Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Beckett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Beckett. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

172. Literackie Miasteczko Tea



Witam! Dzisiaj wyjątkowo nie pojawi się recenzja. Parę dni temu zostałam nominowana przez Julię K. do Literackiego Miasteczka. Za nominację bardzo dziękuję i z ogromną przyjemnością dołączam do zabawy!


RATUSZ


W ratuszu zasiąść może tylko jedna osoba, oczywiście jest to… ARAGORN (Władca Pierścieni - John Ronald Reuel Tolkien)! Tak, tak! Jeśli mam żyć w idealnym mieście to najważniejszą miejską funkcje musi w nim pełnić osoba idealna! Człowiek szlachetny, prawy, sprawiedliwy, przyjacielski, pomocny, ale przy tym wszystkim wzbudzający lekki strach i przede wszystkim respekt! Z taką personą w ratuszu, z przyjemnością zostałabym panią burmistrzową/prezydentową! Tak mój drogi Aragornie to były moje szczere oświadczyny! 

SKLEP

Sklepikarz musi mieć głowę na karku, musi być sprawiedliwy, musi być miły, mieć podejście do ludzi i wzbudzać zaufanie. W tym przypadku tylko jedna osoba może stanąć za ladą – tak, Jon Snow (Cykl: Pieśń Lodu i Ognia - George R. R. Martin)! Toż to urodzony sklepikowy strateg. Jakby chciał zrzucić wroni płaszcz i porzucić Czarny Zamek z pewnością zaczepiłby się w jakimś markecie czy osiedlowym spożywczaku! A przy okazji poranny spacer po świeże bułeczki byłby taki przyjemny! 

ZOO

Jestem świecie przekonana, że Sam Gamgee (Władca Pierścieni - John Ronald Reuel Tolkien) odnalazłby się idealnie w moim literackim miasteczku jako opiekun zwierząt w tamtejszym zoo! Z całą odpowiedzialnością oddałabym pod jego skrzydła cały zwierzyniec i jestem pewna, że Sam nie nadszarpnąłby mojego zaufania. Bądźmy szczerzy, jeśli ten uroczy hobbit z brzuszkiem poradził sobie z Merrym i Pippinem to ani lew, ani tygrys, ani nosorożec mu nie straszne!

KLUB

Będąc świeżutko po lekturze Ogniem i mieczem mogę śmiało powiedzieć, że jest jedna osoba, z którą wybrałabym się do klubu, mianowicie ruszyłabym w melanż z Janem Onufrym Zagłobą. Poczucie humoru szlachcica, jego cięty języczek, nietuzinkowa stylówka i przede wszystkim barwna osobność z miejsca mnie przekonały to jego osoby. Z takim Zagłobą to nic tylko konie kraść!

KAWIARNIA

Bardzo długo zastanawiałam się, który bohater nadawałby się idealnie do pełnienia tej funkcji. Wszakże kawiarnia to nie lada wyzwanie! Trzeba być kontaktowym, miłym i parzyć najlepszą kawę w całej okolicy… w końcu mój wybór padł na Bilbo Bagginsa (Hobbit, czyli tam i z powrotem - John Ronald Reuel Tolkien)! Dlaczego? Może z tym byciem otwartym na innych jest u Bilbo różnie, ale za to jeśli był w stanie przedostać się do Smauga to zrobienie idealnej kawy to dla niego Pan Pikuś! 

SZKOŁA

Gdybym czytała Harrego Pottera funkcja mentora/dyrektora/nauczyciela byłaby po prostu tak oczywista jak to, że dzisiaj mamy poniedziałek! Ale spokojnie, miejsce w szkole mam już obsadzone! Kto lepiej nadawałby się do wyżej wymienionych ról jak nie Gandalf (Hobbit, czyli tam i z powrotem - John Ronald Reuel Tolkien)? No więc właśnie! Mądry, stateczny z wyglądu przypominający takiego przyjaznego starszego dziadka – gdyby tylko chciał jeszcze zamienić płaszcz i laskę na garnitur od Armaniego to dla mnie byłaby bomba!

MUZEUM

Landgon. Robert Landgon (Cykl: Robert Langdon - Dan Brown). Chyba nie muszę swojego wyboru jeszcze jakoś szczególnie wyjaśniać, prawda? Po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu!

SZPITAL
Biały kitel, zapach szpitala i plakietka na piersi z napisem „David Hunter” (Cykl: Dr David Hunter - Simon Beckett). Wykształcony, znający się na swojej robocie, trzeźwo myślący i umiejący skojarzyć fakty – ideał! Po prostu szpitalny ideał! No i doktor! Co prawda antropolog, ale zawsze doktor! 

BANK

Jeśli jest osoba, która odpowiednio zadbałaby o finanse mieszkańców mojego miasteczka to z pewnością byłby to Tyrion Lannister (Cykl: Pieśń Lodu i Ognia - George R. R. Martin). Wiadomo rodziny się nie wybiera i mając takiego ojca i taką kochaną siostrunie to naprawdę cud, że Tyrion ma w sobie jednak poczucie sprawiedliwości. A jeśli ktoś miałby jeszcze jakieś opory przed powierzeniem pieniędzy dla Karła to niech pamięta, że co jak co, ale Lannisterowie zawsze spłacają swoje długi! 

KSIĘGARNIA

Kto lepiej zająłby się książkami jak nie Samwell Tarly (Cykl: Pieśń Lodu i Ognia - George R. R. Martin)? Sam urodził się po to, żeby opiekować się księgami, przekazywać je ludziom i darzyć je szczerą miłością książkofila! Jestem przekonana, że w mojej księgarni, w przeciwieństwie do Czarnego Zamku, Tarly odnalazłby się idealnie! 


I tak wyglądałby moje wymarzone Literackie Miasteczko. Ja nie nominuje nikogo, ponieważ wydaję mi się, że wszyscy oprócz mnie już mieli trochę zabawy z tym. Niemniej jednak, jeśli ktoś ma ochotę zapraszam go do wspólnej zabawy z tym konkretnym TAGiem! Trzymajcie się cieplutko! Pozdrawiam

EDIT: Aż dziwne, że obsadziłam na wszystkich pozycjach mężczyzn! Marna ze mnie feministka, ale za to odnoszę wrażenie, że idealnie odnalazłabym się w kulturze poliandrycznej!

środa, 4 marca 2015

114. Niby Beckett, a jednak nie Hunter


AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: Stone Bruises
TŁUMACZ: Radosław Januszewski
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
I teraz Rany kamieni. I słońce, pola, pszeniczne łany, strumyk, zagajnik… Wszystko zastygłe w bezruchu. Obezwładnia nas upał. I osacza cisza. W ten idylliczny krajobraz wjeżdża luksusowym audi na oparach benzyny narrator. Ale to nie doktor Hunter. Nie wiemy – i prawie do końca się nie dowiemy – kim jest. Wiemy, że ucieka. I że się boi. Panicznie się boi. A my razem z nim. I o niego. Choć wcale nie wiemy– i prawie do końca się nie dowiemy – czy jest ofiarą, czy może mordercą… [1]

RECENZJA
Nie daję Wam zapomnieć o autorze naprawdę świetnej serii o antropologu sądowym, Davidzie Hunterze. Simon Beckett swoim cyklem mocno zapadł mi w pamięci i chyba jakoś podświadomie ciągnie mnie do twórczości tego pana. Poznając już trochę jego styl miałam oczywiście pewne wymagania, co do lektury „Ran Kamieni”, tym bardziej, że ta konkretna pozycja nawet w najmniejszym stopniu nie jest związana z historią doktora. Czekałam na dobrą mieszankę thrillera i sensacji, a dostałam… no właśnie, co dostałam?
                                                                                                                                          
Sean ucieka. Nie wiemy, przed czym, nie wiemy przed kim i dlaczego, ale wiemy, że grozi mu jakieś niezdefiniowane jeszcze niebezpieczeństwo, a tajemnicza zawartość jego plecaka może przysporzyć jedynie samych kłopotów. Już w tym momencie sytuacja Anglika wygląda nieciekawie, a jak dodamy do tego ogromny upał, brak jakiegokolwiek wiaterku i wielogodzinny marsz to mamy naprawdę patowy przypadek. Spiekota tak doskwiera Seanowi, że postawia wstąpić na mijaną przez siebie farmę, aby poprosić o trochę wody. „Posiadłość” jest dosyć specyficzna – drut kolczasty dookoła, brak jakiegokolwiek ruchu na podwórku i dość charakterystyczny, nie do końca przyjemny zapach. Również i dom, w którym zastał młodą matkę z małym dzieckiem, wydaje się być niezbyt normalny, a jedyne, o czym myśli będąc wewnątrz jest to, aby jak najszybciej się wydostać. Po ugaszeni swojego pragnienia nasz bohater postanawia przejść przez las… i to był jego problem. Niefortunne „spotkanie” z pułapką sprawia, że chcąc nie chcąc Sean ponownie trafia na farmę, gdzie razem ze spotkaną już wcześniej kobietą, mieszka jej ojciec i młodsza siostra. I na tym zakończę sprawę fabuły. Muszę się przyznać, że ja osobiście byłam nieusatysfakcjonowana. W serii o doktorze Hunterze Beckett przyzwyczaił nas do czegoś innego – tam była ciągła akcja, cały czas coś się działo, a w „Ranach Kamieni”? Tutaj akcja dzieje się znacznie wolniej, nie mamy jakiś szaleńczych zwrotów sytuacji czy równie mrożących krew w żyłach przeżyć. Paradoksalnie to, że akcja dzieje się wolniej nie jest jednoznaczna z tym, że książka się dłuży i nudzi. Co to, to nie, jednak ja byłam pełna nadziei na coś zupełnie innego. W tym miejscu należałoby wspomnieć również o tym, że autor zastosował klasyczną „przekładankę” – wydarzenia z teraźniejszości, są mieszane z retrospekcją głównego bohatera, dzięki czemu czytelnik może sobie przybliżyć postać Seana i wysnuć własne teorie à propos tego kim właściwie on jest – mordercą czy ofiarą?

No, więc jak już zaczęłam o naszym bohaterze, to pociągnę go dalej. Sean jest taki, taki… zwyczajny. Naprawdę! Oprócz tego, ze ucieka nic innego nie wyróżnia go z tłumu literackich bohaterów. Miejscami nawet wydawał mi się być trochę nijaki. Co prawda nie irytował mnie swoją postawą, ale też i nie zachwycił. Był taki przeciętny, że za jakiś czas już w ogóle nie będę o nim pamiętać – zupełne przeciwieństwo Davida Huntera. Co do pozostałych postaci – w sumie byli bardzo szablonowi – surowy ojciec, zamknięta w sobie starsza córka i rozwydrzona borykająca się z problemami psychicznymi młodsza latorośl. Cała rodzina od samego początku wydaje się być patologiczna i czytelnik przez wszystkie strony historii nie pozbywa się tego przeczucia.

No i na koniec został nam styl – tak odmienny od tego, do czego przyzwyczaił nas Beckett w swojej serii o antropologu sądowym. Wyjaśniając, nie chodzi mi tutaj o czysto techniczne sprawy związane z językiem, co to to nie! Na technikę narzekać nie mogę. Moje stwierdzenie można podpiąć pod to, że brakowało mi tych wszystkich dosłownych opisów – mrożących krew w żyłach i nawet lekko obrzydzających. W „Ranach Kamieni” z tym się nie spotkamy, a szkoda.

Reasumując, książka nie jest zła, ale jak na Becketta wypada bardzo przeciętnie. Zapewne gdybym na początku zapoznała się z tą konkretną pozycją, a dopiero potem z serią o Davidzie Hunterze moja ocena byłaby zupełnie inna, a tak na tle czterotomowej przygody antropologa historia Seana wypada po prostu słabo. Jeśli więc z Simonem Beckettem nie mieliście jeszcze okazji się spotkać „Rany Kamienia” są dobre, jeśli zaś już poznaliście inne jego książki, sami wiecie, że stać go na coś dużo lepszego, mniej przewidywalnego i naprawdę fantastycznego!

„Ręce mi się trzęsą, kiedy udaje mi się wykrzesać języczek płomienia z jednorazówki i zaciągam się papierosem. To pierwszy od dwóch lat, ale smakuje jak powrót do domu. Wydycham część napięcia razem z dymem i przez kilka chwil dzięki Bogu o niczym nie myślę.” ~ Simon Beckett, Rany Kamieni, Warszawa 2013, s. 10

OCENA: 5/10



Dzień dobry, zamęczę Was chyba tym Beckettem, co? Ale na razie macie z nim spokój, tak się tylko zastanawiam, jaką recenzję dać następnym razem. Pozdrawiam

[1] Opis pochodzi z tyłu książki



piątek, 20 lutego 2015

111. David Hunter po raz ostatni…


AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: The Calling of the Grave
SERIA: Dr David Hunter
TŁUMACZ: Maciej Nowak-Kreyer
TOM: Czwarty
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
Doktor David Hunter powraca tam, gdzie wszystko się zaczęło. Na „wilgotne ponure torfowisko w Kornwalii, osłonięte postrzępionymi i nieprzewidywalnymi kurtynami mgły”. Wtedy był szczęśliwym mężem i ojcem. Wtedy praca antropologa sądowego dawała mu satysfakcję. A potem jego świat runął. Teraz ma dokończyć śledztwo, które przerwano na krótko przed jego osobistą tragedią. Doktor Hunter wraca tu, by usłyszeć wołanie grobów i skłonić zmarłych do zwierzeń. [1]

RECENZJA
„Wołanie grobu” to czwarty i zarazem ostatnia tom cyklu „Dr David Hunter” Simona Becketta. Ponieważ pozostałe części bardzo przypadły mi do gusty, z dużym zainteresowaniem podeszłam również do czwartej „cząstki” historii doktora. Oczywiście, z racji tego, że poznałam już styl pisania Becketta i wiedziałam, co autor może nam „zgotować”, miałam pewne, możne nawet bardzo wysokie wymagania względem „Wołania grobu”, tym bardziej, że w tym tomie miały pojawić się retrospekcje z okresu bardzo traumatycznego dla naszego głównego bohatera. Na szczęście jednak książka, podobnie jak pozostałe trzy, bardzo mi się spodobała i dostała ode mnie równie wysoką ocenę.

David jest mężczyzną po przejściach. Praca zawsze zajmowała bardzo ważne miejsce w jego życiu i niestety równie często to właśnie jej było wszystko podporządkowane. Dawniej, kiedy jeszcze doktor Hunter był szczęśliwym mężem oraz ojcem, pomagał podczas prowadzenia śledztwa o zamordowanie czterech młodych dziewczyn. Morderca, Monk, przyznaje się do winny i wydawać by się mogło, że sprawa jest załatwiona, niestety wciąż nie można znaleźć grobów ofiar. David zgadza się pomóc, chociaż jako początkujący antropolog jego zdanie jest często pomijane, przeinaczane, bądź nawet przypisywane inny „specjalistom”. W takich warunkach praca jest bardzo utrudniona, a sprawa komplikuje się bardziej, kiedy Monk, podczas rozpoznania w terenie, próbuje uciekać. Śledztwo zostaje zawieszone, a w międzyczasie osobiste życie Huntera wywraca się do góry nogami – jego żona i córeczka giną w wypadku samochodowym. Po latach, w których Davidowi powoli udaje się wyjść na prostą, widmo przeszłości znowu wraca. Monk ucieka z więzienia, a osoby, które przed laty uczestniczyły w śledztwie teraz ponownie zwracają się do Huntera po pomoc. Zbiegły więzień, który zamordował młode dziewczyny, jest uważany za ogromne niebezpieczeństwo, a jego sytuacji nie polepsza fakt, że człowiek, który podczas rozpoznania w terenie z udziałem Monka szydził z niego zostaje znaleziony w swoim domu martwy. Śledztwo zostaje wznowione, niemniej jednak David wraz z dawną koleżanką na własną rękę próbują znaleźć groby pierwszy ofiar Monka z nadzieją, że to pomoże im rozwiązać zagadkę ucieczki mordercy. Nowe dowody sprawiają, że całe wcześniejsze dochodzenie zostaje zakwestionowane, a wina Monka wcale nie jest taka oczywista. Brzmi ciekawie prawda? I tak też było – fabuła bardzo mi się podobała, zaciekawiła mnie, ale miałam wrażenie, że Beckett momentami przesadził, jeśli chodzi o prawdopodobieństwo wydarzeń zawartych w czwartej części przygód doktora Huntera.  Ponadto, czułam się troszeczkę zawiedziona zawartą w lekturze retrospekcją. Spodziewałam się czegoś bardziej nakierowanego na życie prywatne Huntera, a tutaj znów wszystko kręciło się w obrębie pracy. Niemniej, jednak całość książki, pomimo tych dwóch rzeczy, odbieram bardzo dobrze. Jak zwykle mamy tutaj akcje, mamy intrygę, mamy tajemnicę, mamy pościg – więc dzieje się, dzieje. Sympatycy sensacji i thrillerów nie powinni czuć się zawiedzeni.

Davida Huntera polubiłam od mojego pierwszego „spotkania” z nim. Wydał mi się nietuzinkowy. Nie był wyidealizowany, nie miał wspaniałego i cudownego życia. Od samego początku zgarną sobie moją sympatię i to nadal się nie zmieniło. W czwartym tomie cyklu Simona Becketta David nadal jest niezwykle inteligentnym, bystrym, pracowitym i sumiennym facetem. Nadal uważam, że jest świetnie wykreowaną postacią, błyszczącą w tej ogromnej dżungli nudnych, nieciekawych bohaterów, których teraz jest na pęczki. Wiecie co? Trochę mi szkoda, że to już koniec mojej przygody z historią tego konkretnego antropologa sądowego.

Jeśli chodzi o język, podobnie jak w pozostałych częściach, nie mogę się do niczego przyczepić. Styl Becketta, pomimo podjęcia dosyć ciężkiego tematu, jest lekki, przejrzysty i łatwy w odbiorze. Książkę czyta się w rekordowym tempie i czytelnik sam nie wie, kiedy zapoznał się z niespełna czterystoma stronami lektury.

I w tym miejscu muszę się pożegnać z doktorem Davidem Hunterem. Naprawdę jest mi przykro, bo bardzo go polubiłam. Co prawda cykl Becketta można czytać nie zwracając uwagę na chronologię, ja jednak radzę, aby zapoznawać się z historią Huntera po kolei, ponieważ w książkach można odnaleźć niewielkie odniesienia do poprzednich części.  A na do widzenia „Wołanie grobu” zgarnia ode mnie siedem punktów.


„Nigdy nie pomyślał, żeby poprosić kogoś o pomoc, odrzuciłby także propozycję pomocy. Nie żeby taką kiedyś otrzymał. Więzienni psychologowie mówili o zachowaniach aspołecznych, o zaburzeniach kontroli impulsów i skłonnościach socjopatycznych. Zresztą jedno spojrzenie wystarczyło, aby potwierdzić najgorsze podejrzenia. Był dziwadłem, potworem. Był Monkiem.” ~ Simon Backett, Wołanie grobu, Warszawa 2011, s. 294

OCENA: 7/10

PODSUMOWANIE CYKLU „DR DAVID HUNTER”
Chemia śmierci: 8
Zapisane w kościach: 8
Szepty zmarłych: 9
Wołanie grobu: 7
OGÓLNA OCENA CYKLU: 8



Witam. Na początku bardzo Was przepraszam za moją długą nie obecność, ale… no właśnie zawsze było jakieś ale! Niemniej jednak obiecuję poprawę! Pozdrawiam


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Amber

piątek, 2 stycznia 2015

099. Makabryczne żniwa, czyli „Szepty zmarłych”



AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: Whispers of the dead
SERIA: Dr David Hunter
TŁUMACZ: Sławomir Kędzierski
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
David Hunter, który wie o śmierci wszystko, a w niespełna rok po kolejnym śledztwie, którego omal nie przypłacił życiem wraca tam, gdzie uczył się zawodu. Tam, gdzie wszędzie wokoło leżały ludzkie ciała w różnym stadium rozkładu, a wielkie czarne litery na bramie informowały, że to Ośrodek Badań Antropologicznych, lepiej znany pod inną, mniej urzędową nazwą. Trupia Farma. Tam doktor Hunter ma nadzieję odzyskać wiarę w siebie i znowu skłonić zmarłych do zwierzeń. Tam na prośbę swego mentora rozpoczyna dochodzenie w sprawie makabrycznego morderstwa. Dochodzenie, w którym będzie musiał wysłuchać najbardziej przerażających szeptów zmarłych. W miejscu jeszcze straszliwszym i bardziej nieludzkim niż Trupia Farma. [1]

RECENZJA
„Szepty zmarłych” to trzeci tom cyklu „Dr David Hunter” Simona Backetta. Ponieważ pozostałe dwie części bardzo przypadły mi do gusty, z dużym zainteresowaniem podeszłam również do trzeciej „cząstki” historii doktora Huntera. Oczywiście, z racji tego, że poznałam już styl pisania Backetta i wiedziałam co autor może nam „zgotować”, miałam pewne, możne nawet bardzo wysokie wymagania względem „Szeptów Zmarłych”. Na szczęście jednak książka, podobnie jak pozostałe dwie, bardzo mi się spodobała i dostała ode mnie równie wysoką ocenę.

Świat Davida kręci się wokół jego pracy. Na co dzień ma więc do czynienia ze śmiercią, rozkładem i morderstwami. Bycie antropologiem sądowym nie jest łatwym zajęciem, tym bardziej, kiedy cały czas czuje się na plecach „oddech” swojej niedoszłej morderczyni. Życie Huntera nie jest usłane różami, a zawód jaki wykonuje i niebezpieczeństwa jakie wiążą się z rozwiązywaniem zagadek oraz ściganiem zbrodniarzy sprawiają, że jego nowy związek rozpada się. David po raz kolejny potrzebuje odskoczni od codzienności i dlatego też postanawia przyjąć propozycję od swojego dawnego przyjaciela i wyjechać do Tennessee. Podróż ma być dla Huntera swojego rodzaju terapią, a zamiana otocznia ma pomóc doktorowi nabrać większego dystansu do samego siebie. Poniekąd wracał do korzeni – w Tennessee znajduje się Ośrodek Badawczy, zwany potocznie w środowisku „Trupią Farmą”, gdzie początkujący antropolodzy mają możliwość zapoznać się ze specyfiką swojego zawodu. Wszystko miało być zwyczajną wycieczką na „stare śmieci” (matko, jak to zabrzmiało!), jednak oczywiście to, że coś miało być tak a nie inaczej, wcale nie oznacza, że tak też się i stanie. Tom Lieberman – dawny nauczyciel, a zarazem przyjaciel Davida, prosi go o pomoc w identyfikacji zwłok… zgoda Huntera sprawia, że maszynka znowu zaczyna się kręcić…

W „Szeptach zmarłych” mamy wszystko to, czego można szukać w dobrym thrillerze. Autor bardzo sprawnie buduje napięcie, powodując tym samym, że czytelnik wręcz nie może usiedzieć w miejscu czekając na dalszy rozwój wypadków. Mamy liczne morderstwa, mamy zagadki, mamy emocjonujący pościg i walkę z czasem. Również tutaj Simon Backett po raz kolejny przyjemnie podłechtał moje czytelnicze ego. Co prawda znów mamy „schematyczność” mordercy względem pozostałych części (ten kto przeczytał wcześniejsze tomy od razu dostrzeże pewną analogię) i to trochę zaniżyło moją ocenę, jednak w ostatecznym rozrachunku fabuła jest naprawdę dobra. Niemniej twierdzę, że jak do tej pory to najbardziej dramatyczna, makabryczna i miejscami ohydna część całego cyklu, ale przecież my wszyscy lubimy coś takiego, prawda?

Jeśli chodzi o głównego bohatera nadal nie zmieniłam zdania. David Hunter jest nietuzinkowy, oryginalny i na szczęście mniej nieśmiertelny niż w drugiej części. Moja sympatia do wykreowanego przez Backetta „aktora” nadal pozostaje ogromna i mam nieodparte wrażenie, że w czwartej części również nie ulegnie ona zmianie.

Pozostał nam już tylko język. Pomimo podjęcia dosyć ciężkiego tematu styl Simona Backetta jest lekki, przejrzysty i łatwy w odbiorze. Książkę czyta się w rekordowym tempie i czytelnik sam nie wie kiedy zapoznał się z niespełna czterystoma stronami lektury. Co najlepsze, w „Szeptach Zmarłych” oprócz narracji Davida mamy również… narrację mordercy! Co prawda podrozdziałów „oczami zbrodniarza” jest mało, niemniej jednak na samym początku zupełnie nie zorientowałam się, że autor zgotował nam taki ciekawy zabieg! Bardzo przypadło mi to do gustu.

Po zapoznaniu się z trzema częściami cyklu „Dr David Hunter”, mogę śmiało powiedzieć, że trzeci tom, jak dla mnie, jest najlepszy! Gdyby nie ta „schematyczność” jeśli chodzi o mordercę byłaby dziesiątka, a tak stawiam na mocną dziewiątkę.

„Powrót do domu po długiej podróży zawsze wywołuje wrażenie, jakby człowiek został przeniesiony kilka tygodni w przyszłości. Taka mało fascynująca wyprawa w czasie.” ~ Simon Backett, Szepty zmarłych, Warszawa 2009, s. 307

OCENA: 9/10

David Hunter po raz trzeci. Witam w Nowym Roku, macie jakieś postanowienia – nie tylko te książkowe?

 [1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa AMBER


poniedziałek, 15 grudnia 2014

096. David Hunter po raz drugi

AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: Written in bone
SERIA: Dr David Hunter
TŁUMACZ: Jan Kraśko
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
Runa. Mała spokojna wysepka na Hebrydach, odcięta od świata miotanym sztormem oceanem. Tam antropolog sądowy, który "wie o śmierci wszystko" ma odczytać ze spalonych kości przyczynę i okoliczności makabrycznego zgonu. Stajemy twarzą w twarz ze złem, wraz z bohaterem - człowiekiem, który zgłębił fizyczny proces śmierci, a mimo to nie jest ani o krok bliżej zrozumienia jej ostatecznej tajemnicy. [1]

RECENZJA
„Zapisane w kościach” to moja druga książka Simona Backetta, która jest przy okazji kontynuacją serii „Dr David Hunter”. Ponieważ ostatnio tak zachwycałam się pierwszą częścią cyklu, nic więc dziwnego, że bardzo szybko zaopatrzyłam się u koleżanki również w kolejne tomy historii, którą sukcesywnie będę Wam recenzowała. Dzisiaj, zgodnie z chronologią, pod lupę weźmiemy „Zapisane w kościach”. Gotowi? To zaczynamy!

Można powiedzieć, że druga część cyklu  zaczyna się bardzo normalnie. Ot doktor David Hunter wraca do domu, aby ratować swój związek przed nieuniknionym rozpadem, jednak w momencie, gdy jego powrót jest już pewny dostaje telefon, który zmienia jego plany o 360 stopni. Zamiast do domowego gniazdka, trafia na Runę – spokojną wysepkę na Hebrydach, gdzie ma pomóc w identyfikacji praktycznie doszczętnie spalonych zwłok. Z założenia, miała to być szybka, kilkudniowa robota, ale nagłe załamanie pogody, sztorm na ocenie i przede wszystkim kolejne makabryczne zabójstwa znacznie wydłużyły pobyt Davida na Runie. Zabójca, który z powodu niesprzyjających warunków pogodowych nie może opuścić wyspy, za wszelką cenę próbuje zatrzeć po sobie wszystkie ślady, nawet, jeśli miałoby to kosztować życie kolejnych niewinnych ludzi… i tyle na temat fabuły. Przejdę do konkretów. Podobnie jak „Chemia śmierci”, „Zapisane w kościach” to połączenie thrillera, sensacji oraz kryminału. Mamy więc zabójstwa, mamy zagadkę do rozwiązania, mamy mordercę, mamy ciągłe napięcie i dynamiczną akcję, no i te zakończenie książki – tak emocjonujące, że człowiek nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym, żeby wziąć kolejną część cyklu! Co ciekawe i co bardzo mi się podoba nie mamy tutaj wątku miłosnego głównego bohatera. Tak więc jeśli chodzi o fabułę, to Simon Backett zaspokoił moje upodobania prawie idealnie. Gdyby nie podobne rozwiązanie zagadki jak w pierwszej części, to byłabym wniebowzięta.

Davida Huntera polubiłam od mojego pierwszego „spotkania” z nim. Wydał mi się nietuzinkowy. Nie był wyidealizowany, nie miał wspaniałego i cudownego życia. Od samego początku zgarną sobie moją sympatię i to nadal się nie zmieniło. W drugim tomie cyklu Simona Backetta David wciąż jest niezwykle inteligentnym, bystrym, pracowitym i sumiennym facetem. Nadal uważam, że jest świetnie wykreowaną postacią, która błyszczy w dżungli nudnych, nieciekawych bohaterów, których teraz jest na pęczki. Niemniej jednak w tej części było coś, co bardzo mi się nie spodobało. Mianowicie, David Hunter otarł się ciutnie o nieśmiertelność! Tyle razy ile on powinien zginąć w tej części! No chyba, że nasz doktorek jak kot ma dziewięć żyć, tak więc jeszcze z pięć zostało na następne tomy.

Jeśli chodzi o język, podobnie jak w „Chemii śmierci”, nie mogę się do niczego przyczepić. Styl Backetta, pomimo podjęcia dosyć ciężkiego tematu, jest lekki, przejrzysty i łatwy w odbiorze. Książkę czyta się w rekordowym tempie i czytelnik sam nie wie kiedy zapoznał się z niespełna czterystoma stronami lektury.

Reasumując, wszystko byłoby idealnie gdyby nie ta schematyczność mordercy oraz nieśmiertelność Davida. Nadal podtrzymuje, że książka jest dla wszystkich tych, którzy nie boją się makabrycznych opisów rozkładu zwłok, lubią thrillery i nie potrzebują w książce wątku miłosnego, Podobnie jak podczas swojej pierwszej przygody z twórczością Simona Backetta również teraz sądzę, że mocna ósemka jest idealną oceną.

„Historia naszego życia, a czasem i śmierci, jest zapisana w kościach. Kości to świadectwo ran, urazów i zaniedbań.” ~ Simon Backett, Zapisane w kościach, Warszawa 2011, s. 76

OCENA: 8/10

Książka zalicza się do wyzwania: 52 książki, Czytamopasłe tomiska, Historia z TRUPEM



A więc David Hunter po raz drugi. Pozdrawiam




[1] Opis pochodzi z tyłu książki

środa, 3 grudnia 2014

093. Przygodę z doktorem Davidem Hunterem czas zacząć

AUTOR: Simon Beckett
TYTUŁ ORYGINALNY: The Chemistry of Death
SERIA: Dr David Hunter
TŁUMACZ: Jan Kraśko
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: AMBER

OPIS
Manham. Małe spokojne miasteczko. Krajobraz pozbawiony zarówno życia, jak i konkretnych kształtów. Płaskie wrzosowiska i upstrzone kępami drzew mokradła. To tu doktor David Hunter szuka schronienia przed okrutną przeszłością. Sądzi, że przeżył już wszystko to, co najgorszego może przeżyć człowiek, sądzi, że wie o śmierci wszystko. Ale śmierć, ów proces alchemii na wspak, w którym złoto życia ulega rozbiciu na cuchnące składniki wyjściowe, wdziera się do Manham. I to w niewyobrażalnie wynaturzonych formach. Jeszcze nie wiemy, dlaczego Hunter - wybitny antropolog sądowy - zaszył się tu jako zwykły lekarz. Dlaczego odmawia pomocy policji, skoro potrafi określić czas i sposób dokonania każdej zbrodni. Wiemy tylko, że się boimy. Razem z mieszkańcami Manham czujemy odór wszechobecnej śmierci. Giną młode kobiety, dzieci znajdują makabrycznie okaleczone zwłoki, ktoś podrzuca pod drzwi martwe zwierzęta, ktoś zastawia sidła na ludzi. [1]

RECENZJA
O cyklu „Dr David Hunter” słyszałam już jakiś czas temu. Moi znajomi, którzy byli po lekturze pierwszych tomów, z ogromnym zaangażowaniem tłumaczyli mi, że książki Simona Becketta jak nic przypadną mi do gustu. Autor pisząc o rzeczach makabrycznych niczego nie upiększa. Przedstawia sprawy tak jak to w rzeczywistości mogłoby wyglądać – w "środku" jest więc pełno dokładnych, napawających miejscami obrzydzeniem scen o zmianach jakie zachodzą w ludzkim ciele po śmierci. Rozkład zwłok, bo tak można to nazwać „fachowym” słownictwem, przedstawiony jest w najdrobniejszym, najbardziej odrażającym szczególe i to właśnie mi się tak bardzo podoba! Jak wiecie do romantyczki mi daleko, nic więc dziwnego, że jako fanka krwawych powieści fantastycznych, horrorów i kryminałów nie zrezygnowałam z „Chemii śmierci” nawet po zapoznaniu się z początkiem, przez który nieliczna garstka moich kolegów i koleżanek nie była w stanie się przedrzeć.

Po takim długim wstępie może wreszcie przyszedł czas, żeby przejść do konkretów. Głównym bohaterem serii Simona Backetta jest David Hunter. W chwili rozpoczęcia książki mężczyzna przeżywa najgorszy okres w swoim życiu – w tragicznych okolicznościach stracił dwie najważniejsze osoby – żonę oraz córeczkę. Wydawać by się mogło, że David, który zawodowo jest bardzo dobrym antropologiem sądowym, powinien być „obeznany” ze śmiercią na tyle, że nawet po takim traumatycznym wydarzeniu będzie w stanie dalej wykonywać swoją pracę. Niemniej jednak po wypadku rodziny Hunter chce raz na zawsze zamknąć swoją przeszłość i już nigdy do niej nie wracać. Z tego też powodu wyjeżdża do Manham – małego miasteczka, gdzie zatrudnia się jako miejscowy lekarz. Chce zacząć żyć na nowo, poniekąd przybrać też nową tożsamość, ale wypadki jakie mają miejsce w tej wydawać by się mogło spokojnej mieścinie sprawiają, że przeszłość znów powraca, a David ponownie zostaje antropologiem. I w tym miejscu zakończę opisywanie fabuły, aby nadto nie zdradzić co takiego czeka na czytelnika w „Chemii śmierci”, zajmę się jednak małą charakterystyką naszego doktora. David to tak naprawdę bardzo skryty, oszczędny w słowach i uczuciach perfekcjonista. Jest sumienny, pracowity, a do tego wszystkiego niezwykle inteligentny, bystry i kreatywny. Taki troszkę „cmentarny Sherlock Holmes” z niego. Tak wykreowana przez Simona Backetta postać głównego bohatera bardzo mnie zaintrygowała. Z zaciekawieniem zapoznawałam się, więc z każdą teorią wysunięta przez Huntera. David od samego początku zdobył moją sympatię, którą darzyłam go do ostatniej strony.

Ponieważ o samej fabule już troszeczkę powiedziałam to nie będę się zbyt mocno w to dalej zagłębiać. Powiem krótko. „Chemia śmierci” Simona Backetta to połączenie kryminału, sensacji oraz thrillera. Mamy tutaj krew, mamy trupy, mamy zbrodnie, mamy budowanie się relacji między ludźmi, mamy nawet wątek miłosny, który o dziwo mnie nie zirytował. W książce dzieje się naprawdę dużo, nie można zatem narzekać na nudę. Jedyne co mnie rozczarowało w pierwszej części cyklu o doktorze Huntera to zakończenie, które… uch, jak mam to powiedzieć, żeby nic nie zdradzić?! Po prostu nie takiego finału się spodziewałam – moja ciemna strona liczyła na coś zupełnie innego.

Jeśli chodzi o język, nie mogę się do niczego przyczepić. Styl Backetta, pomimo podjęcia dosyć ciężkiego tematu, jest lekki, przejrzysty i łatwy w odbiorze. Książkę czyta się w rekordowym tempie i czytelnik sam nie wie kiedy zapoznał się z niespełna czterystoma stronami lektury.

Reasumując, „Chemię śmierci” polecam wszystkim tym, którzy nie boją się makabrycznych opisów rozkładu zwłok, lubią thrillery i nie potrzebują w książce wątku miłosnego, który zdominowałby całą fabułę. Gdyby nie te nieszczęsne zakończenie ocena byłaby wyższa, a tak wprowadzenie do cyklu „Dr David Hunter” otrzymuje ode mnie mocną ósemkę.

„Oddychała i nagle przestała, jakby ktoś wyłączył dźwięk” – Simon Backett, Chemia śmierci, Warszawa 2011, s.323

OCENA: 8/10

Książka zalicza się do wyzwania: 52 książki, Historia zTRUPEM.



Witam. Jako, że mam okazję powiedzieć to publicznie – Marttita jeszcze raz witam w Kreatywnej Alternatywnie!
Dzisiaj zaczynamy nowy cykl. Słyszeliście już o nim? A może mieliście okazję się z nim zapoznać?



[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa AMBER