Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amber. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 marca 2018

497. "Urzeczenie" czy sprytne oszustwo?


AUTOR: Connie Brockway
TYTUŁ ORYGINALNY: So Enchanting    
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Przed kilku laty urzekająco piękna Francesca odnosiła triumfy na londyńskich salonach, jako sławne medium, dopóki lord Greyson, nieprzejednany demaskator spirytystycznych szalbierstw, nie oskarżył jej o oszustwo. Niedługo potem dziewczyna zniknęła. Nagle rozchodzą się pogłoski o „czarownicy” z północy. Grayson wyrusza do Szkocji… i spotyka Francescę – kobietę, o której nigdy nie zdołał zapomnieć i która teraz jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. [1]

RECENZJA
Lubię romanse historyczne i wcale się z tym nie kryję, bo każdy ma prawo lubić coś innego. „Urzeczenie” już kiedyś i wiem, że w jakiś sposób musiało mi się podobać, bo kojarzyłam postaci i fakty po spojrzeniu na okładkę. Postanowiłam ją sobie przypomnieć.

Francesca Brown była żoną mężczyzny, który uważał, że jest w stanie kontaktować się ze zmarłymi osobami. Podczas jednego z takich seansów, jako parę oszustów demaskuje ich lord Greyson. Mąż kobiety ucieka z kochaną a potem ginie przejechany przez pociąg w Paryżu lub Orlando (sama autorka tego nie wie, bo są podane dwie różne nazwy). Sama Fanny dostaje propozycje od dawnego sąsiada jej rodziców, aby zaopiekowała się jego córką, która według mężczyzny posiada pewne paranormalne zdolności, a Brown powinna to doskonale rozumieć. Kobieta zgadza się i razem z Amelią wyjeżdżają do Szkocji, gdzie po kilku latach odnajduje je Greyson, który szuka ‘czarownicy’ z północy.

Romanse mają to do siebie, że mają bardzo przewidywalne zakończenie i tego wcale się nie czepiam, bo przecież o to w nich chodzi. Po prostu szukam w nich czegoś, co mnie przyciągnie. Czasami może być to styl, którym posługuje się autor, a czasem wystarczy zabawny bohater lub śmieszne, słowne utarczki między głównymi postaciami, jak np. w „Mistyfikacji” czy „Kłopotliwym długu księżnej”. W „Urzeczeniu” też to było, ale wyczuwałam pewnego rodzaju sztuczność. Nie przekonało mnie to do siebie.

I coś, za co drastycznie obniżyłam ocenę. Ta pomyłka z miejscem śmierci męża Fanny. To Orlando czy w końcu Paryż? Dobrze by było, żeby sama autorka to wiedziała, bo może nagle okaże się, że mąż żyje i Fanny wcale nie jest wdową i wtedy mężulek będzie rogaczem? Bardzo, ale to bardzo nie lubię (chyba nikt tego nie lubi), kiedy autor gubi się w swojej książce. Dla mnie jest to znak, że książka była pisana na kolanie i czytelnicy nie są dla pisarza ważni, bo według niego łykną wszystko jak kaczor kluchy. To nie robi dobrego wrażenia, a ja, jako czytelnik poczułam się rozczarowana.

W zasadzie niczym specjalnym ta książka się nie wyróżnia. Podobała mi się też średnio ta cała fabuła. Na dodatek Amelia jest postacią tak naiwną i irytującą, że ja bardzo wiele razy przewracałam przy tej książce oczami. Całe szczęście, że postaci nie da się wyjąć z książki i jej zabić, bo u mnie w pokoju leżałaby już całkiem spora kolekcja trupów.

Romans jak romans. Nic specjalnego. Jeden wieczór i po książce.
"Pragnienia serc nie spełniają się tak łatwo." ~ Connie Brockway, Urzeczenie, Warszawa 2009, s. 295.

OCENA: 5/10

Wiecie, co?
Dobrze, że jesteście :)

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 31 lipca 2017

428. "Blask snów" bez blasku

AUTOR: Jayne Ann Krentz
TYTUŁ ORYGINALNY: Fired Up     
TŁUMACZ: Anna Krochmal
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Przed wiekami genialny alchemik stworzył przedmiot, który mógł obdarzyć tego, kto się poddał jego działaniu, niezwykłymi nadnaturalnymi talentami lub… obłędem i naznaczyć nimi kolejne pokolenia.
Jack Winter wierzy, że jest dotknięty rodzinną klątwą. Dręczą go koszmary, coraz słabiej panuje nad swą parapsychologiczną mocą. Ratunek zapewni mu odnalezienie tajemniczego dzieła przodka. Lecz potrzebuje pomocy kobiety po szczególnych zdolnościach. Bez niej nie zdoła powstrzymać swej niepokojącej przemiany. I wydanego na siebie wyroku śmierci… [1]

RECENZJA
Zasiadając do tej książki nie miałam żadnych wygórowanych oczekiwań. Miałam po prostu odpocząć po przebytej chorobie. Spodziewałam się romansu z lekkim wątkiem parapsychologicznym, ale to, co dostało mnie tylko przybiło. Już wiem, dlaczego nie przepadam za tego typu połączeniami w książce. Romans i fantastyka nie idą w parze i ta powieść to idealne potwierdzenie.

Prolog opowiada nam scenę napaści na młodą kobietę, którą z opresji ratuje mężczyzna władający nadprzyrodzonymi mocami. Młoda dziewczyna określa go „Demonem”. Od razu odkryłam, kto jest tym bohaterem. Nie było żadnego najmniejszego śladu zaskoczenia na mojej twarzy, gdy to się potwierdziło. Jednak miałam nadzieję, że całość będzie dalej mniej przewidywalna. Jak się okazało złudne były moje oczekiwania.

Poznajmy prywatną detektyw Chloe Harper, która jest znawcą antyków. W pierwszym rozdziale daje próbkę swoich możliwości, mocy i talentu, bo mówi od razu, że egipska statuetka o falsyfikat. Milczy jednak, że wykonał go jej przodek niejaki Norwood Harper, dodatkowo, że potrafi precyzyjnie datować przedmioty (jedna z tajemniczych zdolności), a na dodatek Chloe pochodzi z długiej linii znawców sztuki i antyków. Tego samego dnia po powrocie do biura poznaje Jacka Wintersa, który prosi ją o pomoc w odnalezieniu rodzinnego przedmiotu – pewnej tajemniczej lampy. Jack jest przekonany, że ciąży na nim rodzinna klątwa, którą zapoczątkował Nicholas Winters. Głównego bohatera dręczą koszmary, ma halucynacje, zaniki pamięci i nie panuje nad swoją parapsychologiczną mocą. Według legendy może się uwolnić od tej klątwy przez tajemniczą lampę i kobieta, która przez swoje nadprzyrodzone zdolności będzie umiała pomóc mu wykorzystać moc przedmiotu. Chloe podejmuje się tego zadania. Jednak nie jest do końca przekonana czy owa legenda jest prawdziwa. Ona i on wiedzą, że istnieje coś takiego jak Towarzystwo Wiedzy Tajemnej, które prowadzone jest przez niejakiego Fallona Jonesa, który w teorii i zgodnie z opisem miał być wrogiem Jacka, a okazał się jego całkiem dobrym kolegą. Przyznam szczerze, że Winter miał obsesje na punkcie, że Jones chce go zabić. Był wręcz przewrażliwiony.

W międzyczasie oczywiście między bohaterami pojawia się pewna nić pożądania i to w zasadzie od samego początku, czyli od pierwszego wejrzenia, co było tak przewidywalne, że tylko sobie westchnęłam. Skoro już mowa o wątku miłosnym to nic nie jest takie jak powinno, bo nagle w życiu Harper pojawia się jej były facet, który nie wierzy w jej parapsychologiczne zdolności. Chloe pomaga mu zdobyć dowody na jego studentkę, z którą nawiązał romans. Przyznam szczerze, że to było bardzo słabe i nudne.

Czułam, że nie wszystko rozumiem w tej książce. Potem okazało się, że jest ona częścią pewnego cyklu, co znacznie to rozgrzeszyło, ale gdy przeczytałam, że zaczyna ta powieść „Trylogię o Blasku Snów” to się zirytowałam. Skoro jest to początek tej sagi to, dlaczego nie zostało wszystko w niej wyjaśnione jeszcze raz? Skoro ktoś zaczyna przygodę z jakąś serią i czyta, że to początek to chce mieć cały obraz sytuacji, a nie tylko połowiczny i domyślać się, o co chodzi. Za to ogromny minus.

Jedyny plus jest za to, że czyta się szybko. Rozłożyłam sobie książkę na dwa dni i dokładnie w takim czasie ją przeczytałam, a pewnie gdybym miała dla niej jeden dzień bez żadnych ważniejszych zobowiązań też by mi się to udało. Mimo wszystko jest ona nudna, a na dodatek przewidywalna na wskroś. Wiedziałam, kiedy Chloe wpadnie w tarapaty, wiedziałam, co będzie na końcu. Autorka nie zaskoczyła mnie niczym. Coś mi mówi, że w drugiej części, którą mam nie będzie wcale lepiej. Ale nim do niej usiądę to sporo wody upłynie w mojej miejskiej rzeczce.

„To kolejna z twoich zasad. Masz ich tyle, że doprawdy nie wiem, jak sobie z tym radzisz. Zawsze uważałam, że zasady odbierają życiu całą radość i spontaniczność." ~ Jayne Ann Krentz, Blask snów, Warszawa 2010, s. 91.
OCENA: 4/10

Nowy tydzień przed nami! Ja zaczynam swoje pierwsze nocne zmiany w pracy... Czyli oby do soboty rana :P. Pozdrawiam, 
Lady Spark


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 19 czerwca 2017

413. Danielle Steel dalej mnie rozczarowuje... - "Światło Południa"

AUTOR: Danielle Steel  
TYTUŁ ORYGINALNY: Southern Lights
TŁUMACZ: Barbara Grabska – Siwek
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Amber
OPIS
Przejmująca i pełna czułości opowieść o rozbitej i połączonej na nowo rodzinie, o winie i przebaczeniu, przesycona chłodem sal sądowych Manhattanu i ciepłem amerykańskiego Południa.
Minęło jedenaście lat, odkąd Alexa opuściła Charleston, uciekając prze bólem, jaki zadał jej mąż, i okrucieństwem jego bogatej rodziny. Zdołała zapomnieć o przeszłości – wychowuje siedemnastoletnią córkę i pracuje, jako zastępca prokuratora okręgowego w Nowym Jorku.
Anonimowe groźby, jakie zaczyna dostawać podczas procesu seryjnego mordercy, burzą jej spokój. W obawie o bezpieczeństwo swojego dziecka Alexa podejmuje najtrudniejszą decyzję: zawozi dziewczynę do rodziny byłego męża, do świata, w którym sama doznała tyle krzywd. Nie wyobraża sobie nawet, jak bardzo odmieni to życie jej i jej córki. [1]

RECENZJA
Mam jakiegoś pecha do powieści Danielle Steel. Żadna do tej pory mnie nie zachwyciła. Były albo średnie albo też kompletnie złe. Cóż może następnym razem…

Alexa Hamilton jest zastępcą prokuratora okręgowego w Nowym Jorku. Dostaje do prowadzenia sprawę Luke’a Quentina, który jest byłym więźniem i od dwóch lat przebywa na wolności. Policja szukała go za popełnienie wielu gwałtów i morderstw pierwszego stopnia. Alexa mocno angażuje się tę sprawę. Jednak pewnego dnia odkrywa, że ktoś grozi jej siedemnastoletniej córce Savannah. Decyduje się wysłać dziewczynę do Charlestonu, gdzie mieszka jej ojciec ze swoją żoną i dziećmi. Tom Beaumont jest największą dupą wołową, jaką miałam okazję spotkać. Chociaż… Dobra jedną z dwóch. To, co w przeszłości zrobił swojej byłej żonie Aleksie zakrawa o chęć wykastrowania gościa. Serio. Po tym, co ona dla niego zrobiła i jak traktowała jego rodzinę powinien mieć trochę więcej godności i honoru.

Nic dziwnego, że kobieta ma obawy przed posłaniem córki do ojca, ale jest gotowa chronić ją za wszelką cenę. Savannah również niechętnie wyjeżdża od matki. Są ze sobą bardzo zżyte i mocno związane. A to wszystko przez to, że przez dziesięć lat miały tylko siebie. To Alexa wychowywała dziewczynę, a jej ojciec pojawiał się zaledwie kilka razy do roku. Nie ma również nic dziwnego w tym, że Alexa nienawidzi swojego byłego męża. Jednak najgorsze jest to, że chciała, aby jej córka postępowała dokładnie tak samo jak ona. W Charlestonie Savannah poznaje rodzinę ojca, którą pamięta jak przez mgłę, a jej relację macochą są żywcem wzięte z baśni o Kopciuszku.

W sumie to spodziewałam się, że życie Savannah zmieni się w jakiś diametralny sposób, że wpadnie w jakieś złe towarzystwo. Zacznie robić jakieś głupie rzeczy. Może gdyby tak było to ta powieść zyskałaby zdecydowanie więcej akcji i polotu, bo tak była nudna. Dla Savannah to z pewnością była pełna nauki i pojednania z wieloma sprawami wyprawa. Odkrycie własnych korzeni i więzi z pewnymi osobami było dla niej nowym doświadczeniem, ale jednocześnie oczyszczającym. Największą jednak przemianę przeszła Alexa, która w końcu odnalazła spokój ducha.

W tej książce wszystkiego było mało. Mało było anonimów do Savannah, mało było procesu sądowego, który i tak został lepiej opisany niż ten w powieści pani Michalak „Nie oddam dzieci!”. Mało było jakiejkolwiek akcji. Bohaterowie też nie byli jacyś pierwszoplanowi. Zła do szpiku kości Luisa, dobra Alexa i jej cudowna córka Savannah oraz nijaki Tom.

Jedyne, co na plus zapisuje tej powieści to fakt, że nie przewidziałam, z kim na końcu będzie Alexa. Naprawdę obstawiałam coś zupełnie innego. No i ta historia między Alexą a Tomem. Coś takiego była wstanie wymyślić tylko Danielle Steel. Jakoś nie przypadała mi ona do gustu. Pachniało tanim romansem na kilometr. I czy ta rodzina została tak na nowo połączona? Śmiem wątpić i nie do końca jestem o tym przekonana.

„Nie zdołasz posunąć się naprzód, dopóki nie pogrzebiesz przeszłości, udręka i ból wciąż są w tobie żywe." ~ Danielle Steel, Światła Południa, Warszawa 2011, s. 179.
OCENA: 3/10

Nawet nie wiem co Wam napisać. Nic u mnie specjalnego się nie dzieje. Praca, dom, praca, dom. Trochę ciężko mi się czyta książki. Ten stan trwa od lutego. No sama nie wiem, co się dzieje. 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 21 listopada 2016

330. Jakaś "Nieodparta siła" odpychała mnie od tej książki...

Znalezione obrazy dla zapytania nieodparta siła danielle steel
AUTOR: Danielle Steel
TYTUŁ ORYGINALNY: Irresistible Forces  
TŁUMACZ:  Maciejka Mazan
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Meredith i Steve są szczęśliwym małżeństwem. Od czternastu lat nie przestaje ich łączyć miłość i przyjaźń, choć oboje pochłania również kariera zawodowa. Ona pracuje na Wall Street, on jest wziętym chirurgiem w nowojorskim szpitalu. Pewnego dnia Meredith dostaje propozycję atrakcyjnej posady w San Francisco. Wyjeżdża do Kalifornii, gdzie wkrótce ma do niej dołączyć mąż. Rozłąka przedłuża się jednak niespodziewanie i wyzwala niezrozumiałe, niepokojące siły, którym żadne z nich nie potrafi się przeciwstawić…[1]

RECENZJA
Ogólnie to lubię książki Danielle Steel. Są lekkie i często bardzo życiowe. Cóż z „Nieodpartą siłą” jest zupełnie inaczej. Po prostu ona mnie nie porwała. Była nudna i irytująca jak główna bohaterka książki

Meredith i Steve od czternastu lat są szczęśliwym małżeństwem. Cały czas się kochają jak na początku ich związku. Jest sielsko i anielsko. Lekką rysą na ich idealnym związku jest to, że nie posiadają dzieci. Ona jest pracownicą firmy, która wprowadza przedsiębiorstwa na rynek akcji i praktycznie każdą wolną chwilę spędza w pracy, a on jest zastępcą ordynatora chirurgii urazowej w szpitalu w Nowym Jorku. Są piękni, młodzi i bogaci, czyli idealni.

O Steve nie dowiadujemy się wiele z wyjątkiem tego, że jest mężem idealnym. Chce dogodzić Meredith ze wszystkich sił i dlatego zgadza się na wyjazd do San Francisco. Z kolei jego urocza żona to zimna i zapatrzona w swój sukces kobieta.  Gdy rozważała propozycję pracy w nowym miejscu brała pod uwagę uczucia i karierę Steva. Jednak, gdy już się tam znalazła, a oni musieli przez jakiś czas prowadzić związek na odległość w znacznie większym stopniu niż to miało miejsce do tej pory uważa, że mąż powinien zrozumieć jej pracę! Meredith jest wyrachowana i oziębła. Nie w sobie nic ciepła. Na dodatek okłamuje ukochane w ważnej dla nich kwestii.

Przez pierwsze sto stron w książce wieje taką nudą, że programy z cyklu „Dlaczego ja” mają więcej emocji! Wynudziłam się jak pies podczas czytania zachwytów Meredith nad jej nowym klientem Calem, który potem okazuje się jej nowym pracodawcą w San Francisco. Drogie Steva i Meredith rozmijają się. Taka sytuacja doprowadza i jedno i drugie do pewnych rzeczy, które nieodwracalnie zmieniają ich wspólne życie. Jednak początek wlecze się jak flaki z olejem. Byłam bardzo rozczarowana i głównie z tego powodu wystawiam tak niską ocenę. Miałam również wrażenie, że to nie jest styl autorki, który poznałam do tej pory. Miejscami miałam wrażenie, że książka napisana jest na siłę, a dialogi i opisy sztuczne. Im dalej w książkę tym akcja trochę nabiera rozpędu, ale Meredith dalej jest irytująca. Ja całym sercem kibicowałam jej mężowi. Naprawdę należy on do gatunku ludzi, których się lubi, bo jest normalny. Natomiast jego żona to osoba, którą od razu ustawia się wśród wyższych sfer lub też arystokracji. Jest nienaganna i tym samym chłodna oraz daleka.

Steel zazwyczaj porusza w swoich książkach ważne tematy. Tutaj pokazuje związek na odległość i to jak ludzie oddalają się od siebie podczas rzadkich spotkań, gdy praca przesłania im wszystko. Zarówno Meredith jak i Steve przez czternaście lat gonili za swoimi zobowiązaniami zawodowymi. Odnosiłam jednak wrażenie, że to właśnie kobieta była w znaczniej mierze pracoholiczką. Owszem żyła w świecie zdominowanym przez mężczyzn, ale jej mąż ratował życia innym ludziom, a mimo wszystko znacznie częściej potrafił dostać wolne i wskoczyć w samolot. Meredith ustawiła go tak jak chciała, a on to zaakceptował.

Pewnych zachowań bohaterów nie akceptuję, bo nic ich nie usprawiedliwia. Nie mogę zdradzić szczegółów, bo wtedy powiedziałabym sporo o całej powieści, ale uwierzcie mi, że jedno i drugie w pewnym momencie postąpiło okropnie. Zachowywali się jak dzieciaki, ale mimo wszystko większą winę za wszystko – w mojej opinii – ponosi Meredith.

Podsumowując, książka jest przeraźliwie słaba. Akcja na początku jest ospała i czytelnik modli się o jakąkolwiek akcję, ale ostatecznie jej nie dostaje. Postacie są idealne, cudowne i kochane, a tak naprawdę irytujące i przyprawiające o mdłości. Na dodatek czasami zachowujące się jak dzieci, którymi już dawno nie są. Zwłaszcza Meredith, która na początku narysowana jest, jako kobieta silna i niezależna, a tak naprawdę jest, kim zupełnie innym. Po prostu nie polecam.

„O życiu lepiej się rozmawia w nocy, jakby w zawieszeniu między dwoma światami. Ten na zewnątrz wydaje się czasem dziwny jak film o obcej planecie. Ten wewnętrzny łączy ludzi w bardzo dziwny sposób. Jakby żyli na samotnej łódce na środku oceanu. " ~ Danielle Steel, Nieodparta siła, Warszawa 2009, s. 140.

OCENA: 2/10

Nie liczcie, że będziecie czytać same dobre recenzje. Czasem i ja potrzebuję się wyładować w recenzji. A Smoczyca Bez Serca Lady Spark ucieka do pracy. Buźka! 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 15 lutego 2016

214. Słaby "Blask snów"

AUTOR: Jayne Ann Krentz
TYTUŁ ORYGINALNY: Fired Up     
CYKL: Trylogia Blasku Snów
TOM: Pierwszy
TŁUMACZ: Anna Krochmal
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Przed wiekami genialny alchemik stworzył przedmiot, który mógł obdarzyć tego, kto się poddał jego działaniu, niezwykłymi nadnaturalnymi talentami lub… obłędem i naznaczyć nimi kolejne pokolenia.
Jack Winter wierzy, że jest dotknięty rodzinną klątwą. Dręczą go koszmary, coraz słabiej panuje nad swą parapsychologiczną mocą. Ratunek zapewni mu odnalezienie tajemniczego dzieła przodka. Lecz potrzebuje pomocy kobiety po szczególnych zdolnościach. Bez niej nie zdoła powstrzymać swej niepokojącej przemiany. I wydanego na siebie wyroku śmierci… [1]

RECENZJA
Zasiadając do tej książki nie miałam żadnych wygórowanych oczekiwań. Miałam po prostu odpocząć po przebytej chorobie. Spodziewałam się romansu z lekkim wątkiem parapsychologicznym, ale to, co dostało mnie tylko przybiło. Już wiem, dlaczego nie przepadam za tego typu połączeniami w książce. Romans i fantastyka nie idą w parze i ta powieść to idealne potwierdzenie.

Prolog opowiada nam scenę napaści na młodą kobietę, którą z opresji ratuje mężczyzna władający nadprzyrodzonymi mocami. Młoda dziewczyna określa go „Demonem”. Od razu odkryłam, kto jest tym bohaterem. Nie było żadnego najmniejszego śladu zaskoczenia na mojej twarzy, gdy to się potwierdziło. Jednak miałam nadzieję, że całość będzie dalej mniej przewidywalna. Jak się okazało złudne były moje oczekiwania.

Poznajmy prywatną detektyw Chloe Harper, która jest znawcą antyków. W pierwszym rozdziale daje próbkę swoich możliwości, mocy i talentu, bo mówi od razu, że egipska statuetka o falsyfikat. Milczy jednak, że wykonał go jej przodek niejaki Norwood Harper, dodatkowo, że potrafi precyzyjnie datować przedmioty (jedna z tajemniczych zdolności), a na dodatek Chloe pochodzi z długiej linii znawców sztuki i antyków. Tego samego dnia po powrocie do biura poznaje Jacka Wintersa, który prosi ją o pomoc w odnalezieniu rodzinnego przedmiotu – pewnej tajemniczej lampy. Jack jest przekonany, że ciąży na nim rodzinna klątwa, którą zapoczątkował Nicholas Winters. Głównego bohatera dręczą koszmary, ma halucynacje, zaniki pamięci i nie panuje nad swoją parapsychologiczną mocą. Według legendy może się uwolnić od tej klątwy przez tajemniczą lampę i kobieta, która przez swoje nadprzyrodzone zdolności będzie umiała pomóc mu wykorzystać moc przedmiotu. Chloe podejmuje się tego zadania. Jednak nie jest do końca przekonana czy owa legenda jest prawdziwa. Ona i on wiedzą, że istnieje coś takiego jak Towarzystwo Wiedzy Tajemnej, które prowadzone jest przez niejakiego Fallona Jonesa, który w teorii i zgodnie z opisem miał być wrogiem Jacka, a okazał się jego całkiem dobrym kolegą. Przyznam szczerze, że Winter miał obsesje na punkcie, że Jones chce go zabić. Był wręcz przewrażliwiony.

W międzyczasie oczywiście między bohaterami pojawia się pewna nić pożądania i to w zasadzie od samego początku, czyli od pierwszego wejrzenia, co było tak przewidywalne, że tylko sobie westchnęłam. Skoro już mowa o wątku miłosnym to nic nie jest takie jak powinno, bo nagle w życiu Harper pojawia się jej były facet, który nie wierzy w jej parapsychologiczne zdolności. Chloe pomaga mu zdobyć dowody na jego studentkę, z którą nawiązał romans. Przyznam szczerze, że to było bardzo słabe i nudne.

Czułam, że nie wszystko rozumiem w tej książce. Potem okazało się, że jest ona częścią pewnego cyklu, co znacznie to rozgrzeszyło, ale gdy przeczytałam, że zaczyna ta powieść „Trylogię o Blasku Snów” to się zirytowałam. Skoro jest to początek tej sagi to, dlaczego nie zostało wszystko w niej wyjaśnione jeszcze raz? Skoro ktoś zaczyna przygodę z jakąś serią i czyta, że to początek to chce mieć cały obraz sytuacji, a nie tylko połowiczny i domyślać się, o co chodzi. Za to ogromny minus.

Jedyny plus jest za to, że czyta się szybko. Rozłożyłam sobie książkę na dwa dni i dokładnie w takim czasie ją przeczytałam, a pewnie gdybym miała dla niej jeden dzień bez żadnych ważniejszych zobowiązań też by mi się to udało. Mimo wszystko jest ona nudna, a na dodatek przewidywalna na wskroś. Wiedziałam, kiedy Chloe wpadnie w tarapaty, wiedziałam, co będzie na końcu. Autorka nie zaskoczyła mnie niczym. Coś mi mówi, że w drugiej części, którą mam nie będzie wcale lepiej. Ale nim do niej usiądę to sporo wody upłynie w mojej miejskiej rzeczce.

„To kolejna z twoich zasad. Masz ich tyle, że doprawdy nie wiem, jak sobie z tym radzisz. Zawsze uważałam, że zasady odbierają życiu całą radość i spontaniczność." ~ Jayne Ann Krentz, Blask snów, Warszawa 2010, s. 91.

OCENA: 4/10


[1] Opis pochodzi z okładki książki

Cześć! W końcu opuściła mnie choroba, która spowodowała mój zastój czytelniczy. Powiedzmy sobie szczerze, że ta pozycja nie pomogła mi go pokonać. No nic idę cieszyć się wolnym. Całusy! 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

189. Jedna bohaterka i dwie historie, czyli „Dwa szczęścia do wyboru”

AUTOR: Taylor Jenkins Reid
TYTUŁ ORYGINALNY: Maybe in another life
TŁUMACZ: Radosław Januszewski
ROK WYDANIA: 2015
WYDAWNICTWO: Amber


OPIS
Co zrobić, gdy ma się 28 lat, a życie nie chce się ułożyć? Gdy mimo studiów ma się dorywczą, złą pracę? Gdy ukochany okazuje się żonatym facetem? Gdy przyszłość jest jak szare, deszczowe chmury? Można wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko jeszcze raz… Ale czy to pomoże? Hannah wraca z Nowego Jorku do Los Angeles. Ma tam tylko przyjaciółkę Gabby. Odnajduje się także jej dawny chłopak z liceum, Ethan. Co czeka Hannah w rodzinnym mieście? To zależy od jej wyboru: czy ze zjazdu absolwentów powróci razem z Gabby, czy pozwoli się odwieźć Ethanowi. Sama nieświadomie zadecyduje, jak dalej potoczy się jej życie. Każda decyzja to inne zdarzenia, inna miłość, inny ból i nadzieja. I zupełnie inne, ale szczęśliwe zakończenia. [1]

RECENZJA
Do kupna książki zachęciła mnie autorka bloga Hugekultura, a konkretniej jej recenzja, która co prawda nie należała do pochlebnych, ale tak mnie zaintrygowała, że postanowiłam zapoznać się z powieścią Taylor Jenkins Reid. W sumie, mając w głowie to, z czym zdążyłam się zapoznać wcześniej, do samej lektury Dwóch szczęść do wyboru nie miałam jakiś większych oczekiwań. Ostatnie dwa miesiące są dla mnie naprawdę bardzo intensywne i szczerze się przyznam, że niezmiernie się cieszę, iż w końcu rok 2015 zbliża się końca! No, ale odbiegam od tematu! Z racji pełnego zawirowań życia postanowiłam postawić na książkę niezobowiązującą, łatwą i lekką. Dwa szczęścia do wyboru idealnie wpisywały się we wszystkie te kategorię.

Hannah znalazła się w takim momencie swojego życia, że potrzebuje zmiany. Ma 28 lat i podczas gdy jej rówieśniczki już od dawna mają mężów i dzieci, ona nie ma nic –  wciąż się przeprowadza, nie ma stałej pracy i właśnie rozstała się ze swoim partnerem, który okazał się być żonatym gościem. Świetna historia do melodramatu prawda? Hannah postanawia coś zrobić – na początku wraca do Los Angeles, w którym spędziła swoje młodzieńcze lata. Tam znów spotyka Ethana – swoją pierwszą miłość. Po pewnej imprezie kobieta staje przed wyborem z kim wrócić do domu – z przyjaciółką, czy mężczyzną, który kiedyś był całym jej światem. Musi zdecydować się na jedną opcję… ale czy na pewno?

O ile na samym początku historia toczy się jednym torem, o tyle po kilkudziesięciu stronach Taylor Jenkins Reid zaczyna prowadzić dwie fabuły. Każda z nich wiedzie niby przez inne zdarzenia, jednak uczucia, które towarzyszą bohaterce są niemal takie same. Cóż, sam pomysł nie byłby taki zły jakby autorka zdecydowała się na coś w rodzaju samoświadomości Hannah – gdyby ta pamiętała, że już raz stawała przed takim wyborem i podjęła wówczas inną decyzję to miałoby jakiś sens. A tak? Dwie historie, które na dobrą sprawę zupełnie nie mają ze sobą powiązania. Taylor Jenkins Reid oddziela fabuły posługując się niezbyt długimi rozdziałami. Niemniej jednak samo zakończenia, które również powinny być różne, bo jednak mamy w nich małe rozróżnienie w bohaterach, łączą się w jeden fragment! Nie wiadomo skąd nagle postacie się zamieniają – sama byłam tym wszystkim tak zdziwiona, że sprawdzałam czy aby na pewno nie przeoczyłam czegoś, ale nie! W moim odczuciu, taki zabiegł był czymś niedopuszczalnym i zrobionym na siłę!

Dwa szczęścia do wyboru to powieść obyczajowa, a ten typ literatury rządzi się własnymi prawami. Nie mamy tutaj akcji, która pędziłaby z szybkością światła. Wszystko toczy się swoimi prawami – nieśpieszne, jednak również nie rozwlekając się. Nikomu nie jest obce, że jestem zwolenniczką trochę innych kategorii, niemniej jednak tutaj z tym wszystkim nie było tak źle. Nie zanudziłam się na śmierć czytając, więc mogę to odebrać jako plus.

Słowem, które najlepiej opisuje Hannah jest niedojrzałość. Tak, to idealnie oddaje, co czułam czytając jej rozważania. Oj, nairytowałam ja się przy niej, nairytowałam! Miałam wrażenie, że czasem na siłę starała się robić z siebie ofiarę, a jej rozmyślania na temat życia momentami sprawiały, iż dostawałam gęsiej skórki – 28 lat i takie zachowania?! Och, ale wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze? Że takich Hannah w dzisiejszych czasach jest na pęczki! „Wierzę, że to jest mi przeznaczone, więc nie będę się starała bo i tak będzie tak jak jest napisane w gwiazdach” - no serio?! Wychodzę z założenia, że każdy jest kowalem swojego losu i do mnie takie infantylne tłumaczenia nie trafiają. Jestem pewna, że Hannah nie zostanie moją ulubioną, książkową bohaterką.

Na sam koniec wspomnę jeszcze oczywiście o języku. Sam w sobie nie jest zły, bo czyta się wszystko dosyć szybko i płynnie. Niemniej jednak, był jeden element, który doprowadzał mnie do szału. Cóż to takiego było? Powtórzenia! Czy tłumacząc książkę bądź przeprowadzając korektę naprawdę nie można była pododawać synonimów? Najbardziej rażące, w moim odczuciu, było w każdym dialogu używanie słowa „mówić” – „on mówi/ ona mówi” i co najgorsze „ja mówię”! Jeśli dialog składał się z szczęściu wypowiedzi w pięciu można było przeczytać właśnie takie kwiatki.

Dwa szczęścia do wyboru nie zaliczę do książek dobrych. Lektura jest przeciętna, bardzo przeciętna. Niemniej jednak w tym momencie właśnie czegoś takie potrzebowałam – niczego zobowiązującego, ambitnego i zmuszającego do głębszych refleksji. Książkę odkładam na półkę i sama już do niej nie wrócę, a czy polecam? Zostawię to do Waszego przemyślenia – jeśli potrzebujecie czegoś lekkiego i nie będziecie się zrażać infantylną Hannah oraz słówkiem „mówić” powtórzonym z milion razy to droga wolna. Jeśli natomiast powieści obyczajowe nie są Waszą bajką to pozycję Taylor Jenkins Reid śmiało sobie odpuście!

„Serca są chyba jak nogi. Zrastają się.” ~Taylor Jenkins Reid, Dwa szczęścia do wyboru, Warszawa 2015, s.226

OCENA: 4/10


Witam! Ponieważ dawno nie było niższych ocen – tadam! Oto i jest! Pozdrawiam
I jak widzicie jest również nowy szablon. Nie wiele się zmieniło, ale od teraz będą to tylko zmiany jedynie w kolorach. Kreatywna ma w końcu stały wystrój :). 

[1]Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

sobota, 8 sierpnia 2015

153. Pożegnanie Mii stało się faktem!

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume X: Forever Princess
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Dziesiąty
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Do końca liceum został Mii zaledwie miesiąc. Przed nią bal maturalny, wielka gala z okazji jej osiemnastych urodzin i pierwsze demokratyczne wybory w Genowii. Brzmi świetnie, prawda? Ale Mia wciąż jeszcze nie wie, na jaki uniwersytet pójdzie, kampania wyborcza jej ojca przebiega fatalnie, a idealny J.P. chyba jednak nie jest tym wymarzonym.
Jak księżniczka rozwiąże wszystkie swoje książęce kłopoty? Czy Michael wróci z Japonii? Czy J.P. zostanie nowym chłopakiem Mii?
Dziewczyny wreszcie dowiedzą się, jak to wszystko się kończy. [1]

RECENZJA
Od ostatniego pamiętnika Mii minęły dwa lata. Dziewczyna dalej uczęszcza do psychologa, zbliżają się jej osiemnaste rodziny i na dodatek bal maturalny, na który Mia krótko mówiąc zupełnie nie ma ochoty. Czy serce księżniczki Genowii bije dla kogoś nowego? Nie jaki J.P. z którym swatała ją swego czasu Grandmere zajął miejsce u jej boku. Amelia na swój sposób kocha tego chłopaka. Jednak czy Amelia zapomniała już o swojej pierwszej wielkiej miłości czyli Michaelu?

Jeśli zaś chodzi o przyjaciół Mii to dalej najlepszą przyjaciółką jest Tina, Lana i jej wierny klon również wspierają Amelię na swój dość dziwny sposób. Lilly toleruje, ale nie rozmawia z księżniczką co ją strasznie boli. Na dodatek ojciec przegrywa w sondażach na premiera Genowii, która z monarchii absolutnej zmieniła się na monarchię konstytucyjną, bo Amelia przedstawiła parlamentowi ważny dokument z XVI w. Nic nie idzie tak jak by chciała. Na dodatek stara miłość po dwóch latach wraca do Nowego Jorku. Czy może być gorzej? J.P. nie okazuje się tym za kogo się podawał. Może i Amelii długo zajęło dowiedzenie się o nim prawdy, ale w końcu do tego doszła i zabolało ją to. Przecież ona też ma uczucia.

Grandmere również nie pomaga jej trzymać się od niego z daleka. Wszystko oczywiście tłumaczy troską o dobro sondaży swojego syna. Jednak każde spotkanie Mii i Michaela kończy się zupełnie inaczej niż dziewczyna sobie planuje. Na dodatek jak ona m się skupić na testach końcowych i jak ma wybrać uczelnie na której ma się uczyć i na Genowię dlaczego nikt nie chce wydać książki księżniczki? Bo o tym nie wspomniałam. Dwuletnia przerwa w pisaniu pamiętnik spowodowana była tym, że Mia pisała swój pierwszy romans i bardzo dokładnie się do niego przygotowywała i nie miała czasu ani głowy na pisanie pamiętnika. Oczywiście swoich szans na wydanie powieści szuka pod pseudonimem, bo chce sprawdzić czy książka ma w sobie to coś co zainteresuje wydawców. Nie chce by została wydana tylko dlatego, że napisała ją JWK Amelia z Genowii. Nie dziwię się jej. Przecież każdy z nas chce być doceniany za to co zrobił, a nie za to kim jest.

Oczywiście interesowało mnie również to czy Mia i Lilly w końcu się pogodzą. Ostatecznie tak się stało i może nie jestem z tego faktu zadowolona, bo przecież nie lubię Lilly to po wpisach Mii dało się wyczuć, że brakowało jej wieloletniej przyjaciółki, która w odróżnieniu od Tiny stąpa twardo po ziemi i nie ma swojej własnej krainy gdzie wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Wpisy z tej części są zdecydowanie bardziej dojrzałe niż poprzednie. Amelia dojrzała! I to dosłownie. Bardzo mi się to podoba. Ma świadomość, że każdy jej krok tak naprawdę jest obserwowany przez wstrętnych dziennikarzy, a także, że każda jej decyzja niesie za sobą nieodwracalne skutki.

Czy polecam ten cały cykl? Oczywiście dorosłym nie (chyba, że podczas czytania ktoś ma ochotę na złość i irytację). Jednak dla dziewczynek jest ona idealna. Przecież każda z nas kiedyś marzyła o tym by być księżniczką, spotkać wspaniałego księcia na białym koniu. Myślę, że podobnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, czy Tomek Wilmowski, to Mia Thermopolis może być wspaniałym początkiem dla przygody z czytaniem i pokazać, że książki to świat pełen magii, bo w książkach możemy się wcielić w każdego bohatera, którego chcemy, a nasza wyobraźnia nie zna granic i jest zdecydowanie lepsza od efektów w kinie.

"- Mam zaakceptować rzeczy, których zmienić nie mogę [...] - I modlić się o odwagę zmieniania rzeczy, które zmienić mogę, i o mądrość, żeby te dwie sprawy od siebie odróżnić" ~ Meg Cabot, "Pamiętnik księżniczki 10 i ostatni: Pożegnanie księżniczki", Warszawa 2009, s. 262.

OCENA: 8/10

Tea rano pojechała, ale Lady nie jest sama. Pozdrawiam z Martittą :). Jeszcaze trochę i sezon urlopowy na Kreatywnej się skończy i będziemy u Was częsciej. Teraz przepraszamy za te przestoje.
Całusy :). 

poniedziałek, 27 lipca 2015

150. Księżniczka dojrzewa

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume IX: Princess Mia
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Dziewiąty
ROK WYDANIA: 2008
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
W życiu Mii wszystko się zmienia: Michael z nią zerwał, najlepsza przyjaciółka nie odpowiada na telefony, rodzice zmuszają ją do wizyt u psychoterapeuty. Księżniczka popada w coraz większe przygnębienie. Pewnego dnia natrafia w ambasadzie Genowii na zagadkowy portret. Nieoczekiwanie okazuje się, że tajemnicza historia zapomnianej genowiańskiej księżniczki może pomóc Mii w jej problemach, a nawet zmienić losy rodu Renaldich! [1]

RECENZJA
No to się podziało! Michael zaproponował tylko przyjaźń, Lilly ubzdurała sobie jakieś fanaberie i ośmiesza Mię na każdym kroku. Jedynymi wiernymi duszami dla Mii są Tina, która pokazała, że naprawdę jest najlepszą przyjaciółką księżniczki i za nic jej nie opuszcza. Co prawda Tina jest lekko naiwna, ale przy tym niesamowicie słodka. Oczywiście jeśli jest i Tina to musi być również Borys jej chłopak, który jest szczery i twierdzi, że Mia ma dopiero szesnaście lat i powinna spotykać się z innymi chłopcami, a w okresach jej depresji gra jej ulubione kompozycje Chopina. Jest również J.P. z którym swatała ją jakiś czas temu jej własna babka.

Amelia musi korzystać z porad psychologa. Innej rady nie ma dla niej nikt z rodziny. Pan Bzik, czyli psycholog Mii jest postacią przezabawną. Nie jest starszym, siwym panem z kozią bródką w białym kitlu, a mężczyzną, który uwielbia westerny i jest kowbojem! Z jego ust pada wiele mądrych słów, które pomagają głównej bohaterce wyjść na prostą co nie jest łatwe, bo jak można otrząsnąć się ze zranionego serca, gdy nagle do drzwi puka nowy mężczyzna? No nie da się!

Zupełnie przypadkiem jednak Mia wpada na zapiski swojej praprapra i tak dalej prababki, która w czasach groźnej dla Genowii zarazy spisała bardzo ważny dekret, który przez czterysta lat spoczywał w miejscu, w którym nikt się go nie spodziewa. Oczywiście Amelia chce mimo wszystko przekonać ojca i babcię, że coś takiego kończenie muszą zgłosić do parlamentu, ale słyszy stanowczy sprzeciw co idealnie pokazuje jakimi ludźmi są politycy. No przecież nie podcina się gałęzi, na której się siedzi! Stop! Nie będę wchodziła na tematy polityczne, bo wyjdzie mi z tego nie mały esej, a chce Wam oszczędzić znużenia. Jednakże, Mia stawia na swoim i informuje świat o swoim odkryciu w dość nietypowy sposób!

Co do Lilly to… powiesiłam ją! Serio! Dla mnie ta postać jest martwa i nie zależnie od tego co zrobi autorka w ostatniej części z tą osobą to ja nigdy nie zapałam do niej sympatią. Pokazała, że nie lubi gdy ktoś się po prostu zmienia i zupełnie przypadkiem okazuje się inną osobą niż była czyli np. okazuje się księżniczką, a nie córką posła z Genowii. Czy zaskoczyła mnie nowa przyjaciółka Mii czyli Lana, która była do tej pory jej największym wrogiem? I tak i nie. Okazała się w porządku osobą, ale przy tym strasznie płytką i ciągle rozmawiającą o kosmetykach.

Dobra część. Myślę, że na równi z pierwszą i ósmą.

"Czasami w życiu zdarza nam się wpaść w taką dziurę, z której człowiek sam nie umie się wydostać. Ale od tego są rodzina i przyjaciele – żeby pomóc. Ale nie zdołają ci pomóc jeśli nie powiesz im, że tam siedzisz. " ~ Meg Cabot, Pamiętnik księżniczki 9: Księżniczka Mia, Warszawa 2008, s.59-60.

OCENA: 7/10

Nie wiem czemu post opublikował się wczoraj... Pewnie coś źle ustawiałam. Wybaczcie to zamieszanie.
Jeszcze jedna Mia przed nami :). Też czasem macie tak, że bierzecie nową ksiązkę i boicie się ją zacząć, bo nie chcecie rozczarować i robicie wszystko byle tylko nie rozpocząć czytania? Ja tak mam. I pytanie czy to ze mną jest coś nie tak? 

wtorek, 7 lipca 2015

145. Związek na odległość? Kompletna katastrofa!

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume VIII: Princess on the Brink
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Ósmy  
ROK WYDANIA: 2007
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Jak się pisze słowo: księżniczka? Tak samo jak: K-A-T-A-S-T-R-O-F-A!
Mia jest nareszcie w trzeciej klasie. Ma z głowy obowiązki przewodniczącej samorządu szkolnego. Więc czemu wszystko zaczyna się nagle walić? Dlaczego każą jej się uczyć rachunku różniczkowego? Przecież udało jej się już przebrnąć przez algebrę i geometrię. I na litość wszystkiego co genowiańskie, czemu Lilly znów wysuwa jej kandydaturę na przewodniczącą samorządu? Ale to i tak nic w porównaniu z nowinami, jakie słyszy od Michaela: jej ukochany wyjeżdża na rok do Japonii! Okazuje się, że Mia może go zatrzymać tylko w jeden sposób... [1]

RECENZJA
Mia po kolejnych wakacjach spędzonych w Genowii wraca do Nowego Jorku by dokończyć naukę w liceum. Skończył się jej okres bycia przewodniczącą szkoły, co daje jej tylko nadzieję, że będzie miała więcej czasu dla Michaela. Co prawda jej najlepsza przyjaciółka Lilly kolejny raz chce wysunąć jej kandydaturę na to samo stanowisko, ale Mia nie bardzo to wszystko widzi. Na dodatek gdy sądziła, że algebra i geometra skończą jej matematyczne męki to nagle pojawia się rachunek różniczkowy i chemia w komplecie. Nic tylko umierać.

I może Mia przeżyłaby to wszystko, bo w sumie perspektywa korepetycji, których mógłby udzielać jej Michael jest kuszącą opcją to jednak również ukochany ma dla niej pewną niespodziankę. Zaprojektował coś co może uratować wielu pacjentom życie, ale by mogło to przynieść odpowiednie rezultaty musi wylecieć na rok lub dłużej do Japonii i zostawić Mię w Nowym Jorku. Bądźmy szczerzy związki na odległość nie sprawdzają się w stu procentach, więc doskonale rozumiem obawy przyszłej władczyni (sama tkwiłam w czymś takim, chociaż odległość była mniej rażąca niż Japonia a Stany Zjednoczone). I gdyby Amelia nie wpadła na jeden głupi pomysł to ta część mogłaby dostać nawet dziewięć gwiazdek. Serio! Bo pierwszy raz od momentu gdy dowiedziała się tego kim jest jej ojciec ona ma prawdzie problemy, a nie te wymyślone w swojej małej główce. Jednak to jakim sposobem chciała zatrzymać Moscovitza. To jak go potraktowała gdy wyznał jej prawdę jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Nie popieram w tej kwestii ani jej ani jego zachowania. Po prostu umiem ją zrozumieć i wczuć się w jej rozczarowanie. W innej kwestii potwierdziła tylko to jak mało spostrzegawczą jest dziewczyną, żeby dopiero teraz zauważyć, że prawdziwą i jedyną miłością jej ojca jest jej własna matka to jak nic świadczy o wadzie wzroku -10 dioptrii.

Autorka kolejny raz pokazała nam, że Mia jest inteligentną, młodą kobietą, która ma świadomość tego jakie niebezpieczeństwa pogodowe i nie tylko czekają na zwykłych ludzi. Pokazuje to podczas kampanii wyborczej gdy wyjątkowo dokładnie jest przepytywana przez Lilly na temat różnych katastrof pogodowych. Cóż jednak gdy wydaje się, że wszystko idzie dokładnie tak jak chciała to nagle wszystko zaczyna się walić i to dosłownie. Nagle traci chłopaka, a w zasadzie to ona z nim zrywa, najlepsza przyjaciółka oskarża ją o zdradę.

Na dodatek to wszystko doprowadza Amelię do drastycznego kroku! Przestaje być wegetarianką. Rozpacz i brak perspektyw na rozwiązanie problemów prowadzą ją do dramatycznego kroku, którym jest jedzenie krówek, świnek i kurczaków.

W sumie to jestem nawet ciekawa jak rozwiąże się sprawa między Lilly a Mią i tylko dlatego przetrwam jeszcze dwie części do końca cyklu, bo w innym wypadku chyba bym sobie darowała.
"Bo kiedy człowiek znajdzie się na dnie, nic go już nie jest w stanie dotknąć." ~ Meg Cabot, Pamiętnik księżniczki 8: Księżniczka w rozpaczy, Warszawa 2007, s. 179.

OCENA: 7/10

poniedziałek, 29 czerwca 2015

143. Walentynki Księżniczki

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume VII and 3/4: Valentine Princess
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Siódmy i trzy czwarte  
ROK WYDANIA: 2006
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
O Boże! Mój chłopak nienawidzi walentynek!
Walentynki to zazwyczaj kwiatki, serduszka i miłość, miłość, miłość. Ale Michael jest zdeklarowanym przeciwnikiem tego komercyjnego święta. Mii pozostało tylko się z tym pogodzić. Jej chłopak nie wyzna jej miłości i nie podaruje walentynki. A może jednak dowiedzie, że jest jej księciem z bajki? [1]

RECENZJA

Ta część nie jest kontynuacją poprzedniej ani nic z tych rzeczy. Po prostu Mia w ferworze pakowania znajduje swój stary pamiętnik z czasów gdy zaczynała chodzić z Michaelem. Oczywiście jak sam tytuł wskazuje głównym tematem kilku dni są walentynki. Nic do tego święta osobiście nie mam, chociaż czasami gdy tego dnia muszę wyjść na miasto i widzę te wszystkie serduszka na witrynach sklepów to mam odruch wymiotny. Zupełnie podobnie jak Michael, który twierdzi, że jest to zupełnie komercyjne święty (ma chłopak rację). Jednak dla młodej dziewczyny, która pierwszy raz ma chłopaka ten dzień jest dość ważny.

Na dodatek wszyscy dookoła mają swoje walentynki. Mama, która została zaproszona na romantyczną kolację przez Pana G. Lilly, która dość otwarcie powiedziała swojemu chłopakowi Borysowi, że to co jej kupił jest kompletnie kiczowate. Nawet największy wróg Mii, czyli koleżanka z roku Lana idzie ze swoim Joshem na bardzo romantyczną kolację. Wszyscy tylko nie Amelia, bo jej chłopak nie znosi walentynek!

Pozostaje tylko jeden problem. Jak przekonać swojego lubego, do tego by w końcu obchodził dzień zakochanych jak każdy normalny nastolatek. Zadania nie ułatwia oczywiście Grandmere, która poznaje jakiegoś szarlatana czy wróżbitę, który przepowiada Amelii uroczy związek z Lewem… Ale zaraz przecież Moscovitz jest Koziorożcem! Jak to możliwe?! Tina jednak z przyjaciółek Mii wierzy w takie rzeczy bardziej niż powinna i podpowiada przyszłej księżniczce idealne sposoby jak przekonać Michaela do tego by spędzili romantycznie ten jeden dzień w roku.

Koniec końców oczywiście Moscovitz przyznaje się czemu tak uważa i to co mówi jest w sumie bardzo logiczne i trzyma się ładu i składu. Podobało mi się w Mii jednak to, że gdy już coś obiecała Tinie to trzymała się tego do końca i nie zmieniła zdania, nawet gdy jej ukochany zaprosił ja na romantyczną kolację. Przecież słowo dane przyjaciółce też ma jakieś znaczenie i za to właśnie dałam tej pozycji taką, a nie inną ocenę, bo Mia pokazała, że przyjaciół ceni równie wysoko co swojego chłopaka.

"Zanim pokocha się kogoś innego, trzeba się nauczyć kochać siebie." ~ Meg Cabot, "Pamiętnik księżniczki 7 i ¾ : Walentynki", Warszawa 2006, s. 20.

OCENA: 4/10

Obrona w środę. Lady Spark, chce być już po wszystkim. 
I o co chodzi w pytaniu mojemu promotorowi?! :(

piątek, 5 czerwca 2015

137. (Prawie) dorosła księżniczka Mia i jej urodziny

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume VII and half: Sweet Sixteen Princess
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Siódmy i jedna druga
ROK WYDANIA: 2006
WYDAWNICTWO:  Amber
OPIS
Mia nigdy nie miała szczęścia do imprez, więc nawet teraz, kiedy zbliża się jej szesnastka, nie chce tego całego urodzinowego zamieszania. Ale Grandmere ma oczywiście inny pomysł - jak zwykle. Czy telewizyjny reality show to naprawdę dobry sposób uczczenia książęcych urodzin?
Mia musi przeszkodzić Grandmère. Czy jednak - jeśli jej się uda - przyjaciele wybaczą jej, że przeleci im koło nosa szansa na ekstrawagancje, na myśl o których Paris Hilton zzieleniałaby z zazdrości? I dlaczego Mia nie może dostać na urodziny tego, o czym naprawdę marzy: wieczoru sam na sam z Michaelem... [1]

RECENZJA

Wróciła stara Mia, dzięki niebiosom, bo już się bałam, że zmieniła się bezmózgiego potwora. Na szczęście ponownie najważniejsze jest dla niej to wszystko co w siódmej części zostało odsunięte na bok. Zbliżają się szesnaste urodziny przyszłej księżniczki Genowii. W Ameryce jest to jak bycie prawie dorosłą. Zarówno Lilly czy pozostali przyjaciele liczą na wspaniałe urodziny, a z kolei sama zainteresowana liczy, że wszyscy o tym zapomną, bo nie chce kompromitacji takiej jaka miała miejsce rok temu.

Jednak Grandmere ma zupełnie inne plany. Uważa, że Mia powinna robić wszystko by rozsławić Genowię, zwłaszcza po tych wszystkich upokorzeniach, które jej zafundowała w ciągu minionych dwóch lat. Cóż na szczęście zdrowy rozsądek nie tylko Amelii, ale również jej matki i ojca, którzy co do wychowania córki mają jeden głos (co idealnie pokazuje, że nawet po rozstaniu można wychowywać dzieci w taki sposób by go nie buntować przeciwko drugiemu rodzicowi) to wszystko udaremnia próbę sprzedania do telewizji relacji z szesnastych urodzin Mii.

Pozostaje problem, bo przyjaciele Amelii są bardziej rozrywkowi i bardzo liczą na super, mega imprezę, którą w całości opłaciłby budżet Genowii, a oni sami by na tym skorzystali (ma ktoś coś przeciwko zakupom na koszt państwa? Ja nie!). Księżniczka mimo wszystko pozostaje wierna swoim ideałom i łamie serca swoim przyjaciołom.

Pozostaje również kwestia Michaela, który postanawia sprezentować Amelii najlepszy prezent urodzinowy, bo zrobiony własnoręcznie i prosto z serca. Po raz pierwszy w życiu Mia kompletnie nie przeczuwa małego podstępu. Nawet ja sądziłam, że to co zrobił Michael było czymś zupełnie innym niż było i wyszło, że kompletnie źle oceniłam Moscovitza.

Reasumując: część o niebo lepsza niż poprzednia. Gdyby nie to pewnie nie zmusiłabym się do wykonania swojego prywatnego wyzwania pod tytułem: Kończę zaczęte książki i cykle.
"To nie ja to mówiłam. To ten mały wredny elf poruszał moimi ustami i kazał im wypowiadać różne rzeczy, wbrew mojej woli." ~ Meg Cabot, "Pamiętnik księżniczki7 i 1/2: Urodziny księżniczki", Warszawa 2006, s. 75.

OCENA: 6/10

I oby do obrony, bo cała reszta poszła nadzwyczaj łatwo. Uniwersytecie nie rozwal moich pozytywnych wspomnień i nie wyskocz z czymś jeszcze, proszę!
Tak, tak praco magisterska już do ciebie wracam. Nie musisz tak krzyczeć.
Całusy :*

środa, 20 maja 2015

133. Czy dobrze być barankiem? Thriller i komedia filozoficzna w jednym.


AUTOR: Leonie Swann
TYTUŁ ORYGINALNY: Ein Schaf-Thriller
SERIA: Sprawiedliwość owiec
TOM: Drugi
TŁUMACZ: Maciej Nowak-Kreyer
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: Amber

OPIS
Owce z Glennkill opuszczają bujne zielone łąki Irlandii i przybywają do zaśnieżonej Francji z nową pasterką Rebeką, córką zamordowanego starego pasterza George’a. Rebece towarzyszy jej matka, zwariowana tarocistka, uwielbiająca likierek i ciągle kłócąca się z córką. Zatrzymują się na zimowym pastwisku w pobliżu starego zamczyska, w którym kiedyś mieścił się zakład dla obłąkanych. Matka Rebeki wróży, że stanie się coś złego (czemu trudno się dziwić, bo w jej talii brakuje wielu kart zwiastujących dobre zdarzenia). I rzeczywiście zaczyna się coś dziać. Owce dowiadują się od swoich nielubianych sąsiadek kóz (które zdaniem owiec cuchną i są szalone), że w okolicy grasuje tajemniczy potwór zwany Garou… Kim jest Garou? Może wilkiem. Może wilkołakiem. A może kimś znacznie bardziej niebezpiecznym… Prawdę o nim odkryją owce po dramatycznym śledztwie. I wtedy znowu będzie sprawiedliwość. I triumf owiec. [1]

RECENZJA

Jeśli zastanawialiście się, o czym mogłyby myśleć zwierzęta, to ta książka jest tego świetnym obrazem. Zaraz na początku przedstawiona zostaje nam cała zwierzęca i ludzka obsada, niczym w dramacie. Początkowo ciężko się zorientować w mnogości imion, ale zawsze można wrócić do spisu na początku i rozjaśnić sobie w głowie.

Większość owiec wyróżnia się jakąś szczególną cechą i każda z nich jest równie ważna w stadzie. Chmurka ma najbujniejsze runo, Biały Wieloryb jest sporych rozmiarów i pamięta wiele rzeczy i tak dalej. Początkowo punkt widzenia zwierząt może zaskakiwać, ale szybko się orientujemy, że chociaż owce nie rozumieją francuskiego i wszystkich ludzkich spraw, to mają doskonały instynkt. Wyczuwają każde niebezpieczeństwo i starają się mu zaradzić. Jest z nimi również obłąkany niestrzyżony baran, pozostałość po poprzednim stadzie zamieszkującym pastwisko.

Pastwisko owiec sąsiaduje z pastwiskiem kóz, które też pokazano w bardzo osobliwy sposób. Może bez finezyjnych imion i z trącaniem o szaleństwo, ale i je stać na filozoficzne przemyślenia i kilka cennych informacji w razie potrzeby. Zwłaszcza mała sprytna Madouc. To właśnie one przynoszą wieść o strasznym tajemniczym Garou.

Skupiając się na ludziach, poznajemy przemiłą pasterkę Rebekę, oddaną stadu i  troszczącą się o nie. Bardzo dobrze jej się żyło ze swoimi owcami, ale niestety dołączyła do niej matka, za którą zwierzęta zdecydowanie nie przepadają, a czytając o tej kobiecie nasuwa się na myśl porównanie do pasożyta.

Cała tajemnicza sprawa bestii w lesie zaczyna się od pojawienia się martwych saren w lesie. Zwierzęta słusznie niepokoją się o swój los i rozpoczynają własne śledztwo. Sąsiedztwo zamku i jego podejrzani mieszkańcy budzi wiele podejrzeń, także właściciele gospodarstwa przy pastwisku nie są zbyt sympatyczni.

Pojawia się narracja z punktu widzenia owiec, kóz, Rebeki, lisa tropiącego tajemnicze stworzenie zostawiające ofiary na śniegu, no i samego Garou, kimkolwiek by nie był. Trzeba trochę pogłówkować, żeby skojarzyć pewne fakty, ale warto.

Język dostosowano w zależności od postaci. Ludzi i zwierzęta wyraźnie różni sposób patrzenia na świat, czemu trudno się dziwić. Naprawdę świetnie się bawiłam, czytając rozważania owiec i kóz nad życiem, morderstwami i wymyślaniem planów działania.

W trakcie czytania miałam różne odczucia. Czasem ciężko mi się brnęło, zwłaszcza, gdy akcja działa się powoli i nie miałam nad czym główkować. Mimo wszystko, wywarła na mnie pozytywne wrażenie, ale oczekiwałam więcej. Dodam, że nie czytałam wcześniejszej „Sprawiedliwości owiec”.

„Ludzie myśleli albo za dużo, albo nie o tym, co trzeba. Najczęściej za mało myśleli o owcach. A jeśli trafiali na coś, o czym nie umieli myśleć, to całkiem się gubili.”~ Leonie Swann, Triumf Owiec, Warszawa 2011.

OCENA: 6/10
_ _ _ _ _

Dużo się działo, ale w końcu ogarnęłam sytuację. Jak "dobrze" być Gapciem xD


[1] – opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 11 maja 2015

131. Jak imprezować gdy jest się księżniczką?

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume VII: Party Princess
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Siódmy
ROK WYDANIA: 2006
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Tej wiosny Mia postanawia się bawić, chociaż samorząd szkolny, którego jest przewodniczącą, nagle zbankrutował. Na szczęście Grandmère wymyśla skomplikowany plan, jak jednocześnie zdobyć pieniądze, rozkręcić karierę teatralną Mii i przedstawić jej pewnego młodego człowieka o odpowiednim pochodzeniu. A to wszystko zajmuje mnóstwo czasu! Nic dziwnego, że Michael, miłość jej życia, zaczyna uważać, że z Mią jest coś nie tak, albo nawet gorzej – że nie umie się bawić.
No bo czy to możliwe, żeby wschodząca gwiazda sceny, przewodnicząca samorządu i następczyni tronu Genowii, nie wiedziała, jak się imprezuje? [1]

RECENZJA
Mia w tej części przeszła samą siebie a nawet jeszcze bardziej o ile to oczywiście możliwe. Autorka zrobiła z Księżniczki zupełnie głupią nastolatkę, która przejmuje się tym, że nie jest imprezową dziewczyną dla swojego chłopaka Michaela. Serio? Większych dramatów nie ma? Gdzie podziała się ta Amelia, dla której najważniejsze przede wszystkim było dobro sierot w Afryce?

Mia, próbuje dać sobie radę jako przewodnicząca szkolnego samorządu. Jednak powstał klops po zakupieniu bardzo drogich kubłów na segregację śmieci w kasie samorząd nie ma ani dolara, a przecież już za chwilę trzeba będzie zorganizować pożegnanie maturzystów. Z pomocą oczywiście spieszy Grandmere, której plan nie do końca podoba się Mii, bo jest w to wplątany pewien młody człowiek ze stołówki, który byłby idealnym kandydatem na męża księżniczki. Problem jest jeden! Mia kocha nad życie Michaela.

I o niego w dużej mierze również chodzi. Moscovitz pod nieobecność rodziców (oczywiście za ich zgodą) urządza niewielką imprezę, na którą zaprasza swoją dziewczynę. Przyjęcia okazuje się kompletną porażką, bo jak się okazuje Mia mimo swoich starań wyszła na kompletną idiotkę i obawia się, że ukochany nie chce jej znać. Amelia, nie umie myśleć szerzej niż tylko o sobie. Zawsze ma wrażenie, że to tylko ona jest w centrum myśli Michaela, ale prawda jest znacznie bardziej prosta. Chłopak ma problemy ze swoimi rodzicami.

Przejdźmy teraz do plan Grandmere, który jest dość pokręcony i wpakowuje Mię w kłopoty w postaci „znowu mogę zawalić geometrię”. Jednak pod naporem ‘perswazji’ zgadza się pomóc babce byle tylko nie wyszło na jaw, że w kasie szkolnego samorządu są pustki i że temu wszystkiemu winna jest ona i nikt inny.

Nigdy nie sądziłam, że wystawię 1. Serio! Zawsze w książce szukam jakiś pozytywów, ale w tej części nie ma nic co by mnie zachwyciło. Z Mii, która umiała myśleć nagle zrobiła się zapatrzona w siebie i ciągle myśląca o tym jak dobrze wypaść na imprezie dziewczyna. Nie podoba mi się to co zrobiła z nią autorka. Jest to zdecydowanie najsłabsza część całego cyklu jaką do tej pory czytałam.
"[…] władzy towarzyszy odpowiedzialność: można ją delegować, ile się chce, ale koniec końców TO TY zapłacisz cenę, jeśli coś pójdzie nie tak. " ~ Meg Cabot, Pamiętnik księżniczki 7: Księżniczka imprezuje , Warszawa 2006, s.16.

OCENA: 1/10

W zastępstwie Martitty, która ma na jutro do zrobienia projekt, wrzucam Wam coś na szybko. 
Całusy :*

czwartek, 9 kwietnia 2015

123. Święta, święta i kłopoty czyli Boże Narodzenie w wykonaniu Mii

AUTOR: Meg Cabot 
TYTUŁ ORYGINALNY: The Princess Diaries, Volume VI and half: The Princess Present
TŁUMACZ: Edyta Jaczewska
SERIA: Pamiętnik Księżniczki
TOM: Szósty i jedna druga
ROK WYDANIA: 2006
WYDAWNICTWO:  Amber

OPIS
Mia oddałaby wszystkie skarby Genowii za wymarzony prezent gwiazdkowy.
Mia jak co roku spędza Boże Narodzenie z Grandmère w Genowii. Ale tym razem czekają ją najcudowniejsze święta: Michael, jej chłopak, i Lilly, jej najlepsza przyjaciółka, przyjeżdżają do Genowii! Nieważne, że Lilly od początku ma kłopoty z dworską etykietą, a Mia jest tak zawalona książęcymi obowiązkami, że nie ma czasu na spotkanie z Michaelem. I tak jest przekonana, że te święta będą idealne. Ma już nawet idealny prezent dla Michaela. Nic więc nie zapowiada, że ta Gwiazdka okaże się totalną katastrofą!  [1]

RECENZJA
Kolejna książka, która jest jakby dodatkiem do całego cyklu. Osobiście wolę te krótsze dodatki niż dłuższe ‘normalne’ części. Nie żeby którakolwiek książka z całego cyklu przekroczyła 300 stron, ale mimo wszystko krótsze są jakoś lepiej przeze mnie przyjmowane. Może dlatego, że nim zacznę się denerwować Mią, Lilly czy też Michaelem to już książka się kończy. Nie mniej jednak cały cykl stworzony przez Meg Cabot jest warty uwagi przez nastoletnie dziewczyny i może w bardzo dobry sposób zapoczątkować ich przygodę z czytaniem. Przejdźmy jednak do sedna sprawy…

Mia jak co roku na gwiazdkę wylądowała w Genowii w towarzystwie Grandmere oraz ojca, który bardziej zajęty jest swoją nowa narzeczoną niż córką. Na całe szczęście Amelię odwiedzić ma nie tylko Michael (jedyna i największa miłość) oraz Lilly (najlepsza przyjaciółka). Nikt w pałacu nie przykłada do tego zbyt dużej wagi. Wszyscy pochłonięci są sprawą zbliżającego się wielkimi krokami Balu Bożonarodzeniowego, który organizuje Genowia. Wszystko musi być perfekcyjne, bo przecież nie można wypaść blado przy księciu Williamie i jego bracie. Jednak kłopoty zwiastuje już samo przybycie Lilly…

Najlepsza przyjaciółka Amelii ma poważne problemy z dworską etykietą, bo przecież kto w Nowym Jorku zastanawia się, którym widelcem jeść sałatkę?! Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Mia ze wszystkich sił stara się naprowadzać Moscovitz na odpowiednie tory, ale niestety z marnym skutkiem, a właściwie tragicznym! Lilly nie bardzo pasuje fakt, że to Mia ją poucza, przecież to ona zawsze krytykowała każdy jej wybór. Gdy w końcu Amelia postanawia się jej sprzeciwić (uwielbiam te fragmenty, gdy przyszła władczyni Genowii mówi swojej najlepszej przyjaciółce co o niej myśli) wychodzi, że jest zła i dwulicowa, bo w Nowym Jorku narzeka na wszystko co jest związane z Genowią, a gdy już w niej jest staje się zadufaną i rozkazującą wszystkim dziewczyną. Cóż panna Moscovitz nie bardzo rozumie sytuacje w której postawiono Mię. Ona nie chce rozkazywać, ale musi, chyba, że zrzeknie się praw do tronu, ale na to w żadnym życiu nie pozwoli jej babka.

Kolejnym problemem są świąteczne prezenty, bo jak trafić na idealny gdy najwspanialszy i idealny na świecie chłopak ma w zasadzie wszystko. Koniec końców Mia nie daje mu kolejnej skały księżycowej jak na minione urodziny, ale coś na czym mu naprawdę zależy. Zbieg zabawnych okoliczności doprowadza do tego, że młodzi udowadniają sobie wzajemnie, że są dla siebie ważni i nikt inny się nie liczy.

Mia denerwująca, ale bardziej irytowała mnie teraz Lilly, która mimo posiadania pod jednym dachem dwóch psychoterapeutów nie skorzysta z ich pomocy, której ewidentnie potrzebuje.
"[…] ale to jest tradycja, […]. A tradycja też jest ważna. Tak samo jak szacunek" ~ Meg Cabot, Pamiętnik księżniczki 6: Księżniczka uczy się rządzić, Warszawa 2006, s.66.
OCENA: 6/10
[1] Opis książki pochodzi z okładki. 

Żebyście nie zapomnieli o Mii to kolejna recenzja. Nawet dawno jej nie było, więc będzie akurat. No i co z tego, że nie święta? Ja czytałam ją w środku sierpnia przy upale xD. 
Jadę dziś do mojego prawdopodobnie recenzenta pracy magisterskiej. Tiaaaa, najpierw trzeba ją napisać. 
Całusy! :* 
Lady Spark 

środa, 4 marca 2015

114. Niby Beckett, a jednak nie Hunter


AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: Stone Bruises
TŁUMACZ: Radosław Januszewski
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
I teraz Rany kamieni. I słońce, pola, pszeniczne łany, strumyk, zagajnik… Wszystko zastygłe w bezruchu. Obezwładnia nas upał. I osacza cisza. W ten idylliczny krajobraz wjeżdża luksusowym audi na oparach benzyny narrator. Ale to nie doktor Hunter. Nie wiemy – i prawie do końca się nie dowiemy – kim jest. Wiemy, że ucieka. I że się boi. Panicznie się boi. A my razem z nim. I o niego. Choć wcale nie wiemy– i prawie do końca się nie dowiemy – czy jest ofiarą, czy może mordercą… [1]

RECENZJA
Nie daję Wam zapomnieć o autorze naprawdę świetnej serii o antropologu sądowym, Davidzie Hunterze. Simon Beckett swoim cyklem mocno zapadł mi w pamięci i chyba jakoś podświadomie ciągnie mnie do twórczości tego pana. Poznając już trochę jego styl miałam oczywiście pewne wymagania, co do lektury „Ran Kamieni”, tym bardziej, że ta konkretna pozycja nawet w najmniejszym stopniu nie jest związana z historią doktora. Czekałam na dobrą mieszankę thrillera i sensacji, a dostałam… no właśnie, co dostałam?
                                                                                                                                          
Sean ucieka. Nie wiemy, przed czym, nie wiemy przed kim i dlaczego, ale wiemy, że grozi mu jakieś niezdefiniowane jeszcze niebezpieczeństwo, a tajemnicza zawartość jego plecaka może przysporzyć jedynie samych kłopotów. Już w tym momencie sytuacja Anglika wygląda nieciekawie, a jak dodamy do tego ogromny upał, brak jakiegokolwiek wiaterku i wielogodzinny marsz to mamy naprawdę patowy przypadek. Spiekota tak doskwiera Seanowi, że postawia wstąpić na mijaną przez siebie farmę, aby poprosić o trochę wody. „Posiadłość” jest dosyć specyficzna – drut kolczasty dookoła, brak jakiegokolwiek ruchu na podwórku i dość charakterystyczny, nie do końca przyjemny zapach. Również i dom, w którym zastał młodą matkę z małym dzieckiem, wydaje się być niezbyt normalny, a jedyne, o czym myśli będąc wewnątrz jest to, aby jak najszybciej się wydostać. Po ugaszeni swojego pragnienia nasz bohater postanawia przejść przez las… i to był jego problem. Niefortunne „spotkanie” z pułapką sprawia, że chcąc nie chcąc Sean ponownie trafia na farmę, gdzie razem ze spotkaną już wcześniej kobietą, mieszka jej ojciec i młodsza siostra. I na tym zakończę sprawę fabuły. Muszę się przyznać, że ja osobiście byłam nieusatysfakcjonowana. W serii o doktorze Hunterze Beckett przyzwyczaił nas do czegoś innego – tam była ciągła akcja, cały czas coś się działo, a w „Ranach Kamieni”? Tutaj akcja dzieje się znacznie wolniej, nie mamy jakiś szaleńczych zwrotów sytuacji czy równie mrożących krew w żyłach przeżyć. Paradoksalnie to, że akcja dzieje się wolniej nie jest jednoznaczna z tym, że książka się dłuży i nudzi. Co to, to nie, jednak ja byłam pełna nadziei na coś zupełnie innego. W tym miejscu należałoby wspomnieć również o tym, że autor zastosował klasyczną „przekładankę” – wydarzenia z teraźniejszości, są mieszane z retrospekcją głównego bohatera, dzięki czemu czytelnik może sobie przybliżyć postać Seana i wysnuć własne teorie à propos tego kim właściwie on jest – mordercą czy ofiarą?

No, więc jak już zaczęłam o naszym bohaterze, to pociągnę go dalej. Sean jest taki, taki… zwyczajny. Naprawdę! Oprócz tego, ze ucieka nic innego nie wyróżnia go z tłumu literackich bohaterów. Miejscami nawet wydawał mi się być trochę nijaki. Co prawda nie irytował mnie swoją postawą, ale też i nie zachwycił. Był taki przeciętny, że za jakiś czas już w ogóle nie będę o nim pamiętać – zupełne przeciwieństwo Davida Huntera. Co do pozostałych postaci – w sumie byli bardzo szablonowi – surowy ojciec, zamknięta w sobie starsza córka i rozwydrzona borykająca się z problemami psychicznymi młodsza latorośl. Cała rodzina od samego początku wydaje się być patologiczna i czytelnik przez wszystkie strony historii nie pozbywa się tego przeczucia.

No i na koniec został nam styl – tak odmienny od tego, do czego przyzwyczaił nas Beckett w swojej serii o antropologu sądowym. Wyjaśniając, nie chodzi mi tutaj o czysto techniczne sprawy związane z językiem, co to to nie! Na technikę narzekać nie mogę. Moje stwierdzenie można podpiąć pod to, że brakowało mi tych wszystkich dosłownych opisów – mrożących krew w żyłach i nawet lekko obrzydzających. W „Ranach Kamieni” z tym się nie spotkamy, a szkoda.

Reasumując, książka nie jest zła, ale jak na Becketta wypada bardzo przeciętnie. Zapewne gdybym na początku zapoznała się z tą konkretną pozycją, a dopiero potem z serią o Davidzie Hunterze moja ocena byłaby zupełnie inna, a tak na tle czterotomowej przygody antropologa historia Seana wypada po prostu słabo. Jeśli więc z Simonem Beckettem nie mieliście jeszcze okazji się spotkać „Rany Kamienia” są dobre, jeśli zaś już poznaliście inne jego książki, sami wiecie, że stać go na coś dużo lepszego, mniej przewidywalnego i naprawdę fantastycznego!

„Ręce mi się trzęsą, kiedy udaje mi się wykrzesać języczek płomienia z jednorazówki i zaciągam się papierosem. To pierwszy od dwóch lat, ale smakuje jak powrót do domu. Wydycham część napięcia razem z dymem i przez kilka chwil dzięki Bogu o niczym nie myślę.” ~ Simon Beckett, Rany Kamieni, Warszawa 2013, s. 10

OCENA: 5/10



Dzień dobry, zamęczę Was chyba tym Beckettem, co? Ale na razie macie z nim spokój, tak się tylko zastanawiam, jaką recenzję dać następnym razem. Pozdrawiam

[1] Opis pochodzi z tyłu książki