środa, 18 grudnia 2019

602. Adriana Trigiani - "Ciao, Valentine"


AUTOR: Adriana Trigiani
ORYGINALNY TYTUŁ: The Supreme Macaroni Company
SERIA: Valentine Roncalli
TOM: Trzeci
TŁUMACZ: Magda Witkowska
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka
OPIS
Podczas rodzinnej uroczystości Valentine i Gianluca zaskakują zgromadzonych wiadomością, że odtąd los obu  rodzin zostanie połączony.
Gianluca musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości żywiołowych członków klanu Roncallich, u boku niezależnej Valentine. Valentine musi natomiast dokonywać zupełnie nowych życiowych wyborów. Szuka równowagi między życiem zawodowym i rodzinnym, zmagając się również z problemem różnic kulturowych i wyzwań związanych z macierzyństwem.
Podejmując kolejne decyzje, kieruje się zasadą, która inspirowała ją od samego początku kariery w Angelini Shoe Company: Dla kogoś, kto umie zrobić parę butów, właściwie nie ma rzeczy niemożliwych.” Dumna i energiczna Valentine będzie walczyć o wszystko, na czym jej zależy – przy okazji zaznając zarówno goryczy, jak i słodyczy życia.
Ciao, Valentine! to książka jednocześnie przenikliwa i romantyczna, pełna ciepła i humoru. [1]
RECENZJA
Z trudem docierała do mnie myśl, że „Ciao, Valentine!” to ostatnie spotkanie z sympatyczną i niezależną Amerykanką włoskiego pochodzenia. Polubiłam tę serię. Jest naprawdę dobrze skonstruowana, ale też nie jest zbyt infantylna – jak możne część z nas pomyśleć.

Valentine i Gianluca szykują się do ślubu. Matka panny młodej zarezerwowała im salę, w której jej dwie siostry miały już swoje wesela. Problem jest tylko taki, że ślub odbędzie się nie po roku od zaręczyn, a po niecałych dwóch miesiącach. Valentine ku rozpaczy matki chce wystąpić w jej starej sukni ślubnej, którą lekko przerobi. Na szczęście wesele przebiega bez zbędnych komplikacji, a małżonkowie mogą udać się w podróż poślubną do Nowego Orleanu. Tam pod koniec ich pobytu wychodzi na jaw, że jej kuzynka Roberta z Argentyny zamyka swoją fabrykę butów, a to równa się temu, że Valentine staje przed problemem, gdzie teraz ma produkować linie swoich butów, które trafiają do masowej klienteli. To powoduje spór między małżonkami, bo Gianluca uważa, że żona zbytnio poświęca się pracy, a ona zaś nie chce rezygnować ze swojego zawodu tylko dlatego, że została jego żoną. Wspólnie jednak próbują znaleźć rozwiązanie dla firmowego problemu Valentine. Razem przechodzą przez różne aspekty małżeństwa, a także zostają rodzicami. Jednak jeden dzień zmienia wszystko… Cały świat, który do tej pory był znany i akceptowany przez rodzinę Roncallich nagle runie w gruzach. Jak poradzi sobie z tym Valentine?

Muszę przyznać, że w ostatnim tomie zauważyłam z kolei różnice dzielące mnie i Valentine. Ona nie chciała rezygnować z siebie, ze swojego nazwiska, gdy została żoną Gianluki. Uważała, że to on powinien się dostosować do jej życia i do niej. Była zdania, że małżeństwo nic nie zmieni w jej życiu, że dalej będzie mogła być niezależną Valentine, która ratuje rodzinny biznes od upadku. Jednak zapominała w tym wszystkim o swoim mężu, który ją kochał i dla niej przeprowadził się do Ameryki, co było dla nie go trudne, bo kochał swój kraj, kochał swoje Włochy. Nie rozumiała tego, że teraz mogą działać wspólnie, że może dzięki temu zmniejszyć ilość swoich obowiązków – skoro mąż chce pomóc jej w prowadzeniu rodzinnego interesu. Dalej chciała być sama za wszystko odpowiedzialna. Sytuacja nie zmieniła się znacząco, gdy została mamą małej Alfredy. Dalej dużo czasu spędzała w warsztacie i projektowała nowe kolekcje butów. Córka i mąż byli dla niej tylko dodatkiem. To mi się u niej nie podobało, bo ja rozumiem, że chciała być niezależną kobietą, ale w pewnym momencie została mamą małej istotki, która potrzebowała jej najbardziej na świecie. Nie umiałabym tak. Owsem ważne jest, aby w małżeństwie i macierzyństwie nie rezygnować z samej siebie i ze swoich celów, ale należy je trochę przewartościować. Dzieci są cudem, który rośnie za szybko. Valentine tego nie rozumiała… Mimo tych różnic, które znalazłam w niej w tym tomie to jednak dalej budziła moją sympatię. I w dalszym ciągu uważam ją za jedną z lepiej wymyślonych bohaterek jakie mogły powstać w lekkich powieściach obyczajowych. To postać życiowa, którą możemy spotkać na każdym rogu, w każdym mieście, w każdym kraju.

Początkowo chciałam ocenić tę książkę podobnie jak pierwszy tom, czyli dać jej siedem punktów, ale to co stało się pod koniec kompletnie mnie zaskoczyło i wcale się tego nie spodziewałam. Zostałam wbita w fotel, a łzy leciały mi po policzkach i kręciłam głową z niedowierzaniem. Tak, już dawno nie płakałam na żadnej książce. Już dawno żadna książka nie doprowadziła mnie do takiego stanu emocjonalnego jak końcówka „Ciao, Valentine!”. To był cios, którego kompletnie się nie spodziewałam i który autorka może i w jakiś sposób sygnalizowała, ale bagatelizowałam te sygnały i jak jednak to się stało to nie chciałam w to uwierzyć. Naprawdę ta końcówka to mistrzostwo.
Bardzo chcę Wam polecić całą serię o Valentine. To naprawdę dobre książki na rozluźnienie się, ale też życiowe. Będą Was bawić, poruszać, denerwować i doprowadzać do łez. Może będziecie na początku uważać, że Was nie zainteresują – podobnie jak ja. Jednak w ostatecznym rozrachunku jestem pewna, że przypadną Wam do gustu!

 „W strukturze rodziny nie ma miejsca dla samotnych wilków… I zresztą być nie powinno. Rodzina to wspólnota serca, sojusz bliskich. Potrzebujesz ich, nawet jeśli wydaje ci się, że nie. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, a rodzina będzie cię zawsze wspierać.”~ Adriana Trigiani, Ciao, Valentine, Warszawa 2014, s. 102.
OCENA: 8/10

Ta seria naprawdę mi się spodobała, chociaż nie sądziłam, że tak będzie :)

[1] Opis pochodzi z okładki książki

2 komentarze:

  1. cieszę się,że ostatecznie Ci się podobało:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem, że drugi tom okazał się tylko przejściowy i trzeci świetnie zamyka tą serię. Musze przyznam, że tym zakończeniem mnie zaintrygowałaś.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń