Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 maja 2017

399. Dobry romans nie jest zły!


AUTOR: Candace Camp
TYTUŁ ORYGINALNY: Indiscreet
TŁUMACZ: Wojciech Usakiewicz
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: HarperCollins

OPIS
Lord Benedict Wincross i panna Camilla Ferrand od chwili poznania serdecznie się nie znoszą. Mimo wzajemnej niechęci, szybko zdaję sobie sprawę, że ich przypadkowo zawarta znajomość może być korzystna dla obojga.

Camilla potrzebuje mężczyzny, który tworzy szyłby jej podczas pobytu w domu dziadka. Pragnie, by starszy pan uwierzył, że jest zaręczona i nie martwił się dłużej o przyszłość wnuczki. Dla Benedicta to wspaniała okazja, by bez podejrzeń dostać się do rodzinnej posiadłości Camilli Ma nadzieję wytropić ta niebezpieczny spisek, który stanowi zagrożenie dla kraju.

Para zawiera układ. Będą udawać kochających się narzeczonych. Realizując każde swój cel, Benedicta i Camilla coraz dalej brną w kłamstwa. Są pewni, że po skończonej maskaradzie już nigdy się nie spotkają. Pochłonięci odkrywaniem swoich ról nie zauważają jednak, jak rodzi się między nimi prawdziwe uczucie... [1]

RECENZJA
Po serii trudnych tematycznie lektur, które ostro wkradały się w mój umysł postanowiłam sięgnąć po romans. Coś banalnego, coś gdzie po prostu nie będę się angażować w wojnę, komunizm i tak dalej. Dlatego lektura Candace Camp wydawała mi się idealna, bo cóż może być trudnego w udawanej miłości dwójki nienawidzących się osób? Nic! Dlatego ze spokojem serca po prostu czytałam i przygotowywałam swój umysł na kolejne trudniejsze pozycje, które piętrzyły się w kolejce po „Mistyfikacji”

Camilla Ferrand jedzie do Chevington Park, gdzie mieszka jej dziadek. Młodą kobietę trapi jeden problem. Otóż powinna przywieźć ze sobą do dworu dziadka narzeczonego, którego opisywała w listach, ale no właśnie… on po prostu nie istnieje. Camilla po prostu go wymyśliła. Przez przypadek trafia na Benedykta Wincrossa, który zgadza się grać rolę jej narzeczonego, bo dzięki temu łatwiej mu będzie dostać się do jej rodzinnego domu, a co za tym idzie zdobyć potrzebne informacje. Więcej nie napiszę, bo możecie się domyślać, co dzieje się dalej, a jak nie to przeczytajcie opis. Zaspojleruje Wam wtedy połowę powieści, za co książka ma obniżoną ocenę.

Jest to typowy romans, ale bardzo dobrze mi się go czytało. Autorka ma lekkie pióro i przez strony się płynie. Owszem są lekko irytujące sceny, są pewne błędy, ale ta lektura miała mnie przede wszystkim zrelaksować. I to zrobiła. Nie wymyślałam, po co Benedict chce dostać się do domu dziadka swojej niby narzeczonej, bo wiedziałam, że za chwilę to wszystko się wyjaśni.

Mam zarzut do polskiej korekty, bo literówek na samym początku jest od groma. Apeluję do wydawnictw, aby bardziej się do tego przykładały, bo błędy psują radość czytania. Nawet w przypadku romansu.

Podoba mi się okładka jest klimatyczna i idealnie oddaje atmosferę powieści, a drugą rzeczą są ozdobniki przy rozdziałach. Uwielbiam takie rzeczy, ale oczywiście nie wymagam tego w każdej książce. Jednak, gdy już są to doceniam je.

Mimo, że jest to typowy romans to nie chciałam go kończyć. Ogromnie mi się podobał! Świetnie się przy nim bawiłam. Dużo się śmiałam sama do siebie, aż dziw bierze, że nikt z rodziny nie zawołał panów z kaftanem. Nawet żałowałam jak się skończyła. Tea świadkiem!

"Na tym polega kłopot większości mężczyzn. Pozwalają, by kobieta ujęła ich urodą, a nie cechami, które mają znaczenie, takimi jak inteligencja, lojalność czy odwaga." ~ Mistyfikacja, Candace Camp, Warszawa 2011, s. 222.
OCENA:  8/10

Przepraszam, że nie było mnie na Waszych blogach :(. Ja... Moje życie mnie zaskoczyło. Postaram się być w najbliższy weekend. Pogodnego tygodnia,
Lady Spark


[1] Opis pochodzi ze skrzydełek książki

poniedziałek, 27 lutego 2017

370. "Wojna Winstona", czyli jak dojść do władzy w czasie II wojny światowej


AUTOR: Michael Dobbs
TŁUMACZ: Anna Gralak
SERIA: Winston Churchill
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: Znak Literanova  

OPIS
Epicka powieść autora "House of Cards" o prawdziwej rozgrywce, której stawką były losy całego świata.
Kiedy Hitler wkracza do Czechosłowacji, brytyjski premier Neville Chamberlain stwierdza, że to jedynie „kłótnia w dalekim kraju między ludźmi, o których nic nie wiemy”. Tylko Winston Churchill rozumie, że właśnie zaczyna się gra o najwyższą stawkę. I wie, że ugodowiec Chamberlain nie zapewni w niej zwycięstwa Wielkiej Brytanii. Uruchamia więc skomplikowaną intrygę, by wyrwać władzę z rąk urzędującego premiera.
Aby utrzymać stanowisko, Chamberlain nie zawaha się wykorzystać Polski. W Londynie swoje rozgrywki prowadzą zresztą wszyscy – jąkający się król Jerzy VI, rozrywkowy amerykański ambasador Joseph Kennedy i sowiecki szpieg Guy Burgess. Losy władców, ministrów, dziennikarzy, fryzjerów i prostytutek splatają się w pełną emocji opowieść o jednym z największych ludzi XX wieku: sir Winstonie Churchillu.
Poznajcie prawdziwego mistrza intrygi, od którego uczył się Frank Underwood z House of Cards.
"Nazywam się Churchill. Urodziłem się, żeby stoczyć tę wojnę". [1]

RECENZJA
„House of Cards” swego czasu robiło furorę. W telewizji, w sieci, w literaturze. Ja cały czas serię o Franku Underwoodzie mam przed sobą, a na dodatek nie lubię zaczynać przygody z danym autorem od jego najsłynniejszych dzieł. Dlatego „Wojna Winstona” to dobry pomysł na zapoznanie się z prozą Michaela Dobbsa.

Akcja zaczyna się w momencie, gdy Neville Chamberlain zgadza się oddać część Czechosłowacji Hitlerowi, twierdząc, że Adolfowi się ona należy, a po drugie lepiej oddać mu kawałek mało znaczącego państwa w Europie niż doprowadzić do kolejnej wojny. Wszyscy wiemy jak to się skończyło. Wojna i tak wybuchała. Dobbs na swojego głównego bohatera wybrał Winstona Churchilla, który w momencie, gdy go poznajemy jest zepchnięty na margines brytyjskiej polityki. Nikt nie słucha tego, co mówi i jak twierdzi, że Hitler nie poprzestanie tylko na Czechosłowacji.
Dylemat politologa: to soft czy już hard power?

Warto przedstawić Wam dwie postaci, czyli Winstona Churchilla oraz Neville Chamberlaina. Zacznę od tego pierwszego i nie martwcie się, nie zanudzę was litrami faktów. Winston Churchill w 1908 roku zaczął pracę w rządzie Asquitha. Do 1914 r. było jednym z najlepszych polityków. Jego upadek nastąpił wraz z nadejściem I wojny światowej. Złe decyzje wojskowe doprowadziły do tego, że Churchill poddał się do dymisji i zaciągnął się do armii. Z sukcesem wrócił do rządu, w 1916 r. Całe lata dwudzieste XX wieku to pasmo jego sukcesów, ale gdy w 1929 r. konserwatyści przegrali wybory został on odsunięty od kierownictwa partii. Przez większość lat trzydziestych nie udzielał się politycznie. Gdy zbliżał się moment II wojny światowej był jednym z największych przeciwników w kwestii polityku ustępstw względem Adolfa Hitlera. I od tego momentu zaczyna się jego „życie” w książce Dobbsa. Z kolei Neville Chamberlain zdobył uznanie ludzi, gdy w latach 1931-1937 doprowadził do ożywienia gospodarczego. Od 1937r. pełnił funkcję premiera Wielkiej Brytanii i to on wprowadził politykę ustępstw względem III Rzeszy, co doprowadziło do oddania Niemcom części Czechosłowacji tzw. Sudetenlandu, a następnie nie zareagował na zajęcie przez Hitlera Pragi w 1939 r., chociaż wcześniej udzielił Czechosłowacji gwarancji.

Jeśli zaś chodzi o fabułę to, gdy znacie, jako tako historię świata to niczym was nie zaskoczy, a pozwoli bardziej się skupić na postaciach, które są dość równo prowadzone i każda z nich jest inna. Oczywiście nie wszystkie da się lubić, ale Dobbs w sposób oczywisty pokazał, że osobiście nie przepada za Chamberlainem za to, jaką politykę stosował wobec Czechosłowacji czy potem Polski przed II wojną światową. Uważam, że w powieściach, które oparte są na faktach historycznych jest odrobina prawdy i biorąc pod uwagę, to, co napisał Michael Dobbs i jak przedstawiał myśli Chamberlaina to sama czułam do tego człowieka niechęć. Z drugiej jednaj strony jestem w stanie zrozumieć, że chciał ustrzec ludzi przed tragedią, jaką była I wojna światowa.

I ta boska ironia <3 
Winston Churchill pokazany jest, jako człowiek kąpany w gorącej wodzie, który najpierw robi, a dopiero potem myśli. I przez swoje ciągłe mówienie, że należy stosować twardą politykę wobec Hitlera jest mało lubiany w swoim środowisku partii konserwatywnej. Z kolei Chamberlain chciał przejść do historii, jako ten, który zapobiegł wojnie, który dał Europie pokój po Wielkiej Wojnie. Niestety nie udało mu się to. Dobbs w swojej książce pokazuje intrygi, walkę o władzę i wpływy, to, co było, jest i będzie obecne w polityce do końca świata, gdzie lojalność jest pojęciem względnym i mało używanym, bo w tym świecie każdy chroni swój interes i o to by historia nie napisała o nim w złym stylu, ale by zapisał się w niej złotymi literami.

W powieści od początku mamy całe mnóstwo postaci. Począwszy od żydowskiego golarza, przez operatorkę linii telefonicznej czy pracownicę poczty, dziennikarza BBC, a kończąc na ambasadorze Stanów Zjednoczonych w Wielkiej Brytanii oraz politykach tego kraju. Na początku ciężko jest się zorientować, kto, z kim i dlaczego, ale z czasem czytelnik coraz lepiej orientuje się w całej sytuacji.

Co mnie mocno irytowało to fakt, że po 200 stronach książki Winston Churchill, jako Winston Churchill był postacią marginalną. Wszyscy o nim rozmawiali, ale on sam w zasadzie się nie pojawiał. Bardzo mnie to denerwowało, bo chciałam bardziej czytać o tym, co on robił, chociaż nie ukrywam, że tym zabiegiem Dobbs po prostu chciał nam przybliżyć każdą ze stron.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Michaela Dobbsa uważam za udane. Nie za wybitne, ale przyzwoite i chętnie zapoznam się z „House of Cards” i będę czekać na premierę drugiego tomu serii o Churchillu, ale nie tak, że będę rwała sobie włosy z głowy. Będę czekać i spokojnie ją kupię, gdy będzie miała premierę, ale nie rzucę dla niej wszystkiego, bo pierwszy tom jednak rozczarował mnie w pewien sposób, a zwłaszcza ten przedłużający się początek.

"Słowa to broń, czasem jedyna, jaka pozostaje, lecz we właściwych rękach może się okazać najpotężniejszą bronią ze wszystkich." ~Wojna Winstona, Michael Dobbs, Kraków 2017, s. 217.
OCENA:  6/10

I mamy nowy tydzień. Ciężko mi rozstać się z moim ukochanym łóżeczkiem :(, ale jak mus to mus. 
Standardowo oprócz recenzji pisanej, poniżej macie link do tej gadanej. Zapraszam również tam, bo czasami czegoś nie ujęłam w tekście, ale dopowiedziałam ;).



[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 28 listopada 2016

333. Za cicho krzyczała "Pokochaj mnie mamo"

AUTOR: Cassie Harte
TYTUŁ ORYGINALNY: I did tell, I did
TŁUMACZ: Aleksandra Kamińska
SERIA: Pisane przez życie       
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Hachette Polska  

OPIS
„Od kiedy sięgam pamięcią, nieustannie czułam się samotna. Od zawsze wiedziałam, że jestem jakaś inna i że to przeze mnie dochodzi do konfliktów w mojej rodzinie. Zdawałam sobie z tego sprawę, bo każdego dnia mi o tym przypominano.”

Cassie przez całe dzieciństwo nigdy nie czuła się bezpieczna, nikt się o nią nie troszczył. Gdy szukała wsparcia u mamy, nie mogła na nią liczyć. Jej bezbronność została wykorzystana przez bliskiego jej człowieka, który zaczął molestować ją seksualnie. W dorosłym życiu Cassie przez długi czas nie potrafiła uporać się z przeszłością. Jednak dzięki ogromnej sile charakteru przezwyciężyła traumę i rozpoczęła normalne życie. [1]

RECENZJA
Dwie książki z tego cyklu mam za sobą. Oceniam je raczej, jako średnie, ale czasami mam potrzebę wzięcia się za lekturę, która mną wstrząśnie. Potrzebuję czytelniczego oczyszczenia ze wszystkich emocji. Dlatego po przeczytaniu opisu „Pokochaj mnie mamo” zdecydowałam się zapoznać z tą lekturą.

Po przeczytaniu dwóch rozdziałów książki czułam wzbierającą we mnie złość. Cassie od samego początku nie była kochana przez swoją mamę. Była przez nią poniżana, bita i traktowana gorzej niż pies. Miałam ochotę rozszarpać za to wszystko Kathy. Rozumiałam pragnienie Cassie żeby być kochaną i jej wszystkie próby zadowolenia matki. W końcu była tylko dzieckiem. Marnym pocieszeniem był fakt, że rodzeństwo, ojciec czy babcie traktowali ją dobrze, ale nie mieli odwagi sprzeciwić się Kathy. Ta kobieta była okropna. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego ze wszystkich swoich dzieci chciała oddać właśnie Cassie do sierocińca.

Na dodatek jedna jedyna osoba, która dla Cassie była namiastką miłości zaczęła ją w okropny sposób wykorzystywać. Czytałam kolejne strony o poniżaniu, biciu i molestowaniu seksualnym i odczuwałam ból tej małej dziewczynki, a potem nastolatki. Temu dziecku najbliższe osoby zgotowały piekło na ziemi. Państwo takie jak Wielka Brytania nie reagowało, chociaż dostawało sygnały. Najpierw to, że matka chce ją oddać do domu dziecka, a potem sama Cassie nie do końca świadomie pokazywała, że dzieje się źle w jej domu.

Nawet w dorosłym życiu Cassie nie mogła liczyć na szczęście. Traumatyczne przeżycia seksualne burzyły jeden związek za drugim. Byłam oburzona, że opieka społeczna zabrała jej drugie dziecko, bo nie była go w stanie utrzymać. A gdzie byli do jasnej cholery, gdy matka znęcała się nad nią, upokarzała ją, a ten zwyrodnialec ją gwałcił? Oczywiście byli głusi i ślepi na głos dziecka, bo jej matka głośniej krzyczała, że wszystko jest w porządku.

To nie jest łatwa książka, ale jestem zadania, że jest ona potrzebna, abyśmy mogli zobaczyć, że takie rzeczy jak niekochająca matka zdarzały się w XX wieku w Europie i to w państwie wysoko rozwiniętym i cywilizowanym jak Wielka Brytania. Ta książka powinna nam pokazywać, że nie możemy być ślepi na to, co się dzieje, bo czasem to, że gdzieś się wtrącimy sprawi, że uratujemy cudze, małe, niewinne życie i z pewnością uczynimy je lepszym.

Nie sądziłam, że ta książka tak mną wstrząśnie, bo poprzednie mnie raczej rozczarowały. A tu siedziałam i kręciłam głową z niedowierzania, że takie czyny miały miejsce. Odczuwałam ból czytając, ale czytałam dalej. Płakałam, łzy paliły moje policzki, ale czytałam. Ta książka długo zostanie w mojej pamięci. Z pewnością szybko o niej nie zapomnę, bo nie da się tak łatwo zapomnieć o tym nieszczęściu, które przeżywała Cassie Harte.

 „Żal to okropne uczucie. Zżera od środka, aż w końcu doprowadza człowieka do ruiny.” ~ Cassie Harte, Pokochaj mnie mamo, Warszawa 2011, s.228.
OCENA:  9/10

Miałam Wam dać na początek tygodnia recenzję innej książki, ale ta... Ta cały czas we mnie jest, cały czas ją mam w głowie i cały czas mnie boli...

[1] Opis pochodzi z okładki książki

sobota, 19 listopada 2016

329. Magiczna Sobota z "Harrym Potterem i Przeklętym Dzieckiem"

Znalezione obrazy dla zapytania harry potter i przeklęte dziecko
AUTOR: J.K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne
TYTUŁ ORYGINALNY: Harry Potter and The Crused Child Part One & Two
TŁUMACZ: Małgorzata Hesko – Kłodzińska, Piotr Budkiewicz      
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO:  Media Rodzina

OPIS
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony. [1]

RECENZJA
Jestem dzieckiem wychowanym na Harrym Potterze. Przyznam się bez bicia, że uwielbiam świat stworzony przez Rowling. Kocham go całym sercem. Gdy tylko ukazała się niby kolejna część przygód słynnego czarodzieja, od razu ją kupiłam. Unikałam jednak jak ognia recenzji czy innych opinii. Chciałam sama się przekonać czy ta książka jest coś warta. Dlatego by się nie rozczarować wmawiałam sobie, że to zupełnie nowa powieść. W sumie nie pomyliłam się dużo, bo napisana jest w formie sztuki. Tak, tak. Wiem, że to scenariusz, ale inaczej tego w słowa nie umiałam ubrać. Przejdźmy po prostu do fabuły!

Scenariusz rozpoczyna się od sceny, którą dobrze znamy z epilogu Insygniów Śmierci. Całe rodziny Potterów oraz Granger – Weasley odprowadzają swoje dzieci na peron 9 i 3/4, aby te udały się do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Albus Potter, czyli środkowe dziecko Harry’ego obawia się, że trafi do Slytherinu. Chłopiec w pociągu zaprzyjaźnia się z Scorpiusem Malfoy’em, czyli synem wroga swojego ojca z czasów szkolnych. Zaczynając tę znajomość traci wierną przyjaciółkę Rose, która jest jednocześnie kuzynką Albusa. Młody Potter trafia do Slytheriunu, w szkole uznawany jest za charłaka, bo zajecia wcale mu nie idą, a na dodatek jego ojciec, który pracuje w Ministerstwie Magii ma problemy, bo wydaje się, że zło po dziewiętnastu latach zaczyna wracać w swojej najgorszej postaci. Co wspólnego ma z tym Albus Severus Potter? Czy Harry James Potter znowu uratuje świat czarodziejów i czarownic?

Wartym zaznaczenia są relacje panujące w rodzinie Harry’ego. O ile z najstarszym synem Jamesem i jedyną córką Lily ma dobre stosunki to z kolei z Albusem nie może się dogadać. Chłopak nie może poradzić sobie z presją, która ciąży na nim z powodu bycia synem Złotego Chłopca.

Chociaż nie sądziłam, że tak będzie to muszę przyznać, że podczas czytania bawiłam się znakomicie. Co prawda to nie było to, co chociaż pierwsza część, to jednak wcale nie uważam, że jest zła czy fatalna. Jest po prostu inna. Może moja opinia wynika z tego, że podchodziłam do tego, jako do czegoś nowego i na dodatek z przekonaniem, że mnie rozczaruje, a nie oczaruje.

Dzięki „Harry’emu Potterowi i Przeklętemu Dziecku” ponownie przeniosłam się do świata magii, do którego tak mocno tęskniłam. Znowu poczułam się jak dziecko, które odkrywa ten świat pierwszy raz. Jeśli podejdziecie do tego bez oczekiwań, bez zbędnych nadziei to powinno się Wam spodobać. W innym wypadku poczujecie gorycz rozczarowania i zniszczycie swój potterowy świat.

„Na tym właśnie polega przyjaźń, prawda? Nie wiesz, czego potrzebuje twój przyjaciel, wiesz tylko, że potrzebuje.” ~ J.K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko, Poznań 2016, s. 159.

OCENA:  8/10

Zamiast Luźnej Soboty mamy Magiczną Sobotę. Wy czytajcie, a ja idę do pracy. Mua! 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 6 października 2016

312. "Paryż" nie jedną historię już widział

Znalezione obrazy dla zapytania paryż książka
AUTOR: Edward Rutherfurd
TYTUŁ ORYGINALNY: Paris
TŁUMACZ: Agnieszka Mitraszewska
SERIA: Szmaragdowa seria
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Czarna Owca

OPIS
Poruszająca powieść o Paryżu, w której zostały przedstawione dzieje czterech rodzin: arystokratycznego rodu de Cygne’ów, szukających zgubny rewolucjonistów Le Sourdów, Blanchardów, których nie uchroni przed skandalem mieszczańska nobliwość, oraz ciężko pracujących Gasconów o wybujałych ambicjach. Ich losy splatają się na przestrzeni wieków poprzez zakazane związki, małżeństwa z rozsądku, pragnienie zemsty i śmiertelnie niebezpieczne tajemnice.
Historia miasta ożywa na stronach powieści poprzez intrygi, wojny, sztukę i chwałę jego mieszkańców. Edward Rutherfurd ukazuje Paryż w sposób niezrównany: opowiadający o dwóch tysiącach lat miłości, codzienności i dramatów ludzi, którzy zmienili niewielką osadę handlową na błotnistym brzegu Sekwany w najbardziej uwielbiane miasto świata. [1]

RECENZJA
Gdy zobaczyłam to tomiszcze na półce sklepu „Świat Książki” od razu poczułam, że muszę je mieć i byłam na nią ogromnie napalona. Prosta okładka, obiecujący opis z tyłu, czyli musiało być dobrze, bo przecież nie mogłam się tak mylić? A jak było naprawdę?

Może zacznę od postaci, a potem przejdę do całej reszty. Nie będę opowiadać o tym, co ich spotykało i jak splotły się ich losy, ale coś napomknę. Jako pierwszy na tapetę idzie Thomas Gascon, który pracuje przy budowie Statui Wolności, która była podarunkiem od Francji dla Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Osobiście poznaje inżyniera Eiffel, który w późniejszych latach buduje wieżę Eiffla. Robi na słynnym konstruktorze pozytywne wrażenie, ale ich pierwsze spotkanie zakłóca przybycie siostry z informacją, że młodszy brat Luca zaginął (swoją drogą w późniejszy latach okazuje się postacią, którą sama bym zabiła). Thomas bierze udział – jak wielu paryżan – w pogrzebie Victora Hugo, aby jednak zapewnić sobie dobrą widoczność przyczepia się do okna na ulicach miasta, co potem przeklina, bo z tego powodu nie jest wstanie dogonić pięknej nieznajomej, którą pokochał od pierwszego wejrzenia. Po kilku latach drogi i jego i Gustava Eiffel znowu się splatają, a inżynier zatrudnia go przy budowie znaku Paryża, czyli wieży Eiffla. Thomas wbrew opinii rodziców zgadza się przyjąć pracę, a tym samym odrzuca, jako żonę pannę z dobrego domu i z dobrym – jak na ich klasę społeczną – posagiem. Thomas po prostu wybiera to, co on chce robić w przyszłości chce żyć i być szczęśliwym z tego, czego dokonał, a nie tylko egzystować jak to robił jego ojciec, który pracował tylko tyle ile był oto konieczne. Polubiłam go, bo był taki normalny. Bez wywyższania się czy też poniżania przed innymi. Chciał po prostu czerpać z życia garściami na tyle na ile pozwalała mu jego klasa społeczna. A to, do czego posunął się podczas II wojny światowej… Nie wiem czy zrobiłabym to samo… Jego występek z jednej strony podziwiam, ale z drugiej strony potępiam.

Kolejna rodzina to Blanchardowie i poznajemy ich w momencie, gdy głowa rodziny Jules informuje swoją byłą kochankę o tym, że urodziła mu się upragniona – po dwóch synach – córka. Problemem jest tylko fakt, że żona nie zgadza się, aby nazwać dziewczynkę Josephine. Jules dawno temu obiecał kochane, że to właśnie jej imię będzie nosiła jego córka, jako podziękowanie za to, co zrobiła dla niego w przeszłości. Kobieta zwalnia go z tego obowiązku, a jednocześnie wysłuchuje jego planów jak po śmierci ojca otworzy w Paryżu ogromny sklep – coś jak obecne centra handlowe. Wdraża we wszystko swojego najstarszego syna Gerarda, który uważa, że ojciec powinien interesować się tylko hurtem, bo sprzedaż detaliczna przynosi największe straty. A skandal wisi w powietrzu… Czy polubiłam tę rodzinę? Sama nie wiem. Nie stali się moimi ulubieńcami. Po prostu byli po byli. Ich losy zdecydowanie mniej mnie ciekawiły niż pozostałych rodów. Skandal, o którym mowa w opisie w obecnych czasach wcale nie byłby skandalem i może, dlatego to mnie wcale nie wzruszyło. Musiałam cały czas pamiętać, że akcja dzieje się w dawnej Francji i wtedy to była dla rodziny hańba. Jedno tylko się nie zmieniło na przestrzeni lat, że facet zawsze może uciec od odpowiedzialności, a kobieta nigdy.

Arystokratyczny ród de Cygne, który przypisał sobie, że rycerz z „Pieśni o Rolandzie” jest ich przodkiem oraz jeden z „Trzech Muszkieterów” również – Atos d’Artagnan to kolejna rodzina, której losy poznajemy. Pierwszą postacią, a w zasadzie główną, której losy będziemy śledzić do samego końca jest Ronald D’Artagnan Dieudonne de Cygne, który spaceruje z księdzem po ogrodach. Ma wtedy sześć lat. Autor przez długi czas omijał tę rodzinę w kolejnych rozdziałach. Dał jeden z ich przeszłości, który bardzo mi się podobał. Ronald miał bardzo dobre kontakty z ojcem, który po śmierci żony, gdy synek miał siedem lat nie ożenił się z żadną inną kobietą. Chłopak w końcu decyduje się zostać żołnierzem. Mijają lata, a on dalej nie wie, że pewnej nocy był o krok od śmierci. Gdy dociera do niego ta plotka od razu postanawia działać. Początkowo to jego wątek chciałam poznać najbardziej, ale z czasem autor poświęcał mu mniej czasu, więc mój entuzjazm zdecydowanie osłabł, gdy w końcu znowu się pojawił, ale ostatecznie to jak Rutherfurd poprowadził ten wątek podobało mi się i uważam, że zrobił to prawie po mistrzowsku.

Le Sourdowie to rodzina, która nie popiera monarchii ani rządów kościoła. W późniejszych okresach są za rewolucją w Rosji, czyli podpina się ich pod komunistów. Jacques le Sourd ma tylko matkę, bo ojciec został rozstrzelany przez monarchistów podczas walk o Paryż. Kobieta mówi synowi, kto jest odpowiedzialny za śmierć ojca ten poprzysięga zemstę na tej rodzinie. Mimo upływu lat Jacques nie zapomniał o swojej obietnicy i śledzi syna tego człowieka. A ich losy splatają się w wielu miejscach Paryża. Jest nawet o krok od spełnienia swojej obietnicy. Miał nawet dwie takie sytuacje, ale coś go przed tym powstrzymywało. W zasadzie mam mieszane odczucia odnośnie tego, co autor tutaj zawarł. Świetnie, że każda z tych rodzin była z innej klasy społecznej, wyznawała inne wartości i inaczej się zachowywała, ale Le Sourdowie byli chyba najbardziej pomijani. Więcej ich pojawiało się w okresie II wojny światowej, ale to też nie porywało.

Książka ma wiele wątków, ale nie sprawiło mi problemów, żeby się w nich pogubić. W odróżnieniu od „Niezwykłych kobiet Romanowów” tu łatwiej orientowałam się w powiązaniach i relacjach. Mnie najbardziej zainteresował wątek arystokratycznego rodu de Cygne oraz le Sourdów.

Jeśli zaś chodzi o to czy autor oddaje magię, widoki Paryża to odpowiadam, że Rutherfurd odrobił lekcje i raczy nas fenomenalnymi opisami Miasta świateł. Idealnie oddawał klimat czasów, które opisywał. Chociaż zaczynamy akcję od XIX wieku to autor, co jakiś czas wplatał rozdziały z wcześniejszych lat, dzięki czemu przybliżał nam panujące relacje między poszczególnymi rodami czy też cechy charakterów przypisane do danej rodziny. Na dodatek taki zabieg pokazał nam jak bardzo zmienił się Paryż na przestrzeni wszystkich lat.

Czy się pomyliłam odnośnie książki? Nie, zdecydowanie jest to pozycja, której warto poświęcić każdą chwilę. Ja miałam ten problem, że nie mogłam się w niej zatopić całkowicie i czytałam ją przez miesiąc z powodu braku czasu. A ta pozycja zdecydowanie zasługuje na to, aby poświęcić jej więcej czasu, gdy znowu się wraca do czytania, a nie tylko godzina dziennie. To jest naprawdę dobra książka, którą będę polecać wszystkim, ale wiem, że ze względu na gabaryty mało osób się na nią zdecyduje.
„Miłość nadchodzi nagle, nieproszona, nieoczekiwana, i zostaje na pewien czas, a potem odchodzi daleko, do miejsca, gdzie znów jest nieosiągalna." ~ Edward Rutherfurd, Paryż, Warszawa 2014, s. 441.
OCENA: 7/10

No i znowu ja! Ale tym razem z pozycją bardzo wartościową.
Idę do pracy. Całusy!

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 26 września 2016

308. "Żona oficera" - wojna to paskudna sprawa

Znalezione obrazy dla zapytania żona oficera
AUTOR: Philippa Gregory  
TYTUŁ ORYGINALNY: Fallen Skies
TŁUMACZ: Urszula Gardner
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Książnica

OPIS
Rok 1920, Wielka Brytania. Kraj otrząsa się po pierwszej wojnie światowej. Młodziutka Lily Valance pragnie zapomnieć o ciężkich czasach i rzuca się w wir szalonych lat dwudziestych. Gdy spotyka przystojnego kapitana Wintersa, ulega czarowi jego pozycji społecznej i bogactwa. On liczy na to, że związek z młodą śpiewaczką pozwoli mu się wyzwolić od traumatycznych wspomnień.

Lily decyduje się poślubić Stephena Wintersa, a jednocześnie zamierza kontynuować karierę sceniczną. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak trudne będzie wejście do klasy średniej i stawienie czoła hipokryzji skrywanej za fasadą domu Wintersów.

Stephen nie potrafi sobie poradzić z dręczącymi go koszmarami, aż w końcu prawda o jego wojennych losach zmusza rodzinę do bolesnego rozliczenia z przeszłości. [1]

RECENZJA
Nazwisko Gregory nie jest mi obce. Wielokrotnie widziałam bijące po oczach zapowiedzi książek tej autorki. Jednak do tej pory nie było mi z nimi po drodze. W końcu wpisałam ją na swoją listę książek do przeczytania w najbliższym czasie i dotrwałam do niej. Poznajmy, zatem co w trawie piszczy.

Jest rok 1920. Dwa lata po I wojnie światowej. Świat dalej w szoku, ale cały czas próbuje się podnieść po tym jak synowie oddawali życie w imię wyższych celów. Wielu z nich zginęło, a część powróciła do domu nie zawsze pogodziwszy się z tym, co ich spotkało na froncie.  Do takich osób należy Stephen Winters, do którego przylgnęła łatka najbardziej irytującej postaci męskiej roku. Miewa on nocne koszmary spowodowane skutkami wojny. Nienawidzi własnych rodziców, którzy zmusili go do pójścia na front w połowie jej trwania. Nienawidzi ich za to, że bardziej kochali jego starszego brata Christophera. Wykonuje zawód prawnika w kancelarii swojego sparaliżowanego ojca, chociaż tego nienawidzi. Z rodzicami nie łączy go nic oprócz nazwiska i więzów krwi. Pewnego dnia podczas pobytu w music-hallu spotyka czarującą Lily Valance, która jest młodą śpiewaczką. Nienawidzi wojny, bo zabrała jej dzieciństwo. Aby uporać się z tym, co wyrządziła jej wojna udaje, że nie miała ona nigdy miejsca. Dla Stephena jest nadzieją, że pomoże mu wydobyć się z otchłani koszmarów, w które sam się wpakował podczas wojny. Po śmierci matki dziewczyna zgadza się poślubić Stephena, ale tylko z powodu, że nie ma gdzie iść. Ma problem z przystosowaniem się do zasad klasy wyższej, w jakiej się znalazła. Przede wszystkim ma problem ze swoim mężem, który nagle stał się dla niej obcą osobą. Stephen nie chciał mieć żony, ale marionetkę. Kogoś, kim mógłby kierować i kogo mógłby posiąść w łóżku, gdy tylko tego zapragnie. Ogólnie cała jego rodzina jest sztuczna i pozbawiona jakiejkolwiek pasji życia. Ponad wszystko stawiają zasady wyznawane przez klasę wyższą. Jego matka nie współczuje synowej, nawet, gdy ta jest gwałcona przez Stephena i słyszy to cały dom. Lily wbrew woli męża kontynuuje karierę sceniczną i coraz mocniej zapada się koszmar, jakim jest to małżeństwo.

I to stało się! Znalazłam postać męską, która irytowałaby mnie bardziej niż damska. Kochana Tea tego świadkiem, że mordowałam Stephena za każdym razem, gdy krzywdził biedną, Lily. Nie polubiłam go. Miałam wrażenie, że chciał zdobyć Lily siłą, uzależnić ją od swojej woli. Jest on sadystą i wrakiem mężczyzny. Kimś, do kogo nie można mieć odrobiny szacunku – nawet, jeśli weźmie się pod uwagę czasy w jakiś dzieje się akcja. Chciał, żeby młoda żona pomogła mu pozbyć się koszmarów. I ona swoim zachowaniem to robiła. Postawiła cały dom do życia poprzez przyjmowanie przyjaciół czy narodziny dziecka, ale to chyba on jednak nie chciał nigdy wyjść z tego, co przeżył. Był zazdrosny o to, że ona żyje jakby wojny nigdy nie było. Nie mógł znieść, że poświęca uwagę innym (w tym ich dziecku, które jej zrobił, gdy chciał by zrezygnowała z występów) a nie jemu. Bardziej jej nienawidził niż ją kochał. Użalał się wiecznie, że nikt się z nim nie liczył i nie liczy. Że jego pragnienia nie są wcale ważne. Ale prawda jest taka, że on robił dokładnie to samo.

Lily jest młodą kobietą. Zagubioną po śmierci swojej mentorki i opiekunki. Godzi się na to, co oferuje jej Stephen, ale jednocześnie jej serce bije do zupełnie innego mężczyzny. Nigdy nie odkryła, co jej mąż popełnił podczas wojny. Próbowała mu być dobrą żoną na tyle na ile pozwalał jej instynkt. Było mi jej żal. Naprawdę. I co najgorsze, że wiele kobiet w tamtych czasach godziło się na to. Pozwalały w imię wyższych zasad by mąż je posiadał noc w noc bez ich zgody, by obce kobiety wychowywały ich dzieci, by nie pokazywały jak bardzo boli je ich śmierć. Nie miały łatwo. Oprócz Lily jest wiele innych postaci w tej książce, ale to właśnie ona i Stephen grają główne role oraz Boycott, który jest niemym sługą Stephena. Pod koniec bardzo mnie zaskoczył i cieszyłam się, że Gregory stworzyła właśnie taką postać.

W tej książce najbardziej należy się skupić na męskiej postaci, która wcale nie jest taka jak się nam wydaje na początku. Okazał się okropnym mężczyzną, sadystą bez serca. Kim kto kompletnie nie ma pojęcia o uczuciach, którego podnieca przemoc. Aż mnie wstrząsnęło, gdy to napisałam. Gdybym miała to wszystko oceniać tylko przez jego pryzmat to pewnie byłoby to gdzieś w granicach dwóch lub trzech.

Ogólnie to cud, że klasa wyższa po wojnie w ogóle przetrwała przy tym, co wyznawali i uznawali za stosowne. Dla nich nie było normalne, że matka rozpacza po swoim porwanym dziecku, że płacze, szuka. Dla nich było to wstyd. Nie wiem, jakim cudem przetrwali, ale to powinno być gdzieś wyjaśnione, bo przy ich braku emocji to aż nienormalne!

Gregory zrobiła wspaniałą powieść powojenną, w której pokazała, z czym musieli się mierzyć żołnierze wracający z frontu. Podoba mi się jej styl pisania i z chęcią sięgnę po coś więcej tej autorki. Ma ogromną lekkość pisania i mimo gabarytów książki czyta się je szybko, a to duży plus. Stworzyła ona historię, która mnie niestety nie zaskoczyła, bo mniej więcej w połowie już wiedziała, o co chodzi, ale mimo wszystko ponownie znowu tak zamotała, że zwątpiłam w swój tok rozumowania, ale w końcu go potwierdziła! No i to zakończenie. Nie do końca wiem, co o nim myśleć… Ale wam pozycję jak najbardziej polecam, jeśli lubicie akcję dziejące się w przeszłości.

„Krzywda może nas spotkać wyłącznie ze strony osób, które kochamy." ~ Philippa Gregory, Żona oficera, Wrocław 2014, s. 231.
OCENA: 6/10

Wybaczcie nam nieobecność w sobotę, ale cóż ja miałam remont i ogarniam po nim mieszkanie. A w zasadzie te wszystkie książki na które brakuje już mi miejsca, ale to mało ważne. Powoli wracam do normalności i to się liczy. Do następnego. Całusy :)

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 5 września 2016

300. Gdy państwo nie reaguje to pokaż światu, że nie jesteś stracony

Znalezione obrazy dla zapytania dzieciak książka
AUTOR: Kevin Lewis
TYTUŁ ORYGINALNY: The kid
TŁUMACZ: Agnieszka Myśliwy
SERIA: Historie Prawdziwe
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Znak

OPIS
Kevin od maleńkości był bity i głodzony przez biologicznych rodziców. Przeszedł przez piekło, nim wreszcie zareagowała opieka społeczne. Trafił do rodziny zastępczej, ale to nie był koniec jego nieszczęść. Nikt mu nie pokazał, jak z koszmaru dzieciństwa przejść do normalnego i samodzielnego życia.
Odrzucony przez tych, którzy powinni byli mu pomóc, zagubiony i coraz bardziej bezradny, znalazł się na skraju przepaści. Los jednak postawił na jego drodze Julię – kobietę, która nie bała się jego słabości i lęków. Jej miłość pozwoliła Kevinowi odwrócić bieg jego życia.
Na podstawie tej wstrząsającej, lecz dającej nadzieję historii powstawał film pod tym samym tytułem. [1]

RECENZJA
Życie pisze zawsze najlepsze scenariusze. Chociaż w przypadku tej książki jak i wielu, które podchodzą pod tematykę „Prawdziwe historie” słowo najlepsze nie jest właściwe. Odpowiednim byłoby, że pisze najgorsze scenariusze z możliwych i przekonał się o tym nie kto inny jak autor powieści Kevin Lewis, który postanowił podzielić się ze światem swoimi przeżyciami z dzieciństwa, by w końcu wyzwolić się z koszmaru, w którym trwał przed długi okres swojego życia.

Kevin przyszedł na świat w rodzinie, która główną są egzystencję miała dzięki pomocy państwa, czyli zasiłkom, które i tak nigdy nie były przeznaczane na to, co potrzeba, czyli jedzenie czy też ubrania dla niego lub młodszych braci bądź też sióstr. Jego matka była kobietą o wątpliwym zdrowiu psychicznym i to właśnie Kevin stał się jej kozłem ofiarnym. Czytając to, w jaki sposób kobieta znęcała się nad nim wywoływał u mnie ciarki na plecach. Nigdy nie tego nie zrozumiem i nie pojmę, czemu matka jest w stanie krzywdzić własne dziecko. Dla mnie to nie wydaje się logiczne i normalne.

Chłopczyk nie dostał pomocy od nikogo. Państwo umywało od tego ręce, a to wszystko ze względu na brak dowodów. Cóż ciężko o nie skoro na inspekcję przychodzi się dwa tygodnie po zawiadomieniu. Jasne, że wtedy większość siniaków zblednie i zniknie. Na dodatek, gdy informuje się wcześniej o wizytacji pewnie, że nie wpadnie się w sam środek domowej awantury i przemocy. Niestety tak działało prawo wtedy w Irlandii i innych państwach i pewnie tak samo jest do tej pory. Ofiara najczęściej dostaje pomoc, gdy jest już za późno na jakiekolwiek zmiany w jej zachowaniu. Urodzona w patologicznej rodzinie rzadko, kiedy wychodzi na prostą i w dorosłym życiu nie powiela błędów własnych rodziców.

Kevin przez całe swoje życie walczył przede wszystkim o to by wyrwać się z biedy i zacząć godne życie na poziomie. Nie chciał utrzymywać kontaktu ze swoimi rodzicami i wcale się temu nie dziwie. Dość zła wycierpiał się z ich strony. Gdyby państwo zareagowało wcześniej życie tego mężczyzny mogło wyglądałoby zupełnie inaczej. Jednak niestety aparat państwowy nie działa sprawnie. Zazwyczaj nie chce on się wtrącać uznając, że prywatne problemy to nie ich problem, ale gdy cierpi dziecko to jest ich problem! Zawsze to jest ich problem! Po to oni są by pomagać! Interweniować by dzieci dostawały godne warunki.

Książkę czyta się szybko, ale jest to również wydanie kieszonkowe z dość dużą czcionką. Zajęła mi ona niecałe dwa dni. Język nie porywa, ale czasami tak bywa w tego typy książkach. W nich chodzi głównie o pokazanie emocji, prawdy i ludzkiego dramatu, który rozgrywa się w rodzinie. Rodzinie, która powinna być oazą bezpieczeństwa. Schronieniem, a nie miejscem wojny, walki z oprawcami, którzy powinni nas kochać bezwarunkowo. Książka jest mocna, ale nie na tyle bym zapamiętała ją na długi czas i sama nie wiem, dlaczego tak się stanie, bo przecież tematyka jest bardzo poważna.
„Gdy nie masz nic do stracenia, ustawiasz się na bardzo silnej pozycji." ~ Kevin Lewis, Dzieciak,  Kraków 2012, s. 201.

OCENA: 6/10

Widzicie to co ja i Tea? 300? Już 300 postów za nami. Wzruszam się, gdy widzę jak bardzo KA rozwinęła się od początku. Czuję się jak dumna mama, bo to takie moje dziecko. 
Po pracującym weekendzie czas na wolny poniedziałek. Idę się lenić! 

poniedziałek, 25 lipca 2016

282. Za zdradę karze się śmiercią, bo "Niewierna córka" to największa hańba


AUTOR: Hannah Shah
TYTUŁ ORYGINALNY: The Imam’s Daughter
TŁUMACZ: Paweł Rojewski
SERIA: Pisane przez życie  
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Hachette Polska

OPIS
W tym świecie śmierć córki jest lepsza, niż dyshonor rodziny…
Hannah jest córką imama, muzułmańskiego przywódcy religijnego. Niechciana przez ojca, bita i gwałcona, żyje nadzieją, że ktoś ją w końcu ocali.
Kiedy odkrywa, że rodzina planuje wysłać ją do Pakistanu w celu zawarcia zaaranżowanego małżeństwa, znajduje w sobie dość siły i odwagi by uciec. Wybiera inną wiarę – porzucenie islamu jest jednak największym grzechem, jakiego może dopuścić się muzułmanin. Karą jest wyrok śmierci…   [1]

RECENZJA
Książki z serii „Pisane przez życie” zawsze są trudne do oceny, a to wszystko ze względu na ich poważną tematyką i świadomość, że te historie miały miejsce naprawdę. Nie można czytając wmawiać sobie, że to tylko fikcja literacka, wymysł narratora. Musimy radzić sobie z faktem, że to wydarzyło się w rzeczywistości.

Historia Hannah jest bardzo okropna, okrutna i pełna bólu. Dziewczynka jest córką imama, czyli muzułmańskiego przywódcy religijnego. W islamie dziewczynki z góry są gorsze od chłopców i żadna z rodzin nie chce by te się rodziły. Hannah od samego początku swojego życia miała świadomość, że ojciec jej nie kocha, i jej nienawidzi. Do pewnego momentu z wyjątkiem milczenia i obojętnego podejścia do jej szkolnych sukcesów nie robił jej krzywdy. Jednak, gdy tylko pierwszy raz sprzeciwiła się jego woli rozpoczęło się piekło dziewczynki, która miała zaledwie kilka lat. Piekło, z którym musiała żyć, w którym musiała być i z którego sądziła, że nie ma żadnego wyjścia. Już, jako dziecko czuła, że w jej rodzinie nie jest tak jak powinno być. Zazdrościła swoim koleżankom z Wielkiej Brytanii gdzie mieszkała od urodzenia tego, że mogą być swobodne, wyzwolone i radosne. Ona tego nie mogła mieć. Musiała przestrzegać ścisłych zasad muzułmańskiego świata i żyć ze świadomością, że kiedyś wyjdzie za mężczyzny, którego nigdy nie pokocha i który będzie traktował ją jak najgorszego śmiecia.

Autorka, która jest osobą, która przeżyła to wszystko na własnej skórze w bardzo dokładny sposób opisuje swoją gehennę. Ojca, który ją bił i gwałcił, obojętność matki i traktowanie jej jak niewolnicę przez wszystkich członków. Wielokrotnie wzdrygałam się, gdy czytałam pewne opisy i szczerze jej współczułam. Nie znam Koranu, więc nie wiem jak dobrze autorka oddała zapisy angielskiej wersji, ale zgodnie z tym, co ona zrozumiała, gdy studiowała go dwukrotnie znaczyłoby, że wcale nie jest on tak radykalny, że to ludzie czytając go w języku arabskim (a tylko tak może być czytany), czyli najczęściej jest nierozumiany, bo w większości muzułmanie nie mówią w tym języku. Odejście od religii w islamie nie jest odbierane dobrze. Grozi za to kara śmierci. Tak naprawdę w tym świecie człowiek jest poddany wyznaniu i lepiej żeby umarł niż zhańbił rodzinę, by córka wyszła za mężczyznę, którego kocha.

To druga książka o tym świecie, którą przeczytałam w bardzo krótkim czasie i to pewnie, dlatego weszłam w nią bardzo mocno. Współczułam Hannah, ale jednocześnie nie rozumiałam jej wywodów, że świat powinien się zainteresować tym jak muzułmanie traktują kobiety. Co z tego, że to robią? Kiedy to islamscy mężczyźni wcale tego nie chcą. Odgrażają się wtedy i są gotowi za to człowieka pobić? Nie rozumiem tego. Poważnie. Ci ludzie uważają, że skoro Zachód jest tak bardzo cywilizowany to, gdy oni do niego przyjeżdżają to powinni dostać to, co najlepsze, czyli: zasiłki, meczety, tolerancję i specjalne ulgi, bo w końcu to cywilizowany świat. A prawda jest taka, że ci ludzie nami gardzą, uważają, że będziemy smażyć się w piekle, bo nie wierzymy w Allacha. Mają nas za gorszych od psów. Nie mówię, że wszyscy muzułmanie tacy są, bo przykład Hannah idealnie pokazuje, że ona od dzieciaka była świadoma tego, że ludzie nawet mimo innego koloru skóry są sobie równi i nie ważne jest, w kogo wierzą. Najważniejsze jest by byli dobrymi ludźmi.

Nie traktujecie tego, co, powyżej jako jakiegoś ataku na tę społeczność. To po prostu moje luźne przemyślenia, które wykreowały się podczas pięciu lat studiów. Prowadzący jedne zajęcia powiedział, że emigracja muzułmanów na Zachód przypomina przyjście do kogoś na kawę. Fajnie jest dopóki ten ktoś wypije kawę i wychodzi, ale już mniej fajnie jest, gdy zaczyna nam rządzić we własnym domu i dyktować, co powinniśmy robić. Podpisuję się pod tym, bo my jadąc do kraju islamskiego nie możemy domagać się kościoła.  Warto to przemyśleć nim poprze się autorkę w jej końcowych słowach. Nie pomożemy komuś, kto tej pomocy nie chce, nie zmienimy kogoś, kto tej zmiany nie chce. Do tanga trzeba dwojga.

Książka pochłonęła mnie bardzo mocno. Spotkanie z nią oceniam, jako pożyteczne i bardzo kształcące. Jeśli interesują was te tematy to myślę, że powinniście poznać bliżej historię Hannah, która z muzułmanki stała się chrześcijanką…

„Dręczyła mnie przeszłość, przerażała teraźniejszość i bałam się przyszłości." ~ Hannah Shah, Niewierna córka, Warszawa 2012, s. 184.


OCENA: 7/10

No i kolejna ze starszych recenzji. Jeszcze chwile temu chciałam nowy miesiąc, ale podejrzewając, że mam w sierpniu stać więcej dwunastek powoduje u mnie płacz i niechęć do wszystkiego. Mam nadzieję, że jakoś to przetrwam. 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 30 maja 2016

259. Niekorzystna dla Kościoła "Tajemnica Filomeny"

AUTOR: Martin Sixsmith
TYTUŁ ORYGINALNY: The Lost Child Of Philomena Lee
TŁUMACZ: Magdalena Rychlik
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
Irlandia, rok 1952. Nastoletnia Filomena Lee zachodzi w ciążę, rodzina wysyła ją do klasztoru w miejscowości Roscrea, w hrabstwie Limerick, gdzie zakonnice „opiekują się upadłymi kobietami”. Kiedy chłopiec, którego urodziła, kończy trzy lata, zostaje odebrany matce, „sprzedany” przez zakonnice do adopcji amerykańskiej rodzinie i wywieziony z Irlandii. Filomena, zmuszona do formalnego zrzeczenia się wszelkich praw do dziecka, nigdy więcej go nie zobaczyła, kolejne pięćdziesiąt lat spędziła na poszukiwaniach. Nie miała pojęcia, że i syn szukał jej przez całe swoje życie.

Michael (takie imię dali mu przybrani rodzice) Hess wyrósł na jednego z najlepszych waszyngtońskich prawników. Zajmował wysokie stanowisko w strukturach Partii Republikańskiej za czasów administracji George’a Busha Seniora. Ale syn Filomeny miał pewną tajemnicę: był gejem. Waszyngton w latach osiemdziesiątych nie należał do miejsc, gdzie można było otwarcie mówić o swojej odmiennej orientacji seksualnej. Kiedy zachorował na AIDS, ukrywał to tak długo, jak to było możliwie. Wiedząc, że zostało mu niewiele czasu, pojechał do Irlandii, by błagać zakonnice o pomoc w odnalezieniu matki, którą pragnął zobaczyć przed śmiercią. Odmówiły.

Tajemnica Filomeny jest poruszającą opowieścią o matce i synu rozdzielonych przez bezduszne instytucje oraz morze urzędniczej hipokryzji po obu stronach Atlantyku. [1]

RECENZJA
O „Tajemnicy Filomeny” było swego czasu głośno. Wywołała ona niemałe poruszenie, a także oburzenie, że ludzie Kościoła mogli się tak zachowywać. Jednak to była połowa XX w., zaledwie kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Wszystko było inne niż teraz. Mnie ta historia tak mocno nie ubodła, ponieważ moja mama i babcia jeszcze za czasów komunizmu czytały różne książki, w których opisano wiele podobnych jak i gorszych historii z przeszłości Kościoła. Ja jednak podobnie jak przy „Kodzie Leonarda da Vinci” pochodzę do tego, że Bóg to nie księża czy siostry zakonne. Przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli recenzji.

Książka zaczyna się od momentu, w którym Filomena rodzi swojego synka Anthony’ego. W klasztorze panują surowe reguły. Zakaz rozmów. Młode dziewczęta obwiniane są o to, że nie wiedziały skąd się biorą dzieci, że są rozwiązłe. Ale skąd mogły wiedzieć? Nikt z nimi o tym nie mówił. Wiecznie słyszały, że pocałunek to grzech, a gdy nagle pojawiła się ciąża to wszyscy się od nich odwrócili, wysyłali do zakonnic, które chciały zapłaty za opuszczenie klasztoru. Filomena nie miała wymaganej kwoty, dlatego musiała pracować na swoje utrzymanie tam i możliwość wyjścia. Chociaż próbowała się sprzeciwiać to z góry była skazana na porażkę. Wtedy w Irlandii Kościół odgrywał ważną rolę, a ludzie byli przeświadczeni o jego nieomylności, więc nie miała szans na powrót w rodzinne strony wraz z synkiem, ponieważ na zawsze miała zostać kobietą upadło i jako kobieta niezamężna nie nadawała się do opieki nad dzieckiem.

Anthony po przyjeździe do Ameryki stał się Michaelem, ale nie powiem, że miał szczęście odnośnie swoich adopcyjnych rodziców. Jeszcze matka była miłą i ciepłą kobietą, która chroniła ognisko domowe, ale ojciec to tyran i despota. Tylko jego zdanie liczyło się i tylko tak miały postępować jego dzieci. To nie pomogło małemu dziecku zaklimatyzować się w nowym świecie. Nic dziwnego, że Anthony vel Michael czuł się wiecznie zagubiony i miał odruch odpychania od siebie każdego, kto okazywał mu miłość. Nie można też mu nie zarzucić lekkiej hipokryzji, ponieważ wstąpił w szeregi administracyjne Partii Republikańskiej, która była zdecydowanie przeciwna gejom i wszelkim innym odstępstwom od normy. Niby, kiedy zaczynał pracę potrzebował pieniędzy, bo był na dnia, ale kiedy trochę się odkuł czy nie można było jej zmienić? Z drugiej strony wbrew pozorom partia nie była też tak antygejowska. Homofobami byli tylko raczej w słowach niż w swoich działaniach. Anthony vel Michael próbował znaleźć matkę, ale czy robił to całe życie? Raczej to były pojedyncze zrywy, które do niczego nie prowadziły. Ostatecznie nigdy im się to nie udało – to nie spojler to samo jest napisane na okładce książki.

Chociaż Filomena Lee zapewnia, że wybaczyła Kościołowi to, co się stało i że „takie wtedy były czas” to ja odebrałam tę książkę bardzo emocjonalnie. I podoba mi się podejście Lee do jednej sprawy. Umiała oddzielić Boga od ludzi Kościoła. Nie utożsamiała tego, jako jedność, bo po opuszczeniu klasztornych murów dalej się modliła i pokładała we Stwórcy nadzieję na dobre życie dla swojego Anthony’ego. Cieszę się, że nie tylko ja coś takiego umiem. Nie utożsamiam ludzi Kościoła z Bogiem, bo wiem, że Bóg wysłucha mnie w każdym miejscu na świecie a nie tylko w Kościele.

Sama Filomena pojawia się tylko w pierwszej części książki, która jest podzielona na, cztery, więc nie do końca rozumiem tytuł. Owszem Filomena miała tajemnicę i trzymała ją w sobie, ale o tym nie jest zbyt dużo wspomniane. Naprawdę uważam, że przetłumaczenie angielskiego tytułu na polski, czyli na „Zaginione dziecko Filomeny Lee”  też byłoby dobre i lepiej oddawałoby treść książki. Jak zawsze polscy tłumacze odlecieli w kosmos w tej kwestii…

Ta recenzja jest bardzo emocjonalna. Jest to bardzo wartościowa pozycja, ale również wykańczająca człowieka psychicznie. Ja bardzo mocno ją przeżywałam. Czytałam ją raptem trzy dni, ale tak samo by mnie wykończyła, gdybym sobie ją dawkowała.  Teraz podrzucę ją mamie, bo już ostrzyła na nią zęby, gdy widziała ją w moich rękach. Pamiętajcie, że kwestia religii to sprawa indywidualna i to, że ja tak do niej podchodzę nie znaczy, że i Wy musicie. Nie chciałam nikogo urazić, a jeśli tak się stało to przepraszam, ale nie jestem zwolenniczką poprawności politycznej i mówienia tak jak sobie ludzie życzą. Mam swoje zdanie i będę je wygłaszać, a jeśli kogoś ono urazi to przepraszam, ale go nie zmienię. Szanuję to, jeśli uważacie inaczej, ale jeśli możecie to powstrzymajcie się od rzucania we mnie zgniłymi pomidorami, chociaż… Chociaż, jeśli to przyniesie wam ulgę to proszę bardzo. Ja zdania i tak nie zmienię.
„Masz czasem tak, że… Podoba ci się jakaś piosenka i ciągle ją nucisz, a potem zapominasz, ale wracają do ciebie tamte emocje, które wywoływała?.” ~ Martin Sixsmith, Tajemnica Filomeny, Warszawa 2014, s. 180.
OCENA:  7/10

Ta książka koszotowała mnie sporo zdrowia psychicznego. Nie chciałam wierzyć, że takie rzeczy miały miejsce w rzeczywistości. 
Do następnej, Lady Spark :) 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 16 listopada 2015

181. Zło dobrem zwycięża czyli "Harry Potter i Insygnia Śmierci"

AUTOR: Joanne Kathleen Rowling
TYTUŁ ORYGINALNY: Harry Potter and the Deathly Hallows
TŁUMACZ: Andrzej Polkowski
SERIA: Harry Potter
TOM: Siódmy
ROK WYDANIA: 2008
WYDAWNICTWO:  Media Rodzina

OPIS
Po śmierci Dumbledore'a Zakon Feniksa wzmaga swoją działalność, próbując przeciwstawić się coraz potężniejszym siłom śmierciożerców. Harry wraz z przyjaciółmi opuszcza Hogwart, by odnaleźć sposób na pokonanie Voldemorta. Wyprawa ta pełna niepewności i zwątpienia najeżona jest niebezpieczeństwami, a co gorsza nikt nie wie, czy zakończy się sukcesem i czy wszyscy dotrwają do jej końca.
Dlaczego Dumbledore nie pozostawił Harry`emu czytelnych wskazówek? Czy przeszłość nieżyjącego dyrektora kryje jakieś niezwykłe tajemnice? Jaką rolę odegra Snape przy boku Voldemorta? Czy Harry`emu uda się dotrzeć do najważniejszych miejsc i faktów dotyczących jego rodziny?
Siódmy tom przygód Harry`ego Pottera jest już ostatnią częścią cyklu i - jak spodziewają się czytelnicy - przynosi odpowiedzi na wszystkie istotne dla potteromaniaków pytania. [1]

RECENZJA
Gdy otwiera się książkę to widzi się krótką dedykację i jak jeszcze żadna inna nie wpłynęła na mnie tak jak tak. Uśmiechnęłam się z czułością i powitałam ostatni tom przygód Harry’ego jak starego przyjaciela z dzieciństwa. Szczerze powiedziawszy to kilka razy podczas czytania ostatniego tomu pani Rowling w moich oczach pojawiły się łzy. I do tej pory nie wybaczyłam autorce jednej śmierci! (dla czytających powinno to być jasne, a dla tych, którzy mają jeszcze Pottera przed sobą nie będę spolerować). „Harry Potter i Insygnia śmierci” to zdecydowanie najtrudniejszy, najbardziej zagmatwany, ale również zarazem najbardziej emocjonujący tom z całej serii.

Harry musi wyruszyć w trudną podróż a cel ma tylko jeden: zniszczyć wszystkie horkruksy. Jednak ma on jeden problem: dyrektor nie pozostawił żadnych wskazówek czy śladów gdzie konkretnie mogą one być. Towarzyszą mu przyjaciele, którzy są z nimi od jego pierwszego roku nauki w Hogwarcie, czyli Ronald Weasley a także jedna z najmądrzejszych czarownic, jakie znał świat czarodziejów Hermiona Granger. Skoro już jesteśmy przy postaciach to zatrzymam się trochę dłużej na Ronie, który nie będę ukrywała, że rozczarował mnie w pewnym momencie swoją postacią. To już drugi raz w ciągu całego cyklu, gdy poddaje wątpliwości swoją przyjaźń do Wybrańca. Z jednej strony jestem w stanie go zrozumieć. Targały nimi okropne emocje: strach o siebie i bliskich, brak jakichkolwiek postępów w dalszej walce i zazdrość. Jednak z drugiej powinien być wierny temu, co przyrzekł na samym początku Harry’emu.

W tomie poznajemy odpowiedzi na wiele pytań i poznajemy również dość zaskakującą przeszłość mentora Pottera, czyli Albusa Dumbledore’a. Myślę, że autorka celowo od samego początku próbuje czytelnik rozczarować poczynaniami dyrektora Hogwartu. Ma to nam pokazać jak czuł się Potter, gdy mógł liczyć tylko na swoją wiedzę i pomoc przyjaciół. To powoduje, że książkę musimy czytać uważnie i skupiać się na każdym drobiazgu, by nie przeoczyć jakiegoś ważnego elementu układanki, którą Rowling sprytnie ułożyła. Wraz z Harrym poznajemy różnego rodzaju nowe uczucia, które do tej pory dla młodego czarodzieja były czymś zupełnie obcym. Przede wszystkim dowiadujemy się, że Potter ma świadomość tego, że cały los czarodziejów leży w jego rękach. Zresztą nie tylko czarodziejów, również mugoli, którzy giną w dość dziwnych okolicznościach.

Nie chce za dużo rozwodzić się nad fabułą, żeby niczego nie zdradzić, więc skupie się nad tym, co było przesłaniem całego cyklu: zło dobrem zwyciężaj. I nie chce tu wchodzić w dyskusje z osobami, które podobnie jak Kościół uważa, że Harry Potter to zło wcielone, bo pokazuje magię w dobrym świetle. Przecież Lord Voldemort był zły do szpiku kości i raczej nie torturował wszystkich dookoła zaklęciami powodującymi napady śmiechu. Autorka tworząc ten świat chciała przede wszystkim pokazać, że nie ma większej broni na zło, tylko dobro. Tylko będąc dobrym i wierząc w pewne ideały jesteśmy w stanie walczyć ze złem, które może przybrać różne postawy. Na dodatek Harry porusza wyobraźnie i pozwala nam przekroczyć pewne bariery i oderwać się od szarości dnia codziennego (co jest oczywiście zdaniem wszystkich książek). Nie chcę tu wchodzić zbytnio dokładniej w ten temat, ale musiałam to napisać. Przesłanie jest jedno: zło dobrem zwyciężaj! Nie wszyscy muszą się zgadzać z moim zdaniem i ja to szanuję. Jednak w przyszłości swoim dzieciom z pewnością podsunę Harry’ego z nadzieją, że podobnie jak ja pokochają ten świat.
„Gdzie skarb wasz, tam i serce wasze." ~ Joanne K. Rowling, Harry Potter i Insygnia śmierci, Poznań 2008, s.336.

OCENA: 10/10

Ja dziś w zastępstwie Tea, którą zastopowały sprawy rodzinne. Przy okazji skończymy cykl Harry'ego szybciej ;) i zostawimy go w naszej pamięci jako niezwykłą przygodę. Nie ma podsumowania cyklu, bo i tak ocena była z góry wiadoma ;). Do następnej!

czwartek, 12 listopada 2015

180. Coraz mroczniejszy świat w "Harrym Potterze i Księciu Półkrwi"

AUTOR: Joanne Kathleen Rowling
TYTUŁ ORYGINALNY: Harry Potter and the Half-Blood Prince
TŁUMACZ: Andrzej Polkowski
SERIA: Harry Potter
TOM: Szósty
ROK WYDANIA: 2006
WYDAWNICTWO:  Media Rodzina

OPIS
Po nieudanej próbie przechwycenia przepowiedni Lord Voldemort jest gotów uczynić wszystko, by zawładnąć światem czarodziejów. Organizuje tajemny zamach na swego przeciwnika, a narzędziem w jego rękach staje się jeden z uczniów. Czy jego plan się powiedzie? Tom szósty przygód Harry’ego Pottera przynosi cenne informacje o matce Voldemorta, jego dzieciństwie oraz początkach kariery młodego Toma Riddle’a, które rzucą nowe światło na sylwetkę głównego antagonisty Pottera.
Na czym polega sekret nadprzyrodzonej mocy Czarnego Pana? Kto będzie nowym nauczycielem obrony przez czarną magią? Jaki jest cel tajemniczych i niebezpiecznych wypraw Dumbledore’a? Kto zostanie wybranką serca Harry’ego? I wreszcie, kto jest tytułowym Księciem Półkrwi i jaką misję ma on do spełnienia? [1]

RECENZJA
Szósta część przygód o Harrym Potterze zajmuje specjalne miejsce, a to ze względu na rozbudowany (w końcu!) wątek Draco Malfoy’a, a także Severusa Snape’a. Ten drugi w każdym tomie występuje mniej lub bardziej, ale dopiero od szóstego tomu widać jak bardzo złożona jest to postać i jak wiele pracy kosztowało autorkę by go wykreować w odpowiedni sposób. Ale dość o moim uwielbieniu do tych dwóch panów, bo nam wyjdzie jakaś oda o uwielbieniu, a nie o tym ma być recenzja.

Harry zdał SUM-y i ku jego wielkiemu zaskoczeniu może kontynuować naukę tych przedmiotów, które pomogą mu w karierze aurora. Wiadomość cudowna, ale przecież on nie kupił sobie książek do eliksirów, bo był pewny, że nie będzie mógł ich kontynuować. Wybierając z używanych podręczników w Hogwarcie trafia mu do rąk ta, która należała do niejakiego Księcia Półkrwi. Kim był ów tajemniczy Książę? Jedno jest pewne był bardzo dobry z eliksirów. Byłam trochę zaskoczona, że wiecznie ciekawski Potter nie próbował dowiedzieć się, kim był poprzedni właściciel książki.

Pottera przestały nawiedzać dziwne sny, a to znaczy tylko, że Czarny Pan uznał, że więź, która łączy go z Wybrańcem jest zbyt silna i za bardzo może mu pokrzyżować szyki. Również nastrój Harry’ego nie jest zależny od tego, w jakim jest jego największy wróg. Jest też dzięki temu bardziej znośny, ale w dalszym ciągu bywa irytujący, gdy na coś się uprze i uczepi jak rzep psiego ogona. W tym tomie główny bohater nie jest już szykanowany przez Ministerstwo Magii, wręcz przeciwnie jest przez nich uważany za kogoś, kto jest w stanie uratować świat czarodziejów (tu mają rację, ale niestety młody czarodziej pamięta zeszły rok szkolny i dokładnie to, co się wtedy działo).

Tym razem w szkole nie ma żadnego nauczyciela, który byłby z Ministerstwa, ani też ukrytego w przebraniu Śmierciożercy i nikt nie ma z tyłu głowy Sami-Wiecie-Kogo. Jednym słowem wszystko jest w porządku. Prawie wszystko, bo przecież Draco Malfoy coś knuje! I na dodatek pomaga mu w tym Snape! Według Harry’ego Dumbledore jest po prostu ślepy skoro nie widzi tego, że Severus jest Śmierciożercą i próbuje go zabić. Myślę, że różnice zdań miedzy starym i doświadczonym czarodziejem, a młodym i zapalonym do walki oraz działającym pod wpływem impulsu Potterem ma pokazać właśnie, że im jesteśmy starsi tym racjonalniej powinniśmy postępować. Mając więcej doświadczenia jesteśmy w stanie uniknąć wielu błędów, chociaż jak nie raz przyznał dyrektor Hogwartu on sam w ciągu sześciu lat nauki Harry’ego popełnił bardzo dużo pomyłek. Nie chcąc popełnić kolejnych błędów postanowił jak najlepiej przygotować Pottera do decydującego starcia z jego największym wrogiem. Dzięki temu poznajemy więcej Lorda Voldemorta niż w poprzednich częściach. Zaczynamy lepiej rozumieć pobudki jego działania i dlaczego tak bardzo nienawidził ludzi, którzy byli jugolami, a dostali szansę na naukę w Hogwarcie.

Z tomu na tom autorka wprowadza nas w coraz bardziej mroczne aspekty i tym samym powoduje, że czytelnik dojrzewa wraz z Harrym Potterem i jego przyjaciółmi. Tu już nie ma mowy o radosnych i beztroskich chwilach na błoniach w Hogwarcie, gdzie można było spokojnie pożartować. U już jest walka o życie, by dobro zwyciężyło nad złem. Jest to bardzo dobry zabieg, bo czytelnik może utożsamić się z główną postacią, która nie jest już dzieckiem, która w jakiś sposób dojrzała i jest bardziej odpowiedzialna (a przynajmniej w pewnym sensie odpowiedzialna, bo głównemu bohaterowi do pełnego sensu tego słowa wiele jeszcze brakuje).
 „[...] niestety, przypadkowe nieuprzejmości zdarzają się zaskakująco często." ~ Joanne K. Rowling, Harry Potter i Książę Półkrwi, Poznań 2006, s.55.

OCENA: 10/10

Jeszcze jeden tom i będzie z po cyklu. Potem mały przerwnik w postaci czegoś co nie jest częścią jakiejś serii i znowu wybiorę coś na tapetę.
Całusy :) 

poniedziałek, 2 listopada 2015

177. "Harry Potter i Zakon Feniksa" czyli Lord Voldemort powraca

AUTOR: Joanne Kathleen Rowling
TYTUŁ ORYGINALNY: Harry Potter and the Order of the Phoenix
TŁUMACZ: Andrzej Polkowski
SERIA: Harry Potter
TOM: Piąty
ROK WYDANIA: 2004
WYDAWNICTWO:  Media Rodzina

OPIS
Wobec śmiertelnego zagrożenia ze strony Lorda Voldemorta po kilkunastu latach reaktywowano Zakon Feniksa, którego członkowie, działając w tajemnicy przed śmierciożercami z jednej strony, a Ministerstwem Magii z drugiej, muszą powstrzymać wroga przed zdobyciem tajnej broni. Tymczasem w Hogwarcie Harry zmaga się z nauką (piątoklasistów czekają sumy i wybór kariery zawodowej), ze szpiegiem ministerstwa, który usiłuje zaprowadzić w szkole nowy ład, oraz z nawiedzającymi go snami, które z miesiąca na miesiąc stają się coraz bardziej realne…

Jaką rolę odegra w życiu Harry’ego Snape? Jakie cele stoją przed konspiracyjną Gwardią Dumbledore’a? Czy misja Hagrida zakończy się pomyślnie? I dlaczego Albus Dumbledore unika Harry’ego właśnie wtedy, gdy on najbardziej go potrzebuje? [1]

RECENZJA
Piąty tom przygód młodego czarodzieja jest drugim moim ulubionym. Nie będę ukrywać, że głównie z powodu częstszego pojawiania się w nim bliźniaków Weasley, których wręcz uwielbiam i jestem zdania, że autorka potraktowała ich dość marginalnie. Dlatego zawsze chętnie sięgam po Zakon Feniksa

Harry, który był świadkiem powrotu Lorda Voldemorta nie ma łatwego życia. Ministerstwo Magii robi wszystko by przekonać społeczeństwo, że młody czarodziej ma po prostu albo zbyt wybujałą wyobraźnię albo po prostu coś pomieszało mu się w głowie. Nie da się również ukryć, że dyrektor – Albus Dumbledore – w którym Harry do tej pory zawsze miał oparcie i mógł na niego liczyć nagle przestał go zauważać. A te nawiedzające go, co noc sny są coraz bardziej realny i mają związek z Czarnym Panem. Na dodatek przyjaciele również coś przed nim ukrywają. W młodym Potterze wzbierają gniew i niesprawiedliwość. Na domiar złego podczas jednego z ostatnich wieczorów u swojego wujostwa wpada w poważne tarapaty i może nagle stać się kimś wyjętym spod prawa jak jego ojciec chrzestny… Jakby tego było mało to oczywiście jeszcze w tym samym roku w Hogwarcie ma zdawać SUM-y (Standardowe Umiejętności Magiczne), które zadecydują o jego przyszłości… No wszystko idzie pod górę, a irytacja nie zmniejsza się nawet o cal.

Niestety szczęście opuściło Pottera na dobre… w Hogwarcie pojawia się nowy nauczyciel obrony przed czarną magią, który został przysłany przez Ministerstwo Magii. Dolores Jane Umbridge jest największym wrogiem Harry’ego. Większym nawet niż Draco Malfoy. Stosując niekonwencjonalne i dość kontrowersyjne zasady nauczania próbuje udowadniać na każdym kroku, że Chłopiec Który Przeżył powinien znaleźć się w szpitalu dla obłąkanych. Uczniowie nie pozostają jednak bierni… Mając świadomość, że SUM-ów nie zaliczą tylko wiedzą teoretyczną biorą sprawy w swoje ręce.

Pani Rowling w swojej powieści zastosowała bardzo ciekawy zabieg. Główna postać jak nigdy irytowała mnie swoim zachowaniem i była wręcz nieznośna. Nie potrafił rozmawiać normalnie ze swoimi przyjaciółmi by, chociaż raz na nich nie krzyknąć. Nie wiedział, czemu ciągle jest bombą atomową, która w każdej chwili może wybuchnąć. To pokazało, że Harry Potter nie jest taki idealny jak był przez pierwsze cztery tomy. Zgodzę się również z Hermioną, która w pewnym momencie oceniła swojego przyjaciela, jako kogoś, kto ma manie ratowania ludzi. Nie da się powiedzieć, że tak nie ma. Oczywiście, że to jest szlachetne, ale czasami Potter mógłby usiąść na czterech literach i nie wychylać się zbytnio.

Piąty tom nie jest już również bajeczką dla dzieci. Jest bardziej mroczny niż cztery poprzednie. Ma również w sobie więcej brutalności, ale jednocześnie pokazuje, że walka ze złem to nie jest coś, co przychodzi łatwo. Jest to droga pełna wyrzeczeń i rozczarowań.
„[...] istnieją rany zbyt głębokie, by się mogły zabliźnić." ~ Joanne K. Rowling, Harry Potter i Zakon Feniksa, Poznań 2004, s.909.

OCENA: 10/10

No i jeszcze dwa tomy. A ten uwielbiam <3. Najlepszy jaki wyszedł spod pióra pani Rowling. 
Zimno, ciemno... Brrr, ale ja trochę lubię takie jesienne aury ;)