Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2019

592. Ellen Alpsten - "Caryca"


AUTOR: Ellen Alpsten
TYTUŁ ORYGINALNY: Die Zarin
TŁUMACZ: Daria Kuczyńska-Szymala
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Fascynująca historia niewiarygodnego awansu Marty Skowrońskiej, córki chłopa pańszczyźnianego z Inflant, która została pierwszą sprawującą realną władzę carycą Rosji. Towarzyszyła Piotrowi  Wielkiemu w niezliczonych kampaniach wojennych i urodziła mu tuzin dzieci, godząc się z przedwczesną śmiercią większości z nich. Walczyła o Piotra, kochała go i oszukiwała – caryca Katarzyna była kobietą o niezwykłej sile.

Doskonały portret psychologiczny prostej, ale bardzo inteligentnej, gotowej na wszystko i sprytnej kobiety, która różnymi trikami przez ponad dwadzieścia lat trzymała u swego boku najpotężniejszego władcę Rosji, tylko pozornie pozostając w cieniu.

Wspaniała powieść biograficzna, oparta na faktach, bardzo rzetelnie przedstawiająca realia epoki, życie i stosunki panujące w Rosji w latach 1690-1727, jak również lata panowania Piotra I Wielkiego, prowadzone przez niego wojny i budowę St. Petersburga oraz powiązania polityczne i stosunki z Prusami oraz Saksonią.  [1]

RECENZJA
Wiele książek w mojej biblioteczce musi swoje odleżeć. Dokładnie tak jak „Caryca” Ellen Alpsten. Po prostu na daną książkę musi przyjść czas. Jednej rzeczy żałuję, że „Caryca” na swój czas musiała czekać tak długo. Sami przyznacie, że Caryca nie powinna czekać nigdy.

Powieści historyczne to moje ulubione pozycje literackie. Zdecydowanie to one przeważają w mojej biblioteczce. O kim jest „Caryca”? Tytułowa Caryca to córka chłopa pańszczyźnianego z Inflant – Marta Skowrońska. Dziewczyna była wychowywana przez ojca i macochę. Matki nigdy nie poznała, bo ta umarła przy jej porodzie. Pewnego dnia zostaje sprzedana rosyjskiemu kupcowi i od tego momentu zmienia się całe jej życie. Na skutek czasem uśmiechu losu, a czasem pecha końcowo trafia na dwór cara Piotra I Wielkiego. Początkowo została tylko jego kochanką, jak wiele dziewcząt przed nią. Ona jednak zrobiła coś zaskakującego: doprowadziła do tego, że ten władca ożenił się z nią i koronował ją na carycę. Jak to osiągnęła? Co miała córka zwykłego chłopa, że oplotła wokół palca cara Wszechrusi?

Powieść Ellen Alpsten wciąga i porywa. Czytelnik wraz z Martą, która potem zostaje Katarzyną Aleksiejewną wspomina jej życie przy łożu śmierci cara. Jej losy w dniu jego śmierci mogą przechylić się w każdą stronę. Politycznie mogła wygrać i rządzić, ale mogła również przegrać i zostać w najlepszym wypadku zesłana do klasztoru, a w najgorszym razie zostać stracona. Kilkukrotnie otarła się o śmierć w trakcie swojego całego życia. Gdyby nie przyjął jej ojciec to rodzina matki porzuciłaby ją na skraju lasu, gdyby nie uratował jej jeden rosyjski generał to zostałaby zgwałcona i zabita przez trzech rosyjskich żołnierzy. Gdy została już faworytą Piotra I Wielkiego również musiała uważać na swoje życie. Przecież to, że ona została jego ulubienicą sprawiło, że jakaś inna kobieta straciła to miejsce. Umiejętnie umiała zagrać tak, aby doprowadzić cara do ołtarza, aby jej dzieci były uznawane za te z prawego łoża. Urodziła carowi tuzin dzieci, z czego tylko dwie córki: Anna i Elżbieta dożyły wieku dorosłego.

Katarzyna Aleksiejewna to postać mądra, która została zmuszona do próby przetrwania w męskim świecie i jak widać z historii udało jej się to znakomicie. Musiała wiele przeżyć nim dotarła na szczyt, którego przecież nie pragnęła od samego początku. Moim zdaniem Ellen Alpsten w swoje historyczne postacie włożyła odpowiednie charaktery. Szalony Piotr – car, który chciał być postrzegany przez państwa zachodnie za równego sobie, może i lekko szalony, a z pewnością porywczy i agresywny doprowadził do śmierci swojego pierworodnego syna, który nie spełniał jego ojcowskich oczekiwań. Mart Skowrońska, czyli nasza caryca, która umiała opanować szaleństwa męża, a także ułaskawić jego gniew. Spokojna i opanowana, ale z wielką wolą przeżycia, którą wyniosła z rodzinnego domu, bo chłop pańszczyźniany walczył o życie każdej zimy. Miesznikow, który był bliskim współpracownikiem Piotra został pokazany, jako osoba wierna i oddana swojemu władcy, ale również ten, który potknął się w trakcie swojej kariery politycznej. Autorka zarysowywała nam tło historyczne w taki sposób, jaki postrzegały je kobiety tamtych czasów. Nie zagłębiała się w szczegóły strategiczne wojny, ale podawała suche fakty, które docierały do jej uszu. Nawet nie zostały zawarte w książce porozumienia z zakończenia wojny rosyjsko – szwedzkiej. Wtedy właśnie tak kobiety interesowały się wojną. To nie był ich świat.

„Caryca” to naprawdę dobra pozycja. Czyta się ją sprawnie i zaciekawieniem. Kibicuje się głównej bohaterce, gdy tego potrzebuje. Ellen Alpsten stworzyła książkę, która przeniosła mnie w świat Piotra, gdzie ciągły przepych oraz nieustające imprezy otoczyły mnie z każdej strony. Ja w tę książkę wsiąknęłam. Polecam!
 „Miłość. Kochać to znaczy znać także ciemne strony drugiej osoby i pragnąć ich. Ty jesteś moją planetą, a ja znam cię całego, nawet bez patrzenia przez teleskop w niebo.”~ Ellen Alpsten, Caryca, Katowice 2011, s. 227.
OCENA:  7/10

Cześć! 
To jedna z lepszych książek jakie czytałam w tym roku. W ten weekend jestem trochę nostalgiczna, bo za kilka dni kończę 28 lat... I dużo i nie, ale wiecie, co? W końcu czuję, że panuję nad tym co się dzieje w moim życiu i jestem szczęśliwa z tego co mam ;). 

[1] Opis pochodzi ze skrzydełek książki

poniedziałek, 9 lipca 2018

522. Gdy widzicie "Sekretną szkatułę" to po prostu uciekajcie!


AUTOR: Martin Langfield
TYTUŁ ORYGINALNY: The Malice Box
TŁUMACZ: Alina Siewior - Kuś
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO: Sonia Draga  

OPIS
Kiedy Robert Reckliss otrzymuje coś, co wygląda na miedzianą szkatułkę, nie wie, że ten mały przedmiot zupełnie zmieni jego życie. Gdy ginie brat jego bliskiego przyjaciela, a nadawca przesyłki okazuje się ostatnią osobą widzianą przy oficerze, Robert wciąż próbuje racjonalnie podchodzić do całej sytuacji. Powoli jednak zaczyna rozumieć, że to, co się wokół niego dzieje, przekracza ludzki umysł – za sprawą tajnego stowarzyszenia uruchomiony został Ma’rifat, potężna broń, która jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi całą cywilizację. Wybuch ma nastąpić za siedem dni. Zapobiec może mu tylko siedem kluczy, które można zdobyć po przejściu siedmiu ciężkich prób. W wypełnieniu misji pomaga Robertowi Terri – tajemnicze i ponętne medium – ale inne potężne siły za wszelką cenę starają się uniemożliwić wykonanie zadania.
Sekretna szkatuła to wyjątkowy thriller, zwłaszcza dla wielbicieli łamigłówek. [1]

RECENZJA
„Sekretna szkatuła” to kolejny trup z półki. Mam ją od czterech lata. Skusiła mnie okładka. No i na dodatek jest to thriller, wiec wtedy miałam na nią ogromną ochotę. Opis również zachęcał, ale na dobrych chęciach wydawnictwa Sonia Draga się skończyło. Egzemplarz przeleżał kilkadziesiąt miesięcy, a oceny na lubimyczytac.pl oraz na goodread.com nie wskazują na dobrą literaturę. Postanowiłam jednak sprawdzić sama, czy jest to coś warte.

Głównym bohaterem jest Robert Reckliss, który pracuje w agencji informacyjnej GBN. Ma żonę Katherine, którą poznał poprzez grę zorganizowaną w czasach studiów przez Adama Hale’a. Warto zaznaczyć, że Kate wcześniej była żoną Adama. Robert i jego żona osiem miesięcy wcześniej stracili dziecko. Jadąc do pracy Reckliss dowiaduje się, że zmarł prezes Hencott Inc., a on jest tym, który jako jedyny z prasy namówił go na wywiad. W wyniku splotu różnych sytuacji Robert zostaje wysłany na urlop, a podczas spotkania z bratem prezesa Hencott Inc. dowiaduje się, że Adam jest w niebezpieczeństwie i nie bez powodu wysłał mu poprzedniego wieczora tajemniczą szkatułę i ma tylko siedem dni, aby uratować ludzkość przed zagładą…

Mój pierwszy zarzut to zbyt powolna akcja w pierwszej części. Ja rozumiem budowanie napięcia, ale tu było tego za dużo. Ja czułam się znudzona tymi wszystkimi przemyśleniami i wspomnieniami. Robert też nie jest postacią działającą pod wpływem emocji. Co przynosi mi na myśl Roberta Langdona, który jest bohaterem stworzonym przez Dana Browna. I w sumie na tym kończą się podobieństwa między tymi dwoma autorami. Brown tworzy swoje łamigłówki z głową i zachęca czytelnika do tego, aby razem z Langdonem czy inną postacią je rozwiązywał. U Langfielda po prostu czekałam na podanie mi odpowiedzi na tacy.

Thriller Naw Age… Pytanie, co to jest? Ja nie mam pojęcia. Wujek Google pod tym pojęciem widział tylko piosenkę jakiegoś zespołu… Jednak, jeśli definicją ma być „Sekretna szkatuła” to ja zdecydowanie jestem przeciwna takim thrillerom. Miałam wrażenie, że czytam jeden wielki bełkot wariata, który powiększa się z każdą kolejną stroną. Tego nie dało się czytać. Skończyłam tylko, dlatego, ponieważ oprócz bycia okładkową sroką to jestem również książkową masochistką i zawsze kończę zaczętą książkę.

Jeśli chociaż w jednym procencie słuchacie tego czy polecam lub odradzam pewne książki to w tym wypadku posłuchajcie tego jednego procenta i nie tykajcie „Sekretnej szkatuły”. Chyba, że cierpicie na bezsenność. To po dwóch stronach śpicie niczym niemowlę.

Pod koniec książka zaczynała mieć nawet pewien sens, ale bardzo niewielki trzeba to przyznać. Jednak przez 4/5 książki miałam wrażenie, że czytam jakieś urwane w połowie myśli, nieprzemyślane zdania. Po prostu bełkot, z którego nic nie wiem. Wstyd przyznać, ale już wszystko w niej zapomniałam. To była tragedia i nawet, gdyby nakręcili film na podstawie tej książki to przypuszczam, że byłby jedną wielką katastrofą. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach tego nie zrobi. Ja osobiście książkę odradzam i smuci mnie fakt, że na tego gniota życie zmarnowało tyle tysięcy drzew…
"Wszyscy jesteśmy rozsądnymi, cywilizowanymi ludźmi, dopóki ktoś nie zrani naszego plemiennego instynktu. Wtedy zmieniamy się, a może budzi się nasza pamięć. Gotowi jesteśmy zabijać, gotowi jesteśmy na wszystko dla naszego plemienia. Wszyscy mam w sobie potencjalnego kata. Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć." ~ Sekretna szkatuła, Martin Langfield, Katowice 2009, s. 135-136.
OCENA:  1/10

Dacie wiarę, że zapomniałam wrzucić Wam recenzję? Kompletnie wyleciało mi to z głowy. Do tej pory nigdy mi się to nie przytrafiło... 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi ze skrzydełek książki

poniedziałek, 15 stycznia 2018

479. Czy to "Początek" końca Dana Browna?

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Origin
SERIA: Robert Langdon
TOM: Piąty
TŁUMACZ: Paweł Cichawa
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji.
Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha… [1]

RECENZJA
Kiedy byłam nastolatką pochłaniałam książki Dana Browna z wypiekami na twarzy. Z czasem mi przeszło i zaczęłam podchodzić do nich z pewną rezerwą. Po „Inferno” czułam spory niesmak tego, co zafundował mi autor. Totalna fantastyka. Dlatego z pewną dawką niepokoju zabrałam się za „Początek”.

Robert Langdon został zaproszony do Bilbao, a konkretnie do Muzeum Guggenheima przez swojego byłego studenta Edmonda Kirscha, który ma zaprezentować swoje odkrycie mające wstrząsnąć całym światem. Edmond twierdził, że jest w stanie odpowiedzieć na dwa najtrudniejsze i najważniejsze pytania ludzkości. Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy? Jednak podczas prezentacji, którą w Internecie śledzi 3 miliony ludzi Edmond Kirsch ginie z rąk zamachowca, a Robert Langdon wraz z Ambrą Vial zostają wciągnięci w intrygę, które może kosztować ich życie.

Moi Drodzy stała się rzecz straszna, ale muszę ją Wam ogłosić. Otóż… Dan Brown, który kiedyś idealnie odnajdywał się w formie z Robertem Langdonem teraz się kończy. Mówię Wam to z przykrością, łamie mi się z tego powodu serce. Wiem, że jest to jego bohater i gdy mówimy Robert Langdon od razu łączymy go z Danem Brownem. Jednak ten znak rozpoznawczy zaczyna się wypalać. Po prostu to na dłuższą metę robi się męczące. Brown znowu próbował zszokować świat wbijając nóż we wszystkie religie świata, bo przecież każda z nich mówi o początku świata. Jednak w odróżnieniu od „Kodu Leonarda da Vinci” czy też „Aniołów i demonów” w „Początku” coś nie wyszło, bo wcale nie czuję się zszokowana po lekturze. Jednak szansa na to było, bo przecież Edmond Kirsch kwestionował istnienie Boga lub innego stwórcy w każdej religii na świecie.

Jestem zawiedziona, że Dan Brown zamiast zagadek umieszczonych w historii, obiektach architektury poszedł w kierunku sztucznej inteligencji, bo przecież w przypadku Langdona to właśnie logiczne i analityczne myślenie było jego atutem. Pewnie, dlatego wielu czytelników (w tym i ja) jest zawiedzionych postacią profesora w piątym tomie. Na dodatek chciałabym zaznaczyć, że nasz profesor się starzeje, więc pewne zachowania ulegają zmianie i dobrze, że ten aspekt oddał Dan Brown, bo przecież Langdon nie jest komputerem tak jak Winston, (kto czytał ten wie, o co chodzi).
Czytając kolejne strony odniosłam wrażenie, że autor momentami nie potrzebnie przeciągał akcję, co mnie osobiście męczyło. Szokujące dla mnie jest to, że mało interesowało mnie, co chciał ogłosić światu Edmond Kirsch, a wolałam czytać o księciu Julianie i jego umierającym ojcu. Pozostałe wątki trochę mnie nudziły i słabo wciągały.

Jest rzecz, o której muszę wspomnieć. Nie mogę odmówić Brownowi skrupulatnego przygotowania materiału o miejscach, o których chce pisać, przedmiotach czy też osobach. Jego reaserch jest niesamowity i za to czapki z głów dla tego Pana. To jak opisał Sagrada Familia w Barcelonie to majstersztyk. Gdy czytałam o tym kościele miałam wrażenie, że ponownie podziwiam go w Barcelonie.

Podsumowując jestem mocno rozczarowana tą pozycją. Naprawdę oczekiwałam więcej, bo potencjał był, ale chyba Dan Brown po prostu wypalił się. Gdyby nie dobry marketing, za jaki płaci pewnie ta książka przeszłaby bez echa w literackim świecie.
"Miłość pochodzi z innego wymiaru. Nie możemy jej wytworzyć na żądanie ani sobie podporządkować, gdy się pojawi. Miłość nie jest naszym wyborem." ~ Dan Brown, Początek, Katowice 2017, s.357.
OCENA:  5/10

Tak, o to wygląda moja ocena najnowszej powieści Browna. I bardzo bym chciała, żeby Dan Brown napisał coś innego, coś co mnie zaskoczy, ale chyba na to nie ma szans. 
Pozdrawiam,
Lady Spark


[1] Opis pochodzi z obwoluty książki

poniedziałek, 18 grudnia 2017

471. Robercie, ach Robercie! Gdzie mi się podziałeś, Robercie?

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Origin
TŁUMACZ: Paweł Cichawa
CYKL: Robert Langdon
TOM: Piąty
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji. Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha. [1]

RECENZJA
Robert Langdon, postać wykreowana przez Dana Browna, od naszego pierwszego spotkania znalazł sobie wygodne miejsce w moim czytelniczym serduszku.  Uwielbiam ten jego analityczny umysł, tą genialną umiejętność łączenia faktów i łamanie wszelkiego rodzaju kodów! Nic więc dziwnego, że jak tylko na rynku wydawniczym pojawił się Początek rzuciłam wszystko i zaczęłam zapoznawać się z kolejną porcją przygód Roberta.

Langdon bierze udział w niezwykłym wydarzeniu. Jeden z jego byłych studentów, obecnie miliarder i futurysta Edmond Kirsch, zaprosił go na swój najnowszy wykład, który zgodnie z zapowiedziami ma wywrócić cały dotychczasowy świat „do góry nogami”. Bo co jeśli się okaże, że tak naprawdę Bóg nie istnieje? Nie ważne jak przebiegał początek świata w danej religii, bo i tak to wszystko miałoby się okazać zwykłą bujdą? Edmond postawił sobie dwa kluczowe pytania – skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy? Cała ludzkość ma poznać odpowiedź podczas wystąpienia Kirstcha. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik… i wtedy w trakcie najważniejszego wieczoru swojego życia miliarder umiera z rąk zamachowca. Langdon po raz kolejny zostaje wciągnięty w intrygę, z której może nie wyjść żywy…

Dan Brown słynie z tego, że jego powieści to typowe sensacje. Akcja dzieje się bardzo szybko, wątki sprawnie się przeplatają, a cała historia zamyka się w dwudziestu czterech godzinach. Ten sposób „zagospodarowania” fabuły nigdy mi nie przeszkadzał i tak również było w przypadku Początku. Ponadto znakiem rozpoznawczym Browna są liczne nawiązania do historii, sztuki i filozofii i niestety teraz bardzo mi tego zabrakowało. Historia poszła z „biegiem” czasu i w większości opierała się na nowinkach technologicznych, co niekoniecznie przypadło mi do gustu. Nie mogę powiedzieć, że piąty tom przygód Langdona jest słaby, sama intryga została przedstawiona w taki przystępny i nawet ciekawy sposób, ale to nie ten Brown, którego ja polubiłam.

Ale jak już wspomniałam o swoim ulubionym profesorze to muszę ten temat podciągnąć dalej. Ja w ogóle nie wiem jak to się mogło stać! Nie mam głowy , co najlepszego myślał sobie autor podczas pisania tej części, ale ja się pytam dostanie – CO DO CHOLERY STAŁO SIĘ Z LANGDONEM?! Gdzie podział się ten Robert, którego polubiłam (ba! wręcz pokochałam!). Dlaczego mając tak rozpoznawalną już postać, której wcale nie trzeba było jakoś mocno ulepszać, a po prostu bazować na tym co czytelnik już dobrze zna i lubi, Brown całkowicie zepchnął Roberta na drugi plan. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, w których profesor historii był właśnie profesorem! Ja jestem staromodna i zdecydowanie bardziej wolałabym poczytać o jakiś średniowiecznych szyfrach niż sztucznej inteligencji. W lekturze występuje jeszcze oczywiście kobieta – jak zwykle piękna, jak zwykle inteligentna, przebiegła i sprytna – oto Ambra Vidal. Może i wyidealizowana aż za bardzo, ale osobiście nawet poczułam do niej jakąś sympatię.

Sam styl Browna jest bardzo przystępny. Łatwy i przejrzysty język w połączeniu z krótkimi rozdziałami zakończonymi w kluczowych momentach sprawiał, że z książką można było zapoznać się we wręcz rekordowym tempie. Ponadto muszę pochwalić autora za to, że po raz kolejny przed rozpoczęciem pisania zrobił szczegółowe „śledztwo” i wiedzę na temat nowinek technologicznych i ich obecnych jak i przyszłych możliwości ma w małym paluszku.

Dlaczego?! Danie Brownie dlaczego mi to zrobiłeś?! Jak tak można! Tyle czasu czekałam na kolejną cześć przygód swojego ulubionego profesora, a tymczasem dostałam jedynie jego słabą imitację! Robercie, gdzieś ty mi się zagubił? Gdzie zatraciłeś swój czar? Czy jeszcze kiedyś do mnie powrócisz? Czy będziesz taki jak dawniej? OBY!

OCENA: 5/10


Witam. Dzisiaj wyjątkowo ja, Tea, witam Was swoją recenzją w ten nowy, świąteczny tydzień. Już nie mogę doczekać się niedzieli, a Wy? Pozdrawiam!

[1]Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 4 grudnia 2017

466. A czy Ty masz "Wielbiciela"?

AUTOR: Charlotte Link
TYTUŁ ORYGINALNY: Der Verehrer
TŁUMACZ: Daria Kuczyńska-Szymala    
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
W lesie niedaleko małej miejscowości w okolicach Augsburga znaleziono zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Policja i bliscy zamordowanej stoją przed prawdziwą zagadką, gdyż ta kobieta zaginęła bez śladu przed kilkoma laty. Dopiero telefon od jej znajomej z wakacji dostarcza pierwszych wskazówek dla śledztwa.
Jednocześnie w Frankfurcie toczy się inna historia. Leonę zadowoloną z życia redaktorkę w wydawnictwie, ukochany mąż porzuca dla innej kobiety. To prawdziwy cios dla Leony, która dopiero, co była świadkiem samobójstwa. [1]

RECENZJA
Skoro poprzednia książka „Grzech aniołów” przez wielu była określana najsłabszą to z wielkim entuzjazmem zasiadłam do „Wielbiciela” Charlotte Link. I przyznaję, że to była naprawdę dobra książka. Miałam ciarki na plecach i oblatywał mnie strach w pewnych momentach.

We Frankfurcie mieszkała Leona razem ze swoim mężem Wolfgangiem. Ich małżeństwo tylko z pozoru jest idealne. Prawda jest taka, że mężczyzna jest ogromnie zirytowany swoją żoną i od pół roku ma romans z koleżanką z pracy. Leona nie umie się otrząsnąć z szoku, jakim jest samobójstwo kobiety, którego była świadkiem. Eve, czyli samobójczyni miała za sobą ciężki okres, bo rozwiodła się z mężem kilka lat temu i od tego czasu cierpiała na depresję, a jej ostatnimi słowami były „W końcu mu się udało”. Leona, do której były zwrócone te słowa zastanawia się czy tym tajemniczym kimś był były mąż Eve i jaki miał ku temu motyw, bo w końcu byli po rozwodzie. Czy może był ktoś trzeci? W życiu Leony pojawia się nowy mężczyzna, który jest bratem Eve. Para zakochuje się w sobie, co wywołuje niezadowolenie w byłym mężu głównej bohaterki Wolfgangu. Początkowo wydaje się zazdrosny, ale gdy trzeba się bliżej temu przyjrzeć jego obiekcje, co do Roberta zaczynają być uzasadnione.

Jednocześnie w tym samym czasie w okolicach Augsburga zostają odnalezione zwłoki kobiety, która zniknęła ze wsi kilka lat temu pod pretekstem zwiedzania świata. Anna, czyli zamordowana kobieta w wieku osiemnastu lat opuściła rodzinny dom i zostawiła młodszą siostrę z chorym na raka płuc ojcem, który miał również przerzuty na jelita i żołądek. Dlaczego zginęła? Co robiła tak blisko domu skoro uciekła kilka lat temu? Dlaczego do niego wracała? I najważniejsze: kto ją zabił?

W swojej powieści kolejny raz autorka poruszyła problem psychiczny człowieka, który w dzieciństwie nie miał dobrych relacji z rodzicami. Z pewnością oddać należy, że Link dobrze wczuła się w postać osoby chorej psychicznie, bo gdy mamy fragmenty pisane z perspektywy samego Wielbiciela to czyta się je zdecydowanie najlepiej.

Dwie rzeczy mnie lekko zirytowały. Pierwsza: nie znam niemieckiego prawa, ale autorka powinna wiedzieć, że nie jeździ się po pijaku i nie proponuje osobie prowadzącej samochodu alkoholu! Druga: kobieta mająca czterdzieści jeden lat chce kiedyś założyć rodzinę, mieć dzieci i wnuki. Moje pytanie: kiedy?! Za rok? Dwa? Dziesięć?! Przecież jej jajniki są już prawie na emeryturze!

To, co zauważyłam po dwóch książkach Link to fakt, że jej powieści bardzo powoli się rozkręcają. Po dwustu stronach dwa wątki dalej się nie połączyły, ale mimo to wcale nie czułam się znudzona, a wręcz przeciwnie byłam coraz mocniej zaintrygowana. Link posiada talent do budowania napięcia i wciągania stylem czytelnika.

Jak bardzo podziałała na mnie książka niech świadczy fakt, że po pierwszej w nocy, gdy czytałam połowę drugiej części książki bałam się pójść do toalety i zapalałam wszystkie światła, jakie miałam na swojej drodze, bo bałam się, że ktoś za mną idzie. Jeśli tylko lubujecie się w takich klimatach to ta pozycja z pewnością przypadnie Wam do gustu.
 „To właśnie takich rzeczy – pomyślała – tak strasznie brakuje. Takich rzeczy, których zwykle człowiek nawet nie zauważa, póki je ma, ale potem wie, że to właśnie one sprawiały, że dobrze się czuł we własnym życiu.” ~ Charlotte Link, Wielbiciel, Katowice 2014, s. 65.
OCENA:  9/10

Wszędzie widzę zapowiedź nadchodzących świąt... Bleh... 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 26 czerwca 2017

416. Dziś prawdziwych mężczyzn już nie ma... "Charlotte Street"


AUTOR: Danny Wallace  
TŁUMACZ: Joanna Piątek
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga
OPIS
Wszystko zaczęło się od dziewczyny (bo zawsze jest jakaś dziewczyna…). Jason Priestley (ale nie ten aktor) dopiero, co ją spotkał. Gdzieś w połowie Charlotte Street przeżyli razem niewiarygodnie cudowną, ulotną chwilę, i Jason poczuł, że być może zaczyna się coś ważnego. A sekundę później już jej nie było. Na szczęście w roztargnieniu zapomniała zabrać swój jednorazowy aparat fotograficzny, pełny niewywołanych zdjęć… Teraz Jason – jeszcze do niedawna nauczyciel i chłopak swojej byłej dziewczyny, a obecnie dziennikarz na ćwierć etatu i bohater mimo woli – staje przed dylematem. Czy powinien dać sobie szansę i próbować odnaleźć dziewczynę? No, bo jeśli to jest właśnie Ta? Kobieta jego życia? Ale to by znaczyło, że musi wykorzystać jedyne dostępne wskazówki kryjące się w tym małym plastikowym pudełku, które przecież nie należy do niego. Zabawne, jak sprawy mogą się czasem mogą potoczyć… [1]

RECENZJA
Tak się zastanawiam czy kiedyś zemści się na mnie fakt, że jestem okładkową sroką. Owszem kilka raz się już zdarzyło, że okładka była piękna, a treść w środku powodowała chęć popełnienia samobójstwa, ale to wcale nie wyleczyło mnie z kupowania książek, gdy przykuła mnie ich okładka. Czy kiedyś ten dzień nadejdzie? Nie wiem, ale też trochę w to powątpiewam. W końcu, kto z nas nie lubi pięknie wydanych książek? Pozycja Danny Wallace ma cudowne kolory, ale bardziej mnie interesowało to, co ma w środku.

Jason Priestley jest byłym nauczycielem, który obecnie na ćwierć etatu w „London Now” gazecie, która jest rozdawana za darmo w metrze. Zostawiła go dziewczyna Sara. Mieszka u kumpla Deva, który prowadzi sklep z grami komputerowymi. Jason pewnego dnia na Charlotte Street wpada na piękną nieznajomą, która przez przypadek zostawia w jego dłoniach aparat. Chłopak za namową przyjaciela wywołuje kliszę, by dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczej pięknej nieznajomej.

Jason to… dupa wołowa. Straszny z niego mazgaj i ciapa, a ja takich postaci bardzo nie lubię. W realu nawet z kimś takim się nie umawiam na randki. Jedyne, co działa na jego korzyść to fakt, że prowadzi bardzo ciekawą narrację. Mimo wszystko nie dziwiłam się Sarze, że go zostawiła, bo w zasadzie nie miała z nim perspektyw na przyszłość. Po dwustu stronach czułam się już mocno zmęczona Jasonem i jego szukaniem. W tej książce brakowało akcji. Czułam się w połowie znudzona i modliłam się, żeby w końcu nastąpił koniec, bo ile można słuchać marudzenia jednego faceta? I to na ten sam temat? ‘Gościu, weź się w garść. Znajdź lepszą pracę, wyprowadź się od kumpla, z którym mieszkasz. Weź życie w swoje ręce!’ – to miałam ochotę powiedzieć głównemu bohaterowi. Na dodatek użalał się nad tym, że zostawiła go dziewczyna, a miała ku temu bardzo dobry powód! Dupa wołowa, a nie facet!.

Okładka książki wskazuje, że razem z Jasonem będziemy szukać kobiety w czerwonym płaszczu. I pewnie będzie, że się czepiam, ale ta dziewczyna w książce ma niebieski, więc większy sens miałaby dla mnie okładka z niebieskim motywem. Bardziej by ją to łączyło z powieścią.

Spodziewałam się czegoś lepszego oprócz tego, co dostałam. Po prostu autor to wszystko niepotrzebnie przeciągał i zanudzał. Niestety maraton słabych książek dalej trwa w najlepsze…

"Bo to, czego w nadziei nienawidzę – to, czym wręcz gardzę, a czego nikt nigdy nie chce przyznać – to fakt, że nadzieja może się bardzo łatwo okazać najprostszą drogą do całkowitej beznadziei." ~ Danny Wallace, Charlotte Street, Katowice 2013, s.14.
OCENA: 4/10


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

291. Egipski świat, czyli "Nefertiti"

AUTOR: Michelle Moran
TYTUŁ ORYGINALNY: Nefertiti
TŁUMACZ: Jarosław Rybski
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
 Jest rok 1351 przed Chrystusem. Książę Amonhotep potajemnie morduje swojego starszego brata, by zostać następcą tronu. Decyduje też, że jego żona, Kija, ze względu na swoje nie królewskie pochodzenie nie sprosta roli pierwszej kobiety w państwie. Wybór rodziców księcia pada, więc na młodziutka, piękną i charyzmatyczną Nefertiti, która w niedługim czasie podbija serca jego poddanych i urasta w ich oczach do rangi bogini.

Nad pałacem królewskim gromadzą się jednak ciemne chmury. Podczas gdy Kija rodzi kolejnych następców tronu, ukochana przez tłumy Nefertiti powija kolejne córki. Wpływowi kapłani knują w tym samym czasie zawiłą intrygę za plecami królewskiej rodziny.
Przepiękna opowieść o miłości, stracie, ambicjach i kulisach niczym nieograniczonej władzy w owianej tajemnicy scenerii starożytnego Egiptu. [1]

RECENZJA
Możliwe, że nie wiecie jeszcze, ale bardzo uwielbiam historie, które toczą się w czasach historycznych. Nie mam ulubionego klimatu, ale bardzo dobrze się w nich czuje, więc gdy na mojej liście wypadła kolej na pozycję Michelle Moran zatarłam rączki z radości i zabrałam się za czytanie. Sami przekonajcie się, co sądzę o swoim pierwszym spotkaniu z tą autorką.

Wyjątkowo zacznę od okładki. Uwielbiam, kiedy tytuł książki jest wytłoczony i mogę spokojnie wodzić po nim opuszkami palców. Jednak dostaję szewskiej pasji, gdy kolor z wytłoczenia znika za każdym razem, gdy biorę książkę do ręki. Tym sposobem ze złotego tytułu mojej powieści nie zostało nic! Wszystko wskazuje na to, że również na grzbiecie może szybko się zetrzeć. Na okładce widzę piękną kobietę ucharakteryzowaną na egipską królową.

Spodziewałam się, że całość będzie prowadzona w narracji trzeciej osoby lub też, Nefertiti. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było to, że poznajmy perspektywę Mutnodżmet, czyli młodszej siostry tytułowej bohaterki. Jest to z pewnością ciekawy zabieg. I w tym wypadku wcale mi nie przeszkadzał. Nefertiti jest bardzo piękną młodą kobietą, która zostaje przeznaczona, jako pierwsza żona przyszłego faraona Echnaton (podaję już jego imię po koronacji). Początkowo wydaje się, że będziemy mieć głównie do czynienia z rywalizacją między dwiema żonami i tym, która z nich jest ważniejsza. Szybko jednak przekonujemy się, że nowy faraon chce znieść najwyższego boga Amona na rzecz Atona. Od tego momentu w całym Starożytnym Egipcie zaczynają się ciężkie czasy dla wszystkich, którzy nie chcą poddać się woli nowo mianowanego faraona.

Mimo, że cała narracja to perspektywa Mutny to jednak idealnie oddaje ona to wszystko, co widzi, czuje i myśli. Jej życie osobiste cały czas jest w cieniu starszej siostry, która chce przede wszystkim władzy. Nefertiti pokazana jest, jako kobieta bezwzględna, samolubna, zapatrzona w czubek własnego nosa i gotowa zrobić wszystko byle nie spaść z piedestału pierwszej żony faraona. Chce władzy. Domaga się jej. Mutny przez sporą część swojego dzieciństwa usługiwała starszej siostrze wiedząc, że ta w przyszłości zostanie żona najważniejszej osoby w państwie. Jednak z czasem jej bunt rozrasta się, a głównie z powodu niezgody, jaka panuje między wizjami odnośnie państwa. Nefertiti, która została wybrana przez swoją ciotkę (żonę ojca swojego męża) na małżonkę wyłamała się z obietnicy i nie sprowadziła Echnatona na odpowiednią drogę. Mimo wszystko lud ją kochał. Posiadała ogromną charyzmę oraz przekonanie o swojej boskości. I przede wszystkim ma ogromny wpływ na jego męża, czego nie wykorzystuje w odpowiedni sposób. Najbardziej na świecie pragnie dla siebie jego uwielbiania oraz tego by kochał mocniej ich wspólne córki od synów, które daje mu Kija. Jak pewnie się domyślacie w Egipcie faraon musiał mieć syna, by zapewnić ciągłość dynastii. Nefertiti jest postacią irytującą i powodującą, że czytelnikowi jest żal Mutny i tego jak ją traktuje. Z całych sił kibicuje dziewczynie, która tak naprawdę jest postacią z drugiego planu by ułożyło się jej życie prywatne i była z mężczyzną, którego kocha.

Język autorki jest prosty i wciągający. Idealnie oddaje atmosferę Starożytnego Egiptu. Brnęłam przez kolejne strony zafascynowana tym, w jaki świat weszłam. Jeśli ktoś z was lubi gdy coś dzieje się w starożytności to serdecznie polecam, bo naprawdę warto sięgnąć po „Nefertiti”. Może komuś z Was uda wyrzucić się żonę faraona za okno, bo mnie niestety ta sztuka się nie udała.

Całe szczęście, że w domu mam więcej książek tej autorki, bo jestem ogromnie ciekawa tego jak potoczyła losy innych, wielkich kobiet tego świata. Najpierw jednak przeczytam te, które zapisałam sobie na liście. W końcu przyjemności należy sobie dawkować, prawda?

 „Nie można zmienić wyglądu pustyni, można jedynie odnaleźć najkrótszą drogę, która przez nią wiedzie, i mieć nadzieję, że trafi się oaza." ~ Michelle Moran, Nefertiti, Katowice 2010, s. 133.

OCENA: 7/10

Wybaczcie za opóźnienie, ale tak to czasami bywa w długie weekendy 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 13 czerwca 2016

265. "Grzech aniołów", gdy jeden czyn zmienia życie wszystkich

AUTOR: Charlotte Link
TYTUŁ ORYGINALNY: Die Sunde Der Engel
TŁUMACZ: Dariusz Guzik   
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Maximilian ostatnie sześć lat spędził w klinice psychiatrycznej. Jego ojciec, Phillip, wzbrania się przyjąć go z powrotem na łono rodziny. Zrozpaczona matka wyjeżdża do Londynu i rzuca się w ramiona swego niegdysiejszego kochanka.
Wówczas dociera do niej z Niemiec niepokojąca wiadomość: jej drugi syn Mario, brat bliźniak Maximiliana, wyjechał razem ze swoją dziewczyną do Prowansji, by spędzić tam urlop tylko we dwoje. Dowiedziawszy się o tym, Janet na łeb na szyję wyrusza do Francji.
Dlaczego wpadła w taką panikę? Jaką straszliwą tajemnicę Janet skrywa razem z ukochanymi nad wszystko synami?
Na ile wydarzenia sprzed lat zdeterminują  zachowania i wybory członków rodziny? [1]

RECENZJA
Muszę przyznać, że do powieści Charlotte Link podchodziłam z dużą dozą ostrożności, ponieważ były one bardzo zachwalane przy okazji każdej medialnej recenzji. A ja nie przepadam za czymś, co jest rozreklamowane, bo zazwyczaj te dobre opinie nie pokrywają się z treścią. W przypadku tej książki nie widziałam jakiejś wielkiej nagonki, a z recenzji moich znajomych usłyszałam tylko, że jest to najsłabsza pozycja w dorobku autorki i że mimo to powinna zachęcić mnie do zapoznania się z kolejnymi książkami. I tak w rzeczywistości jest. Książka nie porywa, ale też nie jest dnem. Jest po prostu dobra.

 Jako pierwszą poznajemy Janet Beerbaum, która wraca do rodzinnej Anglii by dostać się do Edynburga w Szkoci, aby porozmawiać z profesorem Grantem. Chce znaleźć na jego farmie dla osób po przejściach miejsce dla swojego syna, Maximilliana, który spędził ostatnie sześć lat w klinice psychiatrycznej. Kobieta nie jest przekonana do tego, ale jej mąż jest zdania, że nie poradzą sobie z młodym mężczyzną, który przez tyle lat przebywał w miejscu zamkniętym. Janet i Phillip oprócz Maximilliana mają jeszcze jednego syna Mario, brat bliźniak Maxa. Posiada on dziewczynę Tinę, której ojciec nie akceptuje chłopaka i sprzeciwia się wyjazdowi pary po maturze córki. Dodatkowo wydaje się, że Mario również nie jest przekonany, co do opcji opuszczania Niemiec na rzecz Prowansji. Janet w Anglii spotyka się ze swoim byłym kochankiem Andrew Davisem, z którym romansowała, gdy dzieci były jeszcze malutkie. Para odnawia znajomość w momencie, w którym ten prowadzi sprawę niejakiego Corvey’a, który jest seryjnym zabójcą kobiet. Pani Beerbaum twierdzi, że mężczyźni, którzy w dręczeniu kobiet odnajdują popęd seksualny to zwyrodnialcy, a ich zachowaniu zawsze jest winna matka. Gdy do Maximilliana dociera wieść, że jego brat wyjechał z dziewczyną do domku w pobliżu Nicei ucieka z kliniki, chociaż do wyjścia zostało mu tylko osiem tygodni. Jest, bowiem przekonany, że musi ratować własnego brata…

Cóż… Sama nie wiem, czego się spodziewałam. Może troszkę bardziej wartkiej akcji, bo w sumie przez połowę książki to dłużyła mi się ta książka, a przecież nie czytałam jej długo, bo zaledwie trzy dni. Mimo to odczuwała uczucie znużenia i chęci poznania dokładnie tajemnic rodziny Beerbaum i dlaczego Maximillian trafił na sześć lat do kliniki psychiatrycznej. Im dalej brnęłam w historię tej rodziny tym bardziej podziwiałam męża Janet, że był tak bardzo tolerancyjny, ale jednocześnie byłam rozczarowana tym jak traktował swojego własnego, chorego syna. Nie odwiedzał go w klinice, zarządził wyprowadzkę z miasta by zacząć nowe życie. Kompletnie chciał się odciąć od tego, co przytrafiło się jego rodzinie. To, do czego doprowadziła cała ta historia i jakie zakończenie zaserwowała nam aktorka to nie jest tylko wina przeszłości Janet, ale również w jakimś stopniu jej męża.

Przez całą książkę miałam pewne podejrzenia, co do jednej sprawy i w sumie im było bliżej tym bardziej wątpiłam w swoją spiskową teorię dziejów. Byłam gotowa ją nawet porzucić, gdy nagle autorka w ostatnim rozdziale uderzyła mnie obuchem w łeb… Potwierdziło się wszystko, co myślałam. Nie wiem nawet, jakie to wywarło na mnie to wrażenie. Czy poczułam się rozczarowana? A może zaskoczona? Sama nie wiem. Jakoś tak nie umiem określić, co mną targało. Chciałabym móc to jakoś nazwać, ale nie potrafię. Trochę to wpłynęło na moją ocenę, bo w sumie po kilkudziesięciu minutach doszłam do wniosku, że autorka trochę poszła na łatwiznę. Dopiero po czasie pojawiło się lekkie rozczarowanie.

Nie jest to zła pozycja, ale i nie jest wybitna. Dobra. Trzymała mnie w napięciu, wywoływała emocje, miała bohaterów z krwi i kości, poruszyła prawdziwe problemy i dawała lekkie dreszcze emocje. Dobry thriller psychologiczny, bo motyw więzi między bliźniakami oraz choroby psychicznej są ważnymi elementami tej książki, które autorka poruszyła w dobry sposób i w odpowiednim stopniu. Nie przedawkowała i nie ograniczyła tego zbyt mocno.

Chętnie sięgnę po inne pozycje pani Link, bo dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Czegoś mrocznego. Odpoczynku od romansów, obyczajów i innych rzeczy. Jestem na tak.

„Mimo iż życie zadało jej pierwszy mocny cios, nie utraciła nic ze swej naturalności, ciepła, serdecznej przychylności wobec ludzi. Z jedną drobną różnicą: choć nadal wierzyła w dobro, nie była już prostoduszna. Ów delikatny niuans sprawił, że zyskała jeszcze więcej uroku.” ~ Charlotte Link, Grzech aniołów, Katowice 2013, s. 142.
OCENA:  6/10

Po weselu nigdy nie jest łatwo wrócić do normalnego funkcjonowania. Nogi bolą, oczy pieką, ale do pracy czas. Miłego dnia! 
Aaaa i spokojnie ;) to nie moje wesele było :) 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

241. Trochę fantastyczny thriller polityczny, czyli "Zwodniczy punkt"

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Deception point
TŁUMACZ: Maria i Cezary Frąc  
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO: Albaros Andrzej Kuryłowicz/Sonia Drag   

OPIS
Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt z śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom planuje poinformować światową opinię publiczną o odkryciu. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na księżycu, zapewniając urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, aby prawda nie ujrzała światła dziennego. Ratując życie, Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku… [1]

RECENZJA
„Zwodniczy punkt” jest moją ulubioną książką Dana Browna, chociaż bardzo mocno wchodzi na grunt science fiction. Mimo to czytało mi się ją dobrze i z niecierpliwością przewracałam kolejne strony, chociaż byłam już mocno zmęczona faktem, że wszystko dzieje się w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Serio! Panie Brown jeszcze nikomu nie zaszkodziło wydłużenie czasu akcji, a z pewnością nikogo to nie zabiło.

Opis w jakiś sposób zdradza fabułę i zapewniam was, że od pierwszych stron polubiłam główną bohaterkę, ale możliwe, że to z powodu jej ojca, który nie ukrywajmy, ale jest kanalią i człowiekiem gotowym poświęcić wszystko dla kariery – o czym dobitnie przekonujemy się pod koniec książki. Rachel jest analitykiem wywiadu i pracuje dla urzędującego prezydenta, który ubiega się o reelekcję, która wydaje się rzeczą niemożliwą z powodu ciągłych wpadek NASA, które jest otoczone ogromną opieką urzędującego prezydenta. Sexton zostaje wysłana by zrobić krotki raport na temat autentyczności meteorytu ze śladami życia pozaziemskiego. Jednak w pewnym momencie sprawy znacznie się komplikują, a ona oraz Michael Tolland wraz z kilkoma innymi naukowcami walczą o życie. Najgorsze jest to, że nie wiedzą kto jest ich wrogiem, a kto przyjacielem. Sprawa na koniec wydaje się bardziej skomplikowana i szyta grubymi nićmi niż wydawało się w rzeczywistości.

Co do samej konstrukcji to nie mam zarzutów, bo czytelnik nie dostaje wszystkiego na tacy, tylko próbuje samemu rozstrzygnąć kto stoi za tym wszystkim i jaki udział ma w tym prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jednocześnie książka jest czymś w rodzaju przekazu do czego zdolni są ludzie władzy i jak łatwo można manipulować opinią publiczną – wiem to na skutek kończonych studiów i strasznie boli mnie, gdy ci wszyscy wielcy przywódcy wykorzystując proste sztuczki mamią proste społeczeństwo obietnicami bez pokrycia. Ale to nie o tym ma być recenzja. Niestety świat polityki to brudny świat i tego nikt nie zmieni. Wygrywają tylko ci, którzy są bezwzględni i zaślepieni swoimi poglądami. Oczywiście polityka amerykańska znacznie różni się od tej polskiej, ale to dalej zdecydowanie jest brudny i brutalny świat.

Mimo wszystko ta pozycja to moja ulubiona i zdania nie zmienię. Modlę się tylko by Brown zmodyfikował trochę swój styl, bo wszystko zaczyna robić się przewidywalne i kolejne książki mogą nie okazać się tak wielkim sukcesem jak ich poprzedniczki.
"Niech nikt ci nie mówi, co możesz, a czego nie możesz robić." ~ Dan Brown, Zwodniczy punkt, Poznań 2010, str.372.
OCENA: 9/10

Jak dobrze mieć czasem wolny dzień. No i Dan Brown w całości zrecenzowany. Całuję. 
Lady Spark. 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

235. Informatyczny thriller, czyli "Cyfrowa twierdza"

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Digital Fortress
TŁUMACZ: Piotr Amsterdamski  
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO: Albaros Andrzej Kuryłowicz/Sonia Drag   
OPIS
Narodowa Agencji Bezpieczeństwa (NSA) konstruuje superkomputer pozwalający złamać każdy szyfr metodą „brutalnego ataku”. Dzięki niemu amerykański wywiad może czytać komunikaty przesyłane przez terrorystów oraz szpiegów i w ten sposób udaremniać ich zamiary. Działalność agencji stara się pokrzyżować genialny japoński kryptolog Ensei Tankado, twórca niedającego się złamać algorytmu, nazywanego Cyfrowa Twierdza. Grożąc przekazaniem go do publicznego użytku, stawie niemożliwe do spełnienia żądania. Susan Fletcher, piękna matematyczka pracująca dla NSA, uczestniczy w dramatycznym wyścigu z czasem, by ocalić agencję, zdemaskować zdrajcę w jej szeregach i odkryć szczegóły planu, którego celem jest zniszczenie banku danych wywiadowczych USA. Stawką jest jej życie… i życie mężczyzny, którego kocha.  [1]

RECENZJA
Kto raz spotkał się z twórczością Dana Browna może przewidzieć, w jakim stylu będzie utrzymana każda jego kolejna powieść. Szybka i wartka akcja, czas trwania całości około doby do dwóch dni, krótkie rozdziały, prowadzenie jednocześnie wielu wątków, które początkowo wydają się ze sobą zupełnie niezwiązane, a im bliżej końca tym więcej znaków zapytania się rozwiązuje.

Jak dla mnie „Cyfrowa twierdza” jest najsłabszą pozycja książką w dorobku Dana Browna i całe szczęście, że nie od niej zaczęłam swoją przygodę z książkami Browna, bo bardzo prawdopodobne jest to, że po więcej bym nie sięgnęła. Przejdźmy jednak do oceny i lekkiego zarysowania akcji.

Panie i Panowie poznajcie Susan Fletcher uzdolnioną matematyczkę, która pracuje dla NSA czyli Narodowej Agencji Bezpieczeństwa, która jest odpowiedzialna za nadzorowanie superważnego komputera nazwanego TRANSLATOR. Sprzęt ten pozwala rozszyfrować każdy komunikat, który został wysłany nawet przez najznakomitszego szyfranta. Nie ma dla niego kodu, którego nie byłby w stanie złamać. Jak się okazuje do czasu…

Nie wszystkim podoba się takie zachowanie NSA i wśród nich jest pewien Japończyk Ensei Tankado, który stworzył groźny algorytm o nazwie Cyfrowa Twierdza, a jedyną szansa na złamanie go jest powiedzenie światu o TRANSLATORZE. Jak się okazuje rozpoczyna się wyścig z czasem, ze śmiercią i o życie pewnego uniwersyteckiego wykładowcy…

Jest to książka, w której znajdziemy wiele odnośników informatycznych, które dla mnie są kompletną czarną magią. Przydałby się jakieś odnośniki czy coś, a tego brak. Co do reszty to ciężko się do tego odnieść. Ja trochę się nużyłam przy tej pozycji. Nie ma tego czegoś, do czego przywykłam przy „Aniołach i demonach” czy też przy „Kodzie Leonarda da Vinci”. Trochę zawiodła mnie ta pozycja, chociaż język i styl są na bardzo dobrym poziomie. Irytowało mnie kilka postaci.

Mimo wszystko autor pokazuje, co może się stać, gdy pozwolimy rządzącym zbyt mocno ingerować w nasze życie, gdy będziemy tylko patrzeć na to, co robią i im na to pozwalać. Organy władzy chcą kontrolować wszystkie elementy naszego życia. Nie mówię, że to źle, bo wielokrotnie dzięki temu losy nie jednego kraju uniknęły tragedii, ale mimo wszystko zbyt mocny rozwój technologii może doprowadzić do pewnych rzeczy, których cofnąć już się nie da. Zbyt wiele władzy źle działa na ludzi, którzy się w niej zatracają i sądzą, że mają cały świat w swoich dłoniach.

"Sukces zależy od szczęścia." ~ Dan Brown, Cyfrowa Twierdza, Poznań 2010, str. 300.
OCENA: 6/10

Czas na coś ze starszych recenzji. Będę Wam przeplatać nowsze ze starszymi dzięki temu, nowości nie będą czekały tak długo na publikacje ;). 
Całusy i lecę do pracy. Oby do wieczora!


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 28 grudnia 2015

193. Każda seria miewa gorszą część, czyli "Zaginiony symbol"

AUTOR: Dan Brown    
TYTUŁ ORYGINALNY: The Lost Symbol   
SERIA: Robert Langdon
TŁUMACZ: Zbigniew Kościuk
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga/ Albatros A. Kuryłowicz

OPIS
Co zaginęło, zostanie odnalezione…
Waszyngton. Harvardzki specjalista od symboliki, Robert Langdon na prośbę swego przyjaciela i mentora, Petera Solomona, ma wygłosić wykład na Kapitolu. Kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że na wieczór nie zaplanowano żadnego odczytu, a po chwili na środku rotundy odkryte zostaje makabryczne znalezisko, niepokojąco naznaczone pięcioma tajemniczymi symbolami. Jego przesłanie jest dla Langdona oczywiste – to zaproszenie do dawno zaginionego świata skrywającego ezoteryczną mądrość.
Kiedy okazuje się, że Peter Solomon, filantrop i prominentny członek loży masońskiej, został porwany, Langdon wie, że istnieje tylko jeden sposób, by ocalić przyjaciela: przyjąć tajemnicze zaproszenie i udać się tam, gdzie zaprowadzą go zaszyfrowane wskazówki.
A poprowadzą go podziemnymi korytarzami do tajemnych komnat i świątyń ukrytych pod jednym z najpotężniejszych miast świata. Skrywa ono prastare sekrety loży masońskiej i odkrycia, których wielu wolałoby nie ujawniać. Rozpoczyna się szalona wędrówka i wyścig z czasem, bo Langdon ma zaledwie kilka godzin na dotarcie do celu. W przeciwnym wypadku jego przyjaciel zginie. [1]

RECENZJA
Panie Brown pojechał pan po całości i nie piszę tego w pozytywnym kontekście.

Kompletna przesadza, brak spójności, chaos, bałagan i ciężki język (czego do tej pory nie mogłam autorowi zarzucić). Od razu wyczuwa się, że książka pisana była na siłę, a sam autor chyba nie do końca wiedział, co chce nam przekazać w temacie, który poruszał. 623 strony ciężkiego tekstu, który trzeba czytać uważnie i powoli by go zrozumieć, a i to nie gwarantuje nam pełnego oglądu sytuacji. Jednym zdaniem: kompletna porażka!

Pierwsze, co nam się rzuca w oczy, gdy już ponownie powiemy do głównego bohatera: Cześć, Robert to jego wielka naiwność i fakt, że w kłopoty pakuje się pierwszorzędnie. Wychowany na dżentelmena i wielkiego przyjaciela zawsze chce wszystkich ratować. Na dodatek, co daje się zauważyć autor powiela schemat, czyli akcja trwa dwadzieścia cztery godziny, służby mundurowe kompletnie nie wierzą głównej postaci i na dodatek on sam nie wierzy w to, co robi, bo zbyt mocno ufa temu, co mówią książki, z których czerpał wiedzę. Możliwe, że z powodu przesytu Langdon denerwował mnie w tej części bardzo. Jednak bardziej skłaniam się ku tezie, że to po prostu Brown zrobił z niego w tej części osobę mocno irytująca.

Ta historia jest dość bardzo skomplikowana i dla osób, które nie interesują się działalnością masonerii może ona do samego końca pozostać mało zrozumiana. Zwłaszcza końcówka. Jednak nawet nie chodzi o to. Po prostu autor uczynił z tego cegłę – nie tylko pod względem objętości – ale również treści. Zdecydowanie najsłabsza pozycja w dorobku pisarza. Dużo zwrotów akcji, które wcale nie wyjaśniają nasuwających się czytelnikowi pytań. Co do schematyczności to jestem zdania, że autor uczynił z tego swój znak rozpoznawczy, ale jedni uznają to za zaleta a inni za wadę. Mnie to nie denerwowało tak bardzo jak to, że Brown na siłę próbował zaciekawić mnie tym, co będzie dalej i osiągnął zupełnie odwrotny skutek.

Nie wiem nawet, co autor nam chciał przekazać. Wiem z pewnością, że chociaż poruszył temat masonerii to jednak znowu udało mu się sprytnie wpleść w to wszystko Biblię. Czy potrzebnie? Tego nie wiem, ale jestem pewna, że tej książki nie powinny czytać osoby, które nie miały styczności z pozostałymi powieściami Browna. Dlaczego? Bo bardzo szybko się do niego zrażą i przez to mogą nie sięgnąć więcej, po wiele jego lepszych pozycji jak „Anioły i demony” czy „Zwodniczy punkt”.

Na koniec chcę dodać, że mimo tych wszystkich rzeczy, które wypisałam powyżej to pisarz poruszył bardzo ważny wątek rodzicielstwa, który jest, co prawda mocno przykryty wydarzeniami, które się dzieją, ale przesłanie jest jedno: dajmy dzieciom popełniać ich własne błędy i wybierać drogi, którymi chcą się poruszać. Owszem w pewnym momencie nie jest łatwo podjąć decyzji, że nie pomoże się własnemu potomkowi, ale nikt nie chce być wychowywany w szklanej kuli, gdzie wszystko ma na wyciągnięcie ręki.
„Ludzie mający władzę zawsze są zainteresowani sięgnięciem po jeszcze większą władzę." ~ Dan Brown, Zaginiony symbol, Warszawa 2010, s. 394.
OCENA: 4/10

Ogólna ocena cyklu: 
1. Anioły i demony: 7
2. Kod Leonarda da Vinci: 9
3. Zaginiony symbol: 4
4. Inferno: 7
OGÓLNA OCENA: 6!
No i przygodę do Robertem Langdonem uważam za zakończoną! Zastanawiam się nad kolejną recenzją jaką Wam wrzucić. Może mi podpowiecie? Zerknijcie do lewej kolumny i podawajcie swoje typy. Chętnie je rozważę i może na coś się zdecyduję :). 
Jak minęły Wam święta? Mnie dość leniwie :). Trochę u rodziny, trochę rodzina u mnie i jakoś zleciały. Dużo książek zgromadziliście pod choinką? :) Pochwalcie się czy zostały spełnione Wasze czytelnicze pragnienia :). 
Całusy, Lady Spark 

[1] Opis pochodzi ze strony lubimyczytac.pl

poniedziałek, 7 grudnia 2015

187. Panie i Panowie o to na scenę wkracza Robert Langdon!

AUTOR: Dan Brown    
TYTUŁ ORYGINALNY: Angels and demons  
SERIA: Robert Langdon
TŁUMACZ: Bożena Jóźwiak
TOM: Pierwszy
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga/ Albatros A. Kuryłowicz

OPIS
Robert Langdon zostaje pilnie wezwany do położonego koło Genewy centrum badań jądrowych CERN. Jego zadanie – zidentyfikować wzór wypalony na ciele zamordowanego fizyka. Langdon ze zdumieniem stwierdza, że jest to symbol tajemnego bractwa iluminatów – potężnej, aczkolwiek nieistniejącej od czterystu lat organizacji walczącej z Kościołem, do której należały najwybitniejsze umysły Europy, jak choćby Galileusz. Jak się okazuje, iluminaci przetrwali w ukryciu do czasów współczesnych i planują straszliwą wendetę – wysadzenie Watykanu przy użyciu antymaterii wykradzionej z genewskiego laboratorium. Langdon i Vitoria Vetra, córka zamordowanego fizyka, mają zaledwie dobę, by odnaleźć utajnioną od XVI wieku siedzibę iluminatów i zapobiec niewyobrażalnej tragedii. Czy zdołają na czas rozszyfrować wskazówki zapisane w jedynym zachowanym w archiwach Świętego Miasta egzemplarzu legendarnego traktatu Galileusza? Jak zakończy się dramatyczny wyścig z czasem – po tajemnych kryptach i katakumbach, wyludnionych katedrach, tropem symboli iluminatów zakamuflowanych przed wiekami miejscach znanych każdemu mieszkańcowi Rzymu? Zagadka goni zagadkę, prowadząc do najbardziej nieoczekiwanego finału… [1]

RECENZJA
Recenzje całego cyklu o Robercie Langdonie będą należały do tych z serii ciężkich i być może w pewnym momencie (zwłaszcza przy pierwszej i drugiej) urażę czyjeś uczucia religijne. Dlatego z góry przepraszam i zapewniam, że wcale nie miałam takiego zamiaru. Sama jestem chrześcijanką, która regularnie uczęszcza do Kościoła. Jednak do książek, a w zasadzie do ich treści podchodzę nie z przymrużeniem oka, ale z umiejętnością odrzucenia fikcji literackiej od prawdy, a także nie biorę wszystkich uwag, które (nawet między wersami) zawiera autor.
Przejdźmy jednak do sedna.

Kim jest Robert Langdon? Jest to historyk, który pracuje, jako profesor na Harvardzie. Jego specjalizacją jest ikonografia. Ceniony w swojej dziedzinie, uznawany za jednego z najlepszych. Kawaler, wysportowany, dość przystojny i nie jedna pani doktor na uniwersytecie się za nim ogląda. Jednak on zajęty swoją pracą, która również jest jego pasją nie zamierza zawierać stałych związków. I chociaż do pory wiódł nudne życie to pewnego ranka wszystko się zmienia. Jeden telefon, jeden faks i jeden znak i w jego życie wkraczają regularne kłopoty (uwierzcie mi, kolejne serie tylko to potwierdzą). Początkowo wydaje się, że jego podróż ma na celu zdanie tylko jedno: identyfikować i wyjaśnić znak Iluminatów. Na miejscu jednak okazuje się zupełnie inaczej i zaczyna się również szaleńczy wyścig z czasem, a skutki porażki mogą być zaskakujące, bo najmniejsze państwo świata może przestać istnieć.

Langdonowi towarzyszy Vitoria Vetra, córka zamordowanego fizyka. Każdym z nich kieruje zupełnie coś innego. On jest pewny, że bractwo nie istnieje, ale symetryczność znaku nie pozostawia złudzeń, z kolei ona szuka okazji do zemsty. Jednak wspólnie chcą przede wszystkim uchronić świat przed katastrofą.

To, co autor porusza to kwestia wiary i tego, co ludzie w jej imię są w stanie zrobić. Bądźmy ze sobą szczerzy… w jakiś sposób ma on rację. W pewnej części autor ma rację, bo historia chrześcijaństwa splamiona jest wielką, czerwoną plamą jak wyprawy krzyżowe czy też palenie na stosie. Jest też wiele osobnych kwestii jak pedofilia wśród księży czy też posiadanie przez nich dzieci (wątek umiejętnie wpleciony i w dość mało wiarygodny sposób wyjaśniony, za co spory minus dla autora). Kościół pokazany jest w momencie ogromnego kryzysu, z którego stara się wyjść z twarzą. Zapewne większość z Was zaczęła swoją przygodę z Danem Brownem od „Kodu Leonarda da Vinci”, który rozsławił tego pisarza. Owszem jego książki są kontrowersyjne, ale nie zapominajmy, że są tylko książkami, a papier przyjmie wszystko. Nie wolno zapominać, że nikt z nas czy to sam człowiek czy też jakakolwiek instytucja nigdy nie jest, nie był i nigdy nie będzie idealny. Wszyscy popełniamy swoje błędy i wszyscy mamy jakieś mroczne okresy. Owszem w całej tej historii instytucja Kościoła nie jest pokazana w różowym świetle, ale poruszona jest ważna kwestia. A mianowicie stosunek religii do rozwoju nauki. Ta druga wielokrotnie obalała wszelkie tezy głoszone przez księży i innych ludzi. Podejrzewam, że jestem jakimś wyjątkiem, bo dla mnie w życiu jest miejsce dla tych dwóch rzeczy jednocześnie, ale dość często odnoszę wrażenie, że są osoby, które najchętniej cofnęłyby nas do czasów średniowiecza. I chyba autor to samo miał na myśli między wierszami. 

Sama książka autora jest utrzymana w dość prostym stylu: krótkie rozdziały, które dopiero pod koniec tworzą spójną całość, czas akcji pędzi jak szalony, bo „Miki tyka” oraz do końca nie wiemy, kto jest, kim. Ja mimo tego, że czytałam całą książkę już chyba trzy razy pomyliłam kilka wydarzeń, czy też osób w całej powieści, więc widzicie, ze z tym autorem nie będziecie się nudzić.

Oczywiście skoro zapewniam Was o tym, że nie będziecie się nudzić to, czemu dałam tylko szóstkę? Otóż pewne wyjaśnienia autora wołały o pomstę do nieba. Ten brak logiki w tak ważnych momentach pozostawia wiele do życzenia, a na dodatek czasami miałam wrażenie, że Robert Langdon jest nieśmiertelny (to widać nie tylko w tej powieści).

Polecam, ale zalecam również podchodzić do tej i nie tylko tej pozycji z chłodną głową i nie brać do serca wszystkie, co pisze autor. Przecież to w końcu fikcja literacka.

"Czasem, żeby odnaleźć prawdę, trzeba poruszyć góry." ~ Dan Brown, Anioły i demony, Warszawa 2009, s. 72.
OCENA: 6/10

Jak widzicie Landgdon wraca. Tytuł postu odnosi się do tego, że to pierwszy tom, a nie, że Robert debiutuje na KA,bo przypominam, że od recezji ostatniego tomu tego cyklu rozpoczął działalność nasz blog. 
Pozdrawiam ;) 

[1] Opis pochodzi z okładki książki.