamiątki i świadomość, że tylko dla niej mają jakąkolwiek wartość, reszta rodziny uważa je za bezwartościowe. Dla mnie również ważne są rzeczy, z którymi wiążą się wspomnienia. Jednak na szczęście nie mam mani chomikowania. Dalej lubię Valentinę, bo jest to najbardziej życiowa i realna postać, z jaką się spotkała w literaturze obyczajowej lekkiej.

Jej wyjazd do Argentyny to szansa na odkrycie głęboko zakopanej tajemnicy, o której nie wiedziała nawet babcia Teodora. Na dodatek to również kilka słodkich chwil w ramionach Gianluki, który niespodziewania pojawia się w tym samym miejscu. Valentine nie kryje się już ze swoimi uczuciami, ale dają się jej we znaki ogromna chęć uratowania firmy i dobicie targu z rodziną z Argentyny. Rykoszetem obrywa Gianluca… Czy to oznacza koniec ich pięknej znajomość nim na dobre się rozpoczęła w rzeczywistym świecie przeniesionym z uroczych włoskich papeterii?

Nie wiem, kto odpowiada za błąd: autorka, oryginalna korekta czy polski tłumacz i polska korekta. Ale zauważyłam, pewną nieścisłość. „W stylu Valentine” jej młodsza siostra urodziła córkę, która w tym tomie stała się synem, aby potem znowu stać się córką Teodorą. Jestem bardzo wyczulona na takie błędy i to znacznie obniża dla mnie poziom książki. Zwłaszcza, że ten błąd dało się wyłapać.
Oprócz błędu cała fabuła bardzo mi się podobało oraz to w jak sposób Adriana Trigiani pokierowała losami miłości Valentine i Ginaluki. To nie był typowy romans, że ona go zraniła, a on po kilku tygodniach przybiegł do niej stęskniony i puścił wszystko w niepamięć. Nie. Zdecydowanie tak nie było. Przez swoje zabieganie i zaangażowanie w pracę, (co do pewnego momentu rozumiałam i miała lekki żal do Gianluki, że przyjechał do Argentyny wiedząc, w jakim celu jedzie tam z kolei jego ukochana) jej miłość nagle stała się zagrożona, a ona musiała nauczyć się żyć ze złamanym sercem i pewne sprawy w swoim życiorysie przewartościować… Za to właśnie lubię Valentine, że nic w jej życiu nie przyszło łatwo. Nie urodziła się w bogatej rodzinie, nikt nie dał jej pracy marzeń od tak. O wszystko musiała walczyć i pewnie, dlatego tak się z nią utożsamiam i lubię.

Gdyby nie błąd w fabule pewnie książce dałabym taką samą ocenę jak poprzedniczce, ale nie umiem wybaczać takich błędów. Literówki jeszcze gdzieś mi czasem umkną, ale błędy w fabule to dla mnie głównych grzech, jaki może popełnić autor, gdy jego książki wychodzą drukiem i docierają do szerszej publiczności. Oczywiście polecam Wam i ten tom, bo jest naprawdę śmieszny i życiowy. 

„Wcześniej wierzyłam, że ludzie się nie zmieniają, że to niemożliwe, że przez całe życie pozostajemy tacy sami. Ale to nieprawda. Kiedy ktoś nas kocha, mamy przed sobą możliwość zmiany. Możemy z nim zostać, możemy wybaczyć, możemy całkowicie przeciąć więzy. Możemy wzajemnie się rozczarować albo cieszyć się wzajemnie najlepszymi cechami – nie możemy jednak odwracać się plecami.”~ Adriana Trigiani, Brawo, Valentine, Warszawa 2010, s. 239.
OCENA: 6/10

To naprawdę bardzo pogodna seria ;) 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

środa, 11 grudnia 2019

600. Adriana Trigiani - "W stylu Valentine"


AUTOR: Adriana Trigiani
ORYGINALNY TYTUŁ: Very Valentine
SERIA: Valentine Roncalli
TOM: Pierwszy
TŁUMACZ: Alina Siewior-Kuś
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
Angelini Shoe Company od 1903 roku szyje eleganckie ślubne pantofelki. Teraz znajduje się na krawędzi bankructwa. Zadaniem Valentine Roncalli jest wprowadzenie staroświeckiego rękodzieła w dwudziesty pierwszy wiek i uratowanie rodzinnej firmy od ruiny. Jedzie, więc do Włoch, by tam nauczyć się nowych technik i znaleźć wyjątkowe materiały. W Toskanii, Neapolu i na Capri poznaje rodzinną tajemnicę, a także odkrywa w sobie artystkę.
„W stylu Valentine” to niezwykła uczta dla czytelnika, historia o miłości i stracie opowiedziana z serdecznością oraz poczuciem humoru. [1]

RECENZJA
Są momenty, gdy bardzo dużo książek z rzędu u mnie to powieści lekkie. Nie wstydzę się tego. Praca i problemy w życiu bywają momentami tak ciężkie, że czytanie czegoś ambitniejszego, co wymaga ode mnie więcej uwagi jest zbyt trudne. Seria o Valentine Roncalli na taki okres wydawała się idealna, a na dodatek pogoda za oknem nie kusiła, żeby wyjść na spacer.

Valentine Roncalli pochodzi z włoskiej rodziny, która od kilku pokoleń żyje w Ameryce, a konkretnie w Nowym Jorku. Poznajemy ją podczas wesela jej najmłodszej siostry Jaclyn. Valentine ma trzydzieści trzy lata i jako jedyna ze swojego rodzeństwa nie ma jeszcze męża i dzieci. Pracuje w warsztacie szewskim swojej babci, gdzie robią ślubne buty na zamówienie. Każda z par butów jest jedyna i niepowtarzalna, bo robiona jest dla konkretnej osoby. Valentine wydaje się, że w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi, gdy spada na nią jak grom z jasnego nieba informacja, że zakład jest ogromnie zadłużony i grozi mu sprzedaż. Valentine może stracić nie tylko miejsce pracy, ale również mieszkanie. Kobieta nie chce do tego dopuścić, bo wizja powrotu do zawodu nauczyciela jest dla niej koszmarem. Chce za wszelką cenę uratować biznes, który jej rodzina prowadzi do 1903 roku. Na drodze ma dwie przeszkody: brak pieniędzy na spłatę długi oraz rodzonego brata Alfreda, który ze wszystkich sił chce doprowadzić do sprzedaży nieruchomości, która mieści się w jednej z lepszych części Manhattanu. Czy wyjazd do Włoch, gdzie Valentine będzie się uczyć techniki robienia butów i ich ozdabiania pomoże jej wykorzystać jedyną szansę na uratowanie rodzinnego biznesu?

Valentine przez rodzinę uważana jest, jako ta zabawna. Jej brat Alfred określany jest, jako ten perfekcyjny, siostra Tess, jako zaradna a Jaclyn, jako ta piękna. Ojciec stwierdził, że ona, jako jedyna z czwórki jego dzieci musi walczyć o wszystko sama. Nie dostaje od życia nic za darmo. Nawet pożyczkę, której udzielił jej brat (prywatnie) musiała spłacać z pewnym oprocentowaniem. Wyróżnia ją jednak zdeterminowanie. Chce stanąć na głowie, aby ratować zakład. To mi się w niej bardzo podobało. Ogólnie bardzo polubiłam tę postać. Jest wykreowana bardzo naturalnie. Nie jest idealnie piękna, a przeciętnej urody. Nie ma idealnej rodziny – jej rodzina jest typowo włoska, gdy się kłócą to na cały głos. Jak każda dziewczyna z sąsiedztwa Valentine ma swoje problemy miłosne. Kilka lat temu rozstała się ze swoim narzeczonym Bretem, ale dalej utrzymują ze sobą przyjazne kontakty – to właśnie on, a brat, stara się jej pomóc w uratowaniu rodzinnego biznesu. W końcu jednak i do Valentine zaczyna się uśmiechać szczęście w miłości. Przypadkiem poznaje przystojnego włoskiego kucharza Romana, który podobnie jak ona urodził się w Ameryce. Roman prowadzi w Nowym Jorku typową włoską restaurację, która cieszy się dużym powodzeniem. Mężczyzna niestety poświęca jej zbyt dużo czasu, olewając tym samym swoją dziewczynę. Podczas pobytu we Włoszech przechyla się szala goryczy i dla Valentine wszystko inne przestaje mieć znaczenie tylko poznawanie technik robienia butów. Czy przystojny Gianluca zmieni jej życie? I jeśli tak to, w jaki sposób?

Adriana Trigiani stworzyła bardzo ciekawych bohaterów, którzy sprawiają, że powieść jest kolorowa i pełna temperamentu. Są bohaterowie, których lubi się od razu, np. mama Mike czy babcia Valentine. Jednak znajdzie się kilka postaci, które należą do tych negatywnych, jak na przykład Alfred. Moim zdaniem jedyny brat naszej głównej bohaterki wstydzi się rodziny, z której pochodzi i pracując na Wall Street oraz zarabiając znaczne pieniądze próbuje to zatuszować. Jego ojciec nigdy nie miał zbyt dużej ilości pieniędzy, ale rodzina, Valentine nigdy nie klepała biedy. Alfred na każdym kroku pokazuje, że on ma pieniądze i on sponsoruje leczenie ojca chorego na raka. Na każdym kroku to wypomina, a siostrom za nic nie pozwala się dołożyć. Nie polubiłam Alfreda. To postać bardzo negatywna i tworząca wokół siebie złą atmosferę.

„W stylu Valentine” jest książką bardzo zabawną, ale również lekką – o czym wspomniałam we wstępie tej recenzji. Czytało mi się ją bardzo dobrze, ale niestety szczegółowe opisy zbyt mnie nużyły. Jest ich momentami za dużo. Nie obyło się również bez literówek, których było zdecydowanie za dużo jak na książkę o takiej ilości stron (równe 400). Akcja również nie pędzi jak szalona. Wyjazd do Włoch jest dopiero, gdy jesteśmy w ¾ książki. Muszę przyznać, że to też przyjemna odmiana, bo z reguły zmiany w życiu bohaterów w książkach nadchodzą bardzo szybko, a tu autorka zostawiła to na sam koniec.

Ja osobiście wam polecam, jeśli szukacie czegoś na relaks i odrobinę śmiechu w trakcie czytania. Dialogi rodziny Roncalli pozwalają czasem wybuchnąć głośnym śmiechem. Jest to zwariowana książka, ale da się w niej znaleźć proste przesłanie: na miłość nigdy nie jest za późno. Nawet, jeśli jest się osiemdziesięcioletnią wdową. Miłość zawsze odejmuje lat!

 „Miłość układa się tylko wtedy, kiedy obie strony zaczynają wspólne życie, niczego nie poświęcając. Nikt nie powinien rezygnować z siebie dla drugiej osoby. Ludzie tak robią, ale to ich nie uszczęśliwia na dłuższą metę.”~ Adriana Trigiani, W stylu Valentine, Warszawa 2010, s. 371.
OCENA: 7/10

W grudniu nie chcę Was zasypywać recenzjami ciężkich książek. Postaram się, aby w tym miesiącu pokazywały się recenzje tylko tych lżejszych i zabawnych :). 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 14 września 2019

579. Katarzyna Michalak - "Wiśniowy Dworek"


AUTOR: Katarzyna Michalak
SERIA: Trylogia Jabłoniowa
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Literackie
OPIS
W Wiśniowym Dworku, gdzieś pod litewską granicą, mieszka Danusia. Jest nauczycielką w wiejskiej szkole i nie wyobraża sobie życia w wielkim mieście, pełnym spieszących się ludzi.
Na warszawskim Mokotowie mieszka Danka. Jest przebojową biznesmenką w międzynarodowej korporacji i nie wyobraża sobie życia na wsi, gdzie życie toczy się powoli, a jego rytm wyznacza przyroda.
Te dwie kobiety pozornie dzieli wszystko, ale łączy jeden sekret. I tajemniczy mężczyzna, który przybył z przeszłości, by odebrać to, co do niego należy... [1]

RECENZJA
Do tej pory pamiętam traumę, jaką miałam po przeczytaniu „Nie oddam dzieci!”. To była droga przez mękę. Postanowiłam jednak nie skreślać twórczości Katarzyny Michalak po jednej książce. Dlatego po ponad czterech latach próbuję przekonać się ponownie do tej autorki.

Danusia Wrzesień jest nauczycielką w niewielkiej wsi pod litewską granicą. Szkoła mieści się w uroczym domu, którzy przed wojną należał do rodziny Mielewskich. Danusia mieszka na poddaszu szkoły i jest szczęśliwa ze swojego życia. Nie zdaje sobie sprawy, że gdzieś w Warszawie żyje pewna bizneswoman o tym samym imieniu – Danka Lucińska. Jest ona dyrektorem firmy zarządzającej nieruchomościami. Te dwie kobiety łączy nie tyko to samo imię, ale również pewien tajemniczy mężczyzna, który prowadzi swoją grę mającą na celu spotkanie ze sobą tych dwóch kobiet.

Przede wszystkim nie wiem, co autorce przyświecało, że nazwała obie kobiety tak samo. Zwłaszcza jak potem pokazała, co je łączy (osobiście sam wątek uważam za ciekawy, ale źle poprowadzony). Mnie, gdy obie bohaterki w końcu się poznały z początku trochę się myliły. Danka tu, a za chwilę Danusia. Danusia jest osobą spokojną i łagodnie idącą przez życie. Lubi swoją pracę nauczycielki oraz Wiśniowy Dworek, w którym mieszka. Posiada aż ośmioro rodzeństwa. Przy jej narodzinach zmarła matka. To właśnie najmłodszej latorośli Wrześniów przypadła opieka nad zrzędliwym ojcem, który nigdy nie pogodził się ze śmiercią ukochanej żony, a najmłodszej córce nie umiał okazać odrobiny rodzicielskiej miłości, a z rodzeństwem nawiązanie kontaktów było utrudnione, ponieważ dzieliło ich mniej więcej około trzydziestu lat. Danusia urodziła się, gdy jej rodzice dobiegali do pięćdziesiątego roku życia. Mimo szarego pod względem miłości rodzicielskiej dzieciństwa wyrosła na kobietę, która kocha świat i ludzi. Danka z kolei to jedynaczka, która studia skończyła w Danii. Jest wychuchaną córeczką rodziców. Pracuje w międzynarodowej firmie zarządzającej nieruchomościami w Warszawie. Przez życie idzie jak burza. Jest pewna siebie i niczego w życiu jej nie brakuje.

O postaciach głównych czy też drugoplanowych nie ma sensu więcej mówić, bo wszystkie są tak samo płaskie i jednowymiarowe. U Katarzyny Michalak, albo ktoś jest krystalicznie dobry, albo jest diabłem wcielonym. No może wyjątkiem tu jest Daniel, który jako bohater zdecydowanie przypadł mi do gustu, ale nawet jego złe uczynki autorka usiłowała usprawiedliwiać. W sumie „Wiśniowego Dworku” nie czytało mi się źle, a wręcz byłam całą historią mocno zaciekawiona, bo wierzcie mi lub nie miała ona potencjał tylko, że został on zduszony w zarodku. Katarzyna Michalak chciała mieć po prostu za dużo grzybów w jednym barszczu, który na dodatek gotowała w za małym garnku. W powieści, która ma prawie trzysta stron próbowała upchnąć wątki: kryminalne, obyczajowe, romantyczne oraz sensacyjne. Sami widzicie, że jak na taką ilość stron, (która powstała tylko, dlatego, że wydawnictwo zafundowało nam naprawdę wielką czcionkę w tej książce) jest tego stanowczo za dużo. Gdyby każdy z tych wątków odpowiednio rozwinąć i nie ograniczać się do tego, żeby iść „po łebkach” ta książka może byłaby grubsza, ale miałaby większy sens. Po prostu trzeba było jej poświęcić więcej czasu i zrobić trochę większy reaserch odnośnie pewnych tematów.

Katarzyna Michalak ma również ogromną wyobraźnię. W jej głowie wszystko jest takie proste i przejrzyste. A widać, że pewne tematy są jej po prostu obce. Już pomijam fakt ciąży w wieku prawie lat pięćdziesięciu, bo o różnych historiach świat słyszał i to mnie nawet nie zdziwiło. Potem w związku z tą ciążą pewien motyw był naciągany, ale na siłę bym w niego jeszcze uwierzyła. Ale kiedy Daniel wchodzi do mieszkania Danki nagle ma do niego klucze, bo je sobie dorobił. Jak? Owszem jest masa sposobów na dorobienie klucza bez jego posiadania, ale mężczyzna nawet się na ten temat nie zająknął. Wmawianie kryminaliście i złodziejowi, że jest dobry? To może zrobić tylko Katarzyna Michalak. Nie, Daniel wcale nie był dobry i nie ważne, że próbowano go wykreować na współczesnego Robin Hooda. Kradł i powinna go spotkać za to zasłużona kara, a nie wieczne usprawiedliwianie w oczach czytelniczek. Stworzenie portalu w Polsce i sprzedanie go za milion? Banał! Kto z nas tak nie robił? Sami widzicie, że ta książka jest pełna absurdów, na które wolała poświęcać czas pani Michalak niż sprawienie, żeby powieść miała jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości…

Podsumowując: ta książątka nie kosztowała mnie tyle nerwów, co poprzedniczka, ale też mnie nie porwała. Jest napisana lekko – to fakt, ale również infantylnie – niestety. Pomysły są słabe i nierealne jak na kogoś, kto ogłaszany jest wszem i wobec królową powieści obyczajowych.
„Gdy dostajesz od losu coś bezcennego, pragniesz cieszyć się tym jak najdłużej. Jeżeli jest to miłość chcesz zatrzymać ją do końca swoich dni. To przecież naturalne.” ~ Katarzyna Michalak, Wiśniowy Dworek, Kraków 2012, s. 128.
OCENA: 4/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

środa, 12 czerwca 2019

564. Cassandra Clare - "Miasto popiołów"


AUTOR: Cassandra Clare
ORYGINALNY TYTUŁ: City of Ashes. The Mortal Instruments – Book Two
SERIA: Dary Anioła
TOM: Drugi
TŁUMACZ: Anna Reszka
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  MAG
OPIS
Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela. Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi, jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą martwe ciała zabitych Nocnych Łowców. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Nocnych Łowców, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również Darów Anioła, trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich. Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli Dary Anioła. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, która niemal na zawsze zniszczyła tajemny świat Nocnych Łowców. I mimo że od śmierci Valentine`a, Nocnego Łowcy, który rozpoczął wojnę, minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął... [1]

RECENZJA
Sporo czasu minęło, od kiedy czytałam „Miasto kości”, ale w końcu udało mi się wrócić do „Darów Anioła”. Pierwszy tom nawet mi się podobał, więc od drugiego oczekiwałam tylko by mnie nie zanudził i nie spełniło się, że następny zawsze zawodzi.

Valentine uciekł, Jace i Clary nie mogą być razem, bo dowiedzieli się, że są rodzeństwem. Na dodatek chłopak według Instytutu w Nowym Jorku nie nazywa się Wayland, a Morgenstern i za to został wrzucony do więzienia w Cichym Mieście, czyli miejscu odosobnienie dla Nocnych Łowców, którzy oczekują na przesłuchanie lub wykonanie kary. Trafił tam, ponieważ Nocni Łowcy obawiają się, że stoi on po stronie Valentine. Z kolei, Clary mieszka u Luke’a, który nadal jest dla niej jak ojciec. Ona i Simon próbują wieść normalne życie w Nowym Jorku, ale świat cieni nie pozwala im o sobie zapomnieć…

Muszę przyznać, że w drugi tom wchodziło mi się bardzo ciężko. Nie wiem czy to nie jest wina tego, że po pierwszym miałam miesiąc przerwy. Jednak będąc mniej więcej w połowie zaczęłam czuć się zaciekawiona. Pojawiło się więcej akcji, nowe postaci, które dodawały powieści charakteru. Podziwiam Clare za wyobraźnię, że nie pogubiła się w wykreowanym przez siebie świecie. Do tego trzeba ogromnego skupienia, żeby nie pomieszać nawet najdrobniejszego elementu, który zagorzałemu fanowi nie umknie. Ja wielkim fanem tej serii już wiem, że nie będę, więc niedociągnięcia w niuansach mogły mi umknąć.

Trochę byłam zawiedziona, ponieważ brakowało mi w tym tomie śmiesznych tekstów Jace’a. Było ich kilka, a w pierwszym tomie było ich zdecydowanie więcej, przez co całą pierwszą część się śmiałam. W otwierającej książce, czyli w „Mieście Kości” Clary tak mnie nie denerwowała. W tej miałam ochotę udusić ją gołymi rękoma. Wszędzie była pierwsza, a tak naprawdę najmniej mogła pomóc w walce, bo była zwykłą Przyziemną z krwią Nocnych Łowców, ale nigdy nie była szkolona w tym kierunku. Owszem posiadała pewne niezwykłe zdolności, ale w walce z demonami przydałaby się jakakolwiek umiejętność posługiwania się bronią. Jej ciągłe narażanie się było irytujące i ja się zastanawiam, jakim cudem Alec jej nie zabił?

Odniosłam wrażenie, że drugi tom był odrobinę słabszy od pierwszego. Nie jakoś znacząco, ale tak troszkę. Bardzo trudno szło mi wchodzenie w tę książkę. Trochę szkoda, bo sądziłam, że stanę się fanką tej serii, a już wiem, że będzie mi ona po prostu obojętna.

 „Jeśli naprawdę coś kochasz, nie starasz się zatrzymać tego na zawsze. Musisz temu czemuś pozwolić się zmieniać.”~ Cassandra Clare, Miasto popiołów, Warszawa 2009, s. 430.
OCENA: 6/10

Hejo! 
Ja się urlopuję, ale na tyle, że w zasadzie nadrabiam seriale, a książki leżą gdzieś z boku ;). Wcale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze to robić wszystko w zgodzie ze sobą. 
Lecę gotować obiad :) 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi ze strony lubimyczytac.pl

niedziela, 13 stycznia 2019

549. Jojo Moyes - "Srebrna Zatoka" [recenzja przedpremierowa]


AUTOR: Jojo Moyes
TYTUŁ ORYGINALNY: Silver Bay
TŁUMACZ: Nina Dzierżawska
ROK WYDANIA: 2019
WYDAWNICTWO:  Między Słowami

OPIS
Liza nie zamierza oglądać się za siebie. Czasami lepiej nie myśleć o przeszłości. Właśnie, dlatego znalazła swój azyl nad malowniczą Srebrną Zatoką, w dzikiej części australijskiego wybrzeża, gdzie można obserwować delfiny, a coroczne pojawienie się humbaków jest dla miejscowych świętem.
Mike zjawia się tam nieproszony. Przyjeżdża z wielkiego miasta i uosabia wszystko, do czego Liza starała się uciec: nowoczesność, biznes i bezwzględną korporację.
Wraz z jego przybyciem urokliwy, spokojny świat staje się zagrożony. By go ocalić, Liza musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ucieczka zawsze jest dobrym rozwiązaniem oraz…
… czy można pokochać kogoś, kto wydaje się naszym największym wrogiem? [1]

RECENZJA
Dla mnie Jojo Moyes i jej książki są zawsze gwarancją dobrej lektury i poruszenia trudnych tematów w sposób subtelny, ale dający do myślenia i pozostawiając w czytelniku pewien ślad po zakończonej lekturze. Dlatego bez zastanowienia sięgnęłam po wznowienie jednej z jej powieści pod tytułem „Srebrna Zatoka”

Kathleen Mostyn ma siedemdziesiąt sześć lat i prowadzi w Australii hotel o dźwięcznej nazwie „Srebrna Zatoka”. W wieku siedemnastu lat złowiła olbrzymiego rekina szarego żarłacza. Do tej pory nikt tego osiągnięcia nie pobił. Kate ma siostrzenicę lizę, która ma córkę Hannah. Obie pojawiły się w „Srebrnej Zatoce” pewnego dnia mocno poturbowane przez los. Ich przeszłość z Anglii sprawiła, że Liza nie pozwala córce na wiele rzeczy w tym na opuszczenie Australii nawet na wycieczce szkolnej do Nowej Zelandii. Pewnego dnia w ich hoteliku pojawia się Mike Domer, który ma za zadanie zdobyć pozwolenie na budowę luksusowego kurortu tuż obok „Srebrnej Zatoki”. Liza od początku trzyma go na dystans i nie widzi w nim za wiele dobrych cech. Jaką tajemnicę skrywa kobieta? Co połączy ją z Mikem? Czy inwestycja, o którą walczy mężczyzna dojdzie do skutku sprawi, że naturalny szlak migracyjny wielorybów i delfinów przestanie istnieć?

„Srebrna Zatoka” prowadzona jest z perspektywy sześciu bohaterów: Kathleen, Hannah, Lizy, Mike’a. Grega i Monici. Dzięki temu dostajemy szerszy pogląd na całą historię. Lepiej poznajemy postaci i ich losy. Mnie osobiście najmniej do gustu przypadł Greg. Nie podobało mi się to, w jaki sposób traktował i próbował zdobyć Lizę. Młoda kobieta z początku również nie budziła mojej sympatii, ale wraz z rozwojem sytuacji, gdzie lepiej poznajemy nie tylko ją, ale również jej przeszłość docenia się jej odwagę, hart ducha i zaangażowanie w ochronę wielorybów i delfinów. Hannah jest cudownym dzieckiem. Nie było opcji, żeby nie przypadła mi do gustu. Jest bardzo mądrą jedenastoletnią dziewczynką, która rozumie o wiele więcej niż myślą dorośli i ją też przeszłość z Anglii boli, ale nie może o tym rozmawiać z ukochaną mamą, bo wie, że sprawi jej tym przykrość.

Historia przedstawiona przez Jojo Moyes jest piękna i wzruszająca. Jak dla mnie to jej najlepsza książka, którą do tej pory czytałam. To powieść o odnajdywaniu prawdziwego siebie, o tym, że prawdziwa miłość zawsze zwycięży i nie ważne czy będzie musiała czekać na to rok czy pięćdziesiąt lat. To historia kobiety, która w swoim życiu przeżyła wiele i straciła też wiele, ale w końcu i do niej los się uśmiecha i podaje dobre karty do gry w życie. W końcu oddaje jej to, co myślała, że na zawsze utraciła.

Początkowo, gdy czytałam o wielorybach i delfinach myślałam, że będę znudzona tym wątkiem. Jednak ochrona tych mądrych stworzeń jest ważnym elementem książki i otwiera czytelnikowi oczy na ten problem. Ten wątek sprawiał, że bohaterowie pokazywali się nam z zupełnie innej strony, z tej, z której ich o to nie podejrzewaliśmy i nie spodziewaliśmy się tego po nich. To naprawdę piękne, w jaki sposób Moyes połączyła te wszystkie wątki i związała je w jedną całość tak, że czytelnik po odłożeniu książki nie wie, co ze sobą zrobić.

Muszę przyznać, że płakałam przy czytaniu tej książki. Gdy poznawała historię Lizy moje oczy zachodziły łzami, bo wiedziałam, że nie jest to tylko postać z książki. Takich Liz jest na świecie miliony. Jest wiele kobiet, które musiały znosić to, co ona. Przy zakończeniu również płakałam, bo Jojo Moyes pięknie oddała emocje Lizy w tak ekstremalnej sytuacji. Czułam jej ból, niesprawiedliwość, wściekłość, ale również wdzięczność za odzyskanie tego, co myślała, że utraciła. Polubiłam ją, jako postać. Jojo Moyes stworzyła kobietę z krwi i kości.

Jak zawsze Moyes mnie nie zawiodła. Ta książka to dobry kawałek literatury. Jojo Moyes zawarła w niej całą paletę emocji. Sprawiła, że angażowałam się w sprawy bohaterów, kibicowałam im i wściekałam się na nich. Dla mnie sprawia to, że jest to książka bardzo, ale to bardzo dobra. Czytajcie, bo jak nie to foch!

OCENA: 9/10
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Między Słowami
I tak o to prezentuje się recenzja ostatniego egzemplarza recenzenckiego w historii Kreatywnej Alternatywy. Już kiedyś pisałam, że więcej nie będzie, ale znalazło się kilka książek, które mnie zainteresowały. Z racji przeprowadzki niestety jestem zmuszona się z tego wycofać ;). Uwierzcie mi, że dobrych książek do recenzji mi nie braknie, bo mam sporą swoją biblioteczkę ;) a i pewnie złe też się znajdą. 
Trzymajcie się ciepło!
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

piątek, 4 stycznia 2019

547. Cecelia Ahern - "Pora na życie"


AUTOR: Cecelia Ahern
TYTUŁ ORYGINALNY: The Time Of My Life  
TŁUMACZ: Barbara Jaroszuk
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Świat Książki
OPIS
Lucy Silchester mieszka z kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydzą się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Pewnego dnia, po powrocie pracy, znajduje na podłodze złotą kopertę, a w niej zaproszenie. Na spotkanie z Życiem. Swoim.
Brzmi to może dziwnie, ale Lucy czytała o całej sprawie w jakimś czasopiśmie. Tak czy owak nie potrafi ustalić daty spotkania – jest zbyt zajęta narzekaniem na pracę, wystawianiem do wiatru znajomych i unikaniem rodziny. Jaj życie nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się, jako jej Życie, powtarzanym z uporem półprawdom grozi kompromitacja. Lucy musi nauczyć się mówić prawdę o tym, co jest dla niej naprawdę ważne. [1]

RECENZJA
Po przeczytaniu „Love, Rosie” (inny tytuł „Na końcu tęczy”) wiedziałam, że prędzej czy później znowu zapoznam się z twórczością Ceceli Ahern. I biorąc się za czytanie „Pory na życie” wiedziałam, że będą tylko dwa wyjścia: albo będę zachwycona albo książka będzie rozczarowaniem miesiąca. Mimo to z wielką chęcią i ochotą zabrałam się za czytanie.

Główna bohaterka powieści „Pora na życie” jest Lucy Silchester. Ma kota o imieniu Pan Pan (dlaczego tak? Tego dowiecie się jak przeczytacie książkę). Mieszka w wynajętej kawalerce. Od trzech lat nie jest ze swoim chłopakiem. Lucy jest też nagminną kłamczuchą. Kłamie w każdej chwili swojego życia. Śmiem stwierdzi, że nawet, kiedy śpi to kłamie. Pewnego dnia dostaje list z zaproszeniem na spotkanie swojego Życia…

Dobra przyznam się, że ja i Lucy kompletnie się nie polubiłyśmy. Bardzo mnie irytowała tym swoim marudzeniem i zachowaniem. Nie umiała sama siebie ogarnąć. Nie zdawała sobie sprawy, że swoimi kłamstwami i ucieczkami rani nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. W życiu plecie się różnie i ja to wiem, ale Lucy sama rujnowała swoje, gdy uważała się za wiecznie nieszczęśliwą i niezrozumianą przez świat.

Był jeden moment, kiedy solidaryzowałam się z Lucy. Jej sytuacja z tatą była okropna. Trochę ją rozumiem, bo ja też walczę z tatą, żeby akceptował moje wybory, że to ja muszę przeżyć swoje życie. I owszem nie jestem jeszcze obrzydliwie bogata (i w sumie wątpię, żebym kiedykolwiek była), nie mam nieziemsko przystojnego i bogatego faceta (w to też w sumie wątpię, że taki egzemplarz mi jest pisany, ja tam się zadowolę zwykłym, normalnym mężczyzną – jakby, kto pytał), że zamiast znaleźć normalną pracę byłam na stażu (szukałam cały czas pracy, ale to wcale nie jest takie proste, a ja miałam kredyt do spłacenia, więc lepszy staż niż nic). Rozumiałam to, gdy jej własny ojciec powiedział jej prosto z mostu, że go zawiodła, że marnuje swoje życie i hańbi jego nazwisko. Było mi jej wtedy żal. Owszem w pewnej kwestii miał rację, bo Lucy zachowała się nieodpowiedzialnie, ale wieczne wypominanie też nie jest niczym dobrym.

Ogólnie doceniam pomysł Ahern. Motyw na spotkanie własnego życia jest dla mnie bardzo oryginalny, ale nie twierdzę, że chciałabym spotkać swoje Życie w postaci mężczyzny z krwi i kości. Za takie atrakcje to ja serdecznie podziękuję. To nie na moje nerwy, bo Życie Lucy było dość upierdliwe, więc myślę, że moje nie byłoby wiele lepsze.

Spodziewałam się, że zostanę wciągnięta w książkę, a ja czuję się trochę rozczarowana. Oczekiwałam czegoś więcej. Po prostu brakowało mi w książce tego czegoś, co by ją zdefiniowało. Ja po prostu wiem, że pod koniec roku jak będę tworzyła podsumowanie to patrząc na tytuł będę zastanawiała się, o czym ona była. No trudno, może inne pozycje Ahern bardziej mnie zadowolą.

"Nigdy tak naprawdę nie przestaniesz pamiętać o czymś, co zrobiłeś, choć, jak dobrze wiesz, nie powinieneś. Takie rzeczy pałętają się w twojej świadomości, snują się po jej obrzeżach niby złodziej przeprowadzający rekonesans przed skokiem. Widujesz je, jak teatralnie czają się obok w pasiastej czerni i bieli i chowają za skrzynką pocztową, gdy znienacka się odwracasz, by stawić im czoło." ~ Cecelia Ahern, Pora na życie, Warszawa 2014, s. 9.
OCENA: 6/10
Daję Wam jedną ze starszych recenzji jakie posiadam. Chciałam wrzucić dziś podsumowanie roku, ale niestety nie wyrobiłam się, więc w przyszłym tygodniu z pewnością je dostaniecie. 
Od jakiej lektury zaczęliście rok 2019? Ja od "Syrenki" Camilli Lackberg ;) 
Całusy
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

niedziela, 2 grudnia 2018

541. Joanna Szarańska - "Anioł na śniegu"


AUTOR: Joanna Szarańska
SERIA: Cztery płatki śniegu
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Czwarta Strona

OPIS
Pełna ciepła, radości i wzruszeń opowieść o rodzinnej bliskości.
Gdy na girlandach migoczą lampki, a bombki błyszczą wszystkimi kolorami, mieszkańcy miasteczka czują magię świąt. To czas przebaczenia i domowego ciepła, kiedy najbardziej cieszą drobiazgi, a codzienne nieporozumienia przestają być ważne. W ten wyjątkowy, wigilijny wieczór nikt nie powinien być sam. Bo najcenniejsze, co mamy, to czas spędzony razem.
Pachnąca piernikami i jodłą kontynuacja Czterech płatków śniegu, które tysiące czytelniczek znalazły pod choinką. [1]

RECENZJA
Po zakończeniu „Czterech płatków śniegu” nic nie mogło mnie powstrzymać przed kontynuacją, czyli „Aniołem na śniegu”. Już tęskniłam za tymi wszystkimi postaciami, więc prędko zabrałam się do lektury.

Akcja książki dzieje się rok później. Znowu mamy grudzień, znowu są przygotowania do świąt, a w tym wszystkim bohaterowie niby pamiętają o co chodzi, ale jednak nie do końca. Po wydarzeniach z „Czterech płatków śniegu” między postaciami narodziła się pewna więź i sympatia. Zuza, Anna, Monika i Marzena to przyjaciółki. Jednak każda z nich ma swoje problemy, o których nie chce mówić pozostałym. Zuzanna nie wie, dlaczego Kajetan krąży wokół banku i co takiego chce jej kupić na święta, że potrzebuje z tego powodu wziąć kredyt. A przynajmniej tak myśli kobieta, że chodzi o prezent dla ukochanej żony. Monika cały czas walczy z teściową, której zmiana na ostatnich stronach poprzedniej książki była tylko pozorna i dalej pozostaje teściową z koszmarów. Marzena ma problem, bo do tej pory jej życie z Maciejem i córeczką Stasią było bajką, ale teraz wywróci się o 180 stopni. Do Anny z Wielkiej Brytanii wraca Waldemar, który nie rozpoznaje żony. To nie była już oszczędna Ania, którą on sobie wychował, a kobieta pewna siebie, pracująca i do tego wcale nieoszczędzającą na każdym kroku. A w tym wszystkim jest jeszcze pani Michalska, której ktoś próbuje wmówić chorobę starczą i utratę pamięci. Co w tym roku przyniesie Wigilia mieszkańcom bloku przy ulicy Weissa?

Czuję się jednak trochę rozczarowana, ponieważ historia jodełki, która zjednoczyła w poprzedniej części mieszkańców bloku wiąże się z przeszłością Wacława Malinowskiego i żałuję bardzo, że nie dostaliśmy jego przemyśleń i jego problemów w trakcie całej książki. To, co zrobił ten mężczyzna było bardzo nieodpowiedzialne, a karę musiał płacić za to przez całe życie. Miałam wrażenie, że historia jego i jodełki jest wstawiona do tej książki trochę na siłę.

„Anioł na śniegu” to ciepła kontynuacja „Czterech płatków śniegu”. Te same postaci, inne problemy, ale przekaz jak zawsze jeden: razem damy sobie radę ze wszystkim. Nie warto robić tajemnicy ze swoich smutków przed najbliższymi, bo ci, którzy nas kochają zawsze nam pomogą i wyciągną do nas pomocną dłoń.

„Anioł na śniegu” podobał mi się odrobinę mniej niż pierwszy tom. Owszem był śmieszny, ale to już nie była ta sama magia, co wcześniej. Czegoś mi brakowało. Dalej uwielbiam styl Joanny Szarańskiej i nie zmienię zdania odnośnie przeczytania innych jej książek.

OCENA: 7/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 26 listopada 2018

540. Joanna Szarańska - "Cztery płatki śniegu"


AUTOR: Joanna Szarańska
SERIA: Cztery płatki śniegu
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Czwarta Strona

OPIS
Gwiazdka za pasem, w powietrzu pachnie makowcem, goździkami i zieloną choinką. Mieszkańcy małego miasteczka myślą już o przygotowaniach świątecznych, ale na drodze lepienia uszek i łańcuchów choinkowych staną im rodzinne perypetie. Zabiegani zapomną, co naprawdę liczy się w świętach. Na szczęście ktoś im o tym przypomni...
Ten wyjątkowy czas skrzyżuje ze sobą drogi małżeństwa posądzającego się wzajemnie o zdrady, młodej mamy zmęczonej dobrymi radami teściowej, sknery, którego żona marzy o dziecku, kobiety samotnie wychowującej córeczkę i pewnego przystojnego mężczyzny. Wśród codziennych problemów trudno się zatrzymać i po prostu cieszyć wspólnymi chwilami, ale w miasteczku mieszka ktoś, kto pomoże im na nowo odkryć magię świąt. [1]

RECENZJA
Święta za miesiąc, więc uznałam, że to idealny moment na poczytanie książek właśnie w tym klimacie. Na pierwszy ogień poszła seria Joanny Szarańskiej pod tytułem „Cztery płatki śniegu”, a dokładniej rzecz ujmując pierwszy tom.

W pewnym mieście w bloku przy ulicy Weissa mieszka kilka rodzin, które są dla siebie całkiem obce. Oprócz grzecznościowych powitań na klatce schodowej nic o sobie nie wiedzą. Wśród nich jest małżeństwo Zuzanny i Kajetana, którzy nie są pewni wierności drugiej połówki. Jest również młoda mężatka Monika, która od kilku miesięcy jest mamą syna Piotrusia i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że macierzyństwo trochę przerasta młodą kobietę, a dobrych rad szuka w poradnikach dla matek, a na dodatek ma na karku teściową dobrą radę. Inna para to Anna i Waldemar. Anna marzy o dziecku, ale Waldemar jest strasznym sknerą i od kilku lat zwodzi żonę odnośnie potomstwa. Mężczyzna potrafi godzinami płakać za źle wydaną złotówką, więc posiadanie dziecka przy takim mężu jest dla Anny mało realne. Ostatnią rodziną, o jakiej czytamy jest mała Stasia i jej mama Marzena. Dziewczynka cierpi, ponieważ ze względu na swoje imię ma spore problemy z adaptacją w nowej klasie. Na dodatek cały czas ma wrażenie, że jest za mało idealna dla swojej mamy, bo gdyby była to mama nie pracowałaby od rana do nocy na kasie w supermarkecie. A pieczę nad lokatorami, o których czytamy trzyma niezastąpiona i bezapelacyjnie moja ulubiona postać w tej książce, czyli pani Michalska samozwańcza dozorczyni bloku, której nieodłącznym atrybutem jest siejąca postrach miotła. Jest to jednak kobieta, która w przeszłości przeżyła ogromną tragedię. Jej historia ścisnęła moje serce. Nie wiem czy po takim dramacie kiedykolwiek pomyślałabym pozytywnie o świętach Bożego Narodzenia. Ta kobieta odnalazła w sobie siłę oraz nadzieję i postanowiła spróbować…

Joanna Szarańska stworzyła książkę, którą czyta się szybko, bo zajęła mi tylko jeden dzień, ale jest to zasługa nie tylko lekkiego pióra, ale również barwnych postaci, bo jak można nie śmiać się z Zuzy i Kajtka, gdy robią podchody do sprawdzenia czy jedno drugiego nie zdradza. I te ich miłosne rozterki. Albo jak można nie wściekać się na skąpego Waldemara, który chce oszczędzać na wszystkim – nawet na własnym dziecku. Nie wiem, co Anna w nim widziała w młodości, ale musiała być bardzo ślepa, albo bardzo zakochana. W tej książce jest cała masa momentów, dialogów, z których śmiałam się do łez. Piór autorki jest idealne jak dla mnie! Pisze lekko, ale nie prześmiewczo o tym, co powinno być ważne dla ludzi nie tylko w czasie świąt, ale przez cały rok.

Wzruszyłam się, gdy czytałam tę książkę. Końcówka jest bardzo poruszająca i dająca nadzieję nie tylko bohaterom, ale również nam, czytelnikom. Powieść „Cztery płatki śniegu” to moja pierwsza styczność z twórczością Joanny Szarańskiej, ale wiem też, że nie ostatnia. Za moment sięgam po „Anioła na śniegu”, a w następnym roku po serię z Kaliną. Niech ten akapit będzie rekomendacją dla tej świątecznej powieści.

OCENA: 8/10

Za miesiąc święta, więc to dobry czas, żeby wprowadzić siebie i bloga (przede wszystkim siebie) w okres świąt Bożego Narodzenia :) 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi ze strony Wydawnictwa Czwarta Strona

poniedziałek, 12 listopada 2018

538. Jane Austen - "Rozważna i romantyczna"


AUTOR: Jane Austen
ORYGINALNY TYTUŁ: Sense and Sensibility
SERIA: Angielski Ogród [Świat Książki]
TŁUMACZ: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Świat Książki

OPIS
Po śmierci męża pani Dashwood wraz z dziećmi opuściła ukochany dom i zamieszkała w posiadłości Barton. Dwie z jej córek - panny na wydaniu - choć różne pod względem charakterów, tak samo szukają szczęścia i miłości. Uczuciowa, impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury, co ona. Łagodna i rozważna Eleonora odda serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym - zamiast prawdziwych uczuć - rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety… [1]

RECENZJA
Z klasyką literatury nigdy nie było mi po drodze. W końcu jednak postanowiłam to zmienić i od czasu do czasu sięgam po książki, które na stałe wpisały się w historię literatury, które od wielu lat zachwycają miliony czytelników na całym świecie. Tym razem postanowiłam zabrać się za „Rozważną i romantyczną” Jane Austen. Słyszałam, że jest to powieść specyficzna, ale mimo to i tak postanowiłam ją przeczytać. Na dodatek w moim posiadaniu jest piękne wydanie ze Świata Książki, na które mogę patrzeć godzinami.

Dwie siostry: Eleonora i Marianna to główne bohaterki powieści Jane Austen. Eleonora jest tytułową rozważną, która nad porywy serce ceni odpowiedzialność i roztropność, przez co uważana jest za osobę chłodną. Marianna to typ romantyczki, dla której porywy serca są ważniejsze niż rozsądne rady umysłu. Mimo takich różnic siostry są sobie bardzo bliskie i każda z nich na swój sposób pragnie miłości. Niestety urodziły się w czasach, gdzie nie liczą się uczucia, a pieniądze i pozycja społeczna. To właśnie te dwie rzeczy determinują, kto jest idealnym kandydatem na męża/żona, a nie uczucie dwójki ludzi.

Każda z sióstr przeżywa swój mały dramat miłosny. Jane Austen pokazała dwa rodzaje rozczarowań. Jedno to tłumienie w sobie i nie okazywanie zranienia całemu światu. Z kolei panna Marianna rozpacza i jest pewna, że to, co ją spotkało to istny koniec świata i już nigdy nikogo nie pokocha, bo dla niej prawdziwie można kochać tylko raz.

To, co dało się zauważyć w powieści to, że Jane Austen pokazywała nam bardziej wszystko z perspektywy spokojnej i rozważnej Eleonory. Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie, ale rozdziały zawierają wiele przemyśleń starszej z sióstr. Można z tego wywnioskować, że autorka bardziej była za Eleonorą i to jej postawa były jej bliższe w życiu codziennym. Nie oznacza to również, że potępiała impulsywność i romantyczność Marianny. Możliwe, że autorce chodziło o pokazanie tego, że podejmowanie decyzji pod wpływem impulsu nie jest dobre, że lepiej na spokojnie rozważyć wszystkie za i przeciw.

Miałam w trakcie czytania książki kilka momentów, kiedy czułam się lekko znudzona i nie miałam jej ochoty czytać. Muszę przyznać, że po przeczytaniu pierwszych stu stron byłam zachwycona, ale potem im dalej w strony tym wszystko mi się dłużyło. Nie znaczy to, że nie doceniam tej książki, bo w ostatecznym rozrachunku bardzo mi się ona podobała i z pewnością za jakiś czas sięgnę po inne książki Austen.
 „Ani okoliczności, ani czas nie decydują o stopniu znajomości. Istotne jest tylko usposobienie danego człowieka. Są ludzie, którym i siedem lat nie wystarczy, żeby się nawzajem poznać, dla innych siedem dni to za wiele.”~ Jane Austen, Rozważna i romantyczna, Warszawa 2014, s. 58.
OCENA: 7/10

Witajcie! 
Dziś kolejna recenzja, ale pracuję nad postem z o nazwie "Książki do, których chciałabym wrócić". Myślę, że w przyszłym tygodniu się pojawi ;) 
Pozdrawiam,
Lady Spark 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

piątek, 19 października 2018

535. Dorota Gąsiorowska - "Karminowe serce"


AUTOR: Dorota Gąsiorowska
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Między Słowami
OPIS
Kiedy Laura trafia do urokliwej cukierenki, której właścicielka od lat ręcznie wyrabia pachnące łakocie, nie może oprzeć się magii tego miejsca. Aromat czekolady i kolorowe pękate słoje z żurawiną i migdałami przyprawiają ją o zawrót głowy.
Laura boi się jednak, że ani przeprowadzka i nowy dom wśród wrzosowisk, ani bliskość magicznej cukierenki nie ukoją bólu po tym, co stało się kilka lat wcześniej. Wtedy ktoś, kto wydawał się jej bliski, sprawił, że serce Laury pękło, a jakaś część jej samej odeszła na zawsze.
Dziewczyna nie podejrzewa jednak, że właścicielka cukierni skrywa pewien sekret…
Czy magia tego miejsca i życzliwi ludzie pomogą Laurze odzyskać nadzieję? I czy to prawda, że złamane serce może jeszcze pokochać – a nawet dwa razy mocniej? [1]

RECENZJA
Po przeczytaniu dwóch książek Doroty Gąsiorowskiej wiedziałam, że jest to autorka z potencjałem. Nie wpisała się w listę moich ulubionych autorek powieści obyczajowych, ale ze wspomnień związanych z jej lekturami pamiętam, że dobrze odnajdywałam się w tym, co tworzyła. Dlatego zdecydowałam się przeczytać jej najnowszą powieść „Karminowe serce”.

Graficzkę Laurę poznajemy w dniu jej wyjazdu z Warszawy do Bukowej Góry. Kobieta kupiła tam dom, który wyremontowała i w końcu mogła opuścić stolicę i przykre wspomnienia, które jej towarzyszyły w tym mieście. Laura głęboko wierzy w to, że w nowym miejscu uda się jej ułożyć życie bez złych wspomnień. W Bukowej Górze szybko dociera do przyjemnej cukierenki „Złote Serce”, gdzie poznaje Hanię i jej synka Michała oraz rodziców kobiety Rozalię i Gabriela. W jej życiu pojawiają się dwaj mężczyźni. Czy któryś z nich pokona mur, który wybudowała wokół siebie Laura? Czy kobieta w Bukowej Górze odzyska szczęście? Czy przeszłość w końcu przestanie wywoływać u niej napady paniki? Na te pytania czytelnik znajdzie odpowiedź na stronach powieści.

Los nie oszczędzał Laury, to, co przeszła kobieta można śmiało określić, jako piekło na ziemi. Jestem w podziwie, że kobieta podniosła się po tym wszystkim, że prowadziła normalne życie. Bolały mnie w tej historii dwie rzeczy: po pierwsze na początku czułam, że autorka za bardzo odwleka w czasie wyjawienie prawdy o przeszłości kobiety, a po drugie, gdy już w końcu zaczęła odsłaniać karty czułam się zawiedziona tym, że było to tak krótko opowiedziane. Pozostał mi pewien niedosyt, ale zakończenie historii powaliło mnie na kolana i byłam bardzo mocno zaskoczona, ale pozytywnie. Dorota Gąsiorowska zrobiła to, czego oczekiwałam od niej, jako autorki sprawiła, że rozpłakałam się jak dziecko. Laura wiele czasu poświęca na rozwiązywanie problemów innych ludzi, bo to pozwala jej nie myśleć o własnej przeszłości, o problemach i demonach, które niestety powracają do niej w snach.

Bardzo się cieszę, że „Karminowe serce” przeczytałam w październiku, bo właśnie ten miesiąc jest Miesiącem Budowania Świadomości o zespole Downa. Dorota Gąsiorowska nie uczyniła z Hani tylko samotnej matki Michała, ale dodała jej do balastu chorobę synka, czyli zespół Downa. Nie ukrywam byłam lekko zaskoczona, bo nie często spotyka się to w książkach. Odważny, ale również bardzo ważny krok, który bardzo doceniam. Autorka pokazała chłopca, jako zwykłe dziecko, które z powodu swojego wyglądu jest dyskryminowane przez rozwinięte społeczeństwo. To krzywdzące, bo gdyby dać tym dzieciom szansę i przede wszystkim zrozumienie nie musiałaby się czuć gorsze od swoich rówieśników.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona książką, bo naprawdę wiele w niej ciepła i dobroci. Podczas czytania czułam się bardzo dobrze i przede wszystkim marzyłam, żeby do niej wrócić. Chciałam ją czytać i czas spędzony przy niej to był dobry relaks, który pozwolił mi zapomnieć o wszystkich trapiących mnie problemach. Zdecydowanie polecam!

"Niestety, rzadko, kiedy życie jest piękną niespodzianką zapakowaną w kolorowy papier. Dużo częściej przypomina szary znoszony pulower, który jesteś zmuszona ubierać każdego dnia, bo zwyczajnie nie stać cię na inny." ~ Dorota Gąsiorowska, Karminowe serce, Kraków 2018, s. 102.
OCENA: 8/10
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Między Słowami

Witajcie! 
Wiem, że powinnam wcześniej do Was napisać po poście Tea, jak dalej będzie wyglądała Kreatywna Alternatywa, ale chciałam dać Wam czas do przeczytania jej wpisu, a potem przyszła nocna zmiana i wtedy w zasadzie nie ma się życia. Taki post będzie, ja Wam to obiecuję, bo mam kilka pomysłów na posty. Napiszę go w przyszłym tygodniu. Teraz zostawiam Was z recenzją świetnej książki i uciekam jeść kolację! 

Pozdrawiam,
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki