Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 marca 2016

232. Wcale niemagiczne "Spojrzenie elfa"

AUTOR: Katrin Lankers
TYTUŁ ORYGINALNY: Elfenblick
TŁUMACZ: Mirosława Sobolewska   
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Dreams

OPIS
Kiedy Mageli poznaje tajemniczego Erina, wyczuwa, że chłopak jest inny. Nieznajomy pociąga ją jednak coraz bardziej. Dziewczyna balansuje na granicy jawy i sennych marzeń, coraz bardziej tracąc poczucie rzeczywistości. Gdy chłopakowi grozi niebezpieczeństwo, Mageli musi podjąć decyzję: czy może go uratować wierząc w moc swoich snów? [1]

RECENZJA
Fantastykę cytuję bardzo rzadko, ale ostatnio miałam sporo książek, gdzie autor próbował ją wpleść w zwykłą obyczajówkę albo też łączyć fantastykę ze słabym romansem, więc do „Spojrzenia Elfa” Katrin Lankers podchodziłam dość sceptycznie i prosiłam tylko o ciekawą fabułę! Jednak piękna okładka to jedyne, czym mogłam cieszyć swój wzrok. Bo okładka jest wspaniała i klimatyczna. Zakochałam się w niej z miejsca.

Prolog ma w sobie pewną magię. Damorian komunikuje swojemu Mistrzowi, że urodziło się pewne dziecko, którego dotyczy przepowiednia jakiejś staruch. Damorian chce zabić to dziecko, ale Mistrz temu się sprzeciwia. Potem mamy już normalnie pierwszy rozdział, w którym poznajemy Margarethe – Elisabeth, czyli główną bohaterkę. Jej przezwisko brzmi Mageli. Ma trzech młodszych braci . Uwielbia Szekspira. Ma przyjaciółkę Rosannę. Mageli pewnego dnia po kłótni z matką ucieka z domu do koleżanki, a gdy idąc przez las zostaje napadnięta przez dwóch chłopaków, którzy chcieli ją zgwałcić. W pewnym momencie pojawia się pewien tajemniczy i przystojny nastolatek. Z łatwością pokonuje napastników. Kolejnego dnia dziewczyna obudziła się na podłodze w swoim pokoju, ale nie pamięta jak się tam dostała. Tak właśnie Mageli poznała tajemniczego Erina. Dziewczyna szuka informacji o swoich narodzinach, bo uważa, że nie pasuje do swojej rodziny. Dowiaduje się, że lekarze nie żyją. Zginęli równo rok po jej przyjściu na świat w wypadku samochodowym, a położna nie chce z nią rozmawiać, a kilka dni później również zostaje znaleziona martwa.

Muszę przyznać, że „Spojrzenie Elfa” to kolejna słaba pozycja w tym roku. Akcja toczy się w tempie biegnącego ślimaka, a bohaterka jest czasami naiwna, a czasami irytująca. Styl pisarki nie porywa. Nie ma nic, za co mogłabym kochać tę książkę. No może poza okładką, bo ona jest piękna! Taka tajemnicza i sugerująca, że dostaliśmy kawał dobrej literatury, ale jak tak nie jest. Bardzo ubolewam nad tym, że słabe lektury dostają tak hipnotyzujące oprawy. To jest niesprawiedliwe nie tylko wobec autorów, ale również wobec czytelników, którzy chcieliby dostać 2 w 1: i dobrą treść i piękną okładkę. Jak widać nie można mieć wszystkiego.

Dodatkowo to, jakie zabiegi zastosowała autorka mnie zirytowały. Mageli nagle okazała się tym, kim okazała, co mnie wystarczająco zirytowało, ale dalej już było tylko gorzej. Było przewidywalnie do bólu. Nie było nawet momentu zaskoczenia. Ja rozumiem, że książki rządzą się swoimi prawami, ale to było okropne. Trauma do końca życia! A jak wiadomo złe doświadczenia bolą całe życie!

Czytałam, co kilka zdań, bo inaczej pewnie do końca roku nie dałabym rady tej pozycji. Uwierzcie mi. Starałam się przebrnąć przez te wszystkie mdłe i bezbarwne opisy. Nie dało się. Walczyłam tak do ósmego rozdziału, a potem się poddałam.

Nie polecam. Chyba, że chcecie umrzeć z nudów. Jednak będziecie umierać w męczarniach. Żeby nie było, że nie ostrzegałam!
„Musiała przyznać, że o wiele łatwiej było czegoś sobie życzyć, niż potem naprawdę przeżyć spełnienie tychże życzeń.” ~ Katrin Lankers, Spojrzenie Elfa, Rzeszów 2013, s. 157.
OCENA:  2/10

W Lany Poniedziałek przychodzę do Was z recenzją książki, która prawie przyprawiła mnie o łzy. 
Mokrego dnia! 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 11 lutego 2016

212. "To już jest koniec, nie ma już nic" i bardzo dobrze!

AUTOR: Katarzyna Berenika Miszczuk 
CYKL: Wiktoria Biankowska
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO: W.A.B.

OPIS
Wiktoria Biankowska, była diablica i niedoszła anielica po raz trzeci wpada w kłopoty. Przypadkowo trafia do Tartaru, tuż po ujrzeniu białego krzyżyka na chodniku i ciężarówki z mrożonkami. A właśnie zaczęło jej się układać. Pokochała diabła Beletha, wyzbyła się boskich mocy, a jej przeciwnik Moroni został zamknięty w anielskim więzieniu. Ponadto diabeł Azazel nie planował niczego złego, zajęty romansem z królową Kleopatrą. [1]

RECENZJA
Kończąc czytać jakąkolwiek serię, zawsze towarzyszą mi przeróżne emocje. Czasem odczuwam smutek, że kończy się moja przygoda z obdarzonymi sympatią bohaterami; radość, ponieważ zakończenie jest idealnie dobrane; zaskoczenie, gdy autor na sam koniec po prostu wbija mnie w fotel, tak, że sama nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. A co towarzyszy mi po odłożeniu cyklu o Wiktorii Biankowskiej? Ulga! Ogromna, gigantyczna ulga, że wreszcie moje męczarnie zostały zakończone! 

Wiktoria umiera… znowu! Niemniej jednak tym razem jej zabójstwo jest nieszczęśliwym wypadkiem. Dosłownie – pojawiła się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiedniej porze, co prawda uratowała życie Piotrusiowi, ale sama zapłaciła za to bardzo wysoką cenę. Jakby sam fakt, że „wskoczyła” zamiast Piotrka Śmierci pod topór nie był już wystarczającym problem to okazuje się, że dzięki machlojkom diabła Beletha, Wiki ląduje w Tartarze – miejscu wiecznego potępienia, do którego trafiają najgorsi mordercy i zbrodniarze. Szansę ucieczki są równe zeru, ale przecież Wiktoria to Wiktoria! Dziewczyna próbuję wydostać się z Tartaru a pomaga jej w tym Beleth, który w międzyczasie z diabła stał się… dżinem. Ich zamiary jak zwykle niosą za sobą straszne konsekwencje! Tym razem zagrożona jest Ziemia i wszystkie zaświaty!

Ech, no i co tu napisać? Po drugiej części miałam nadzieję, że w trzecim tomie akcja będzie przynajmniej stwarzać pozory jakiegoś uporządkowanego bytu. Niestety, przeliczyłam się, po raz kolejny! Ja, potępiona to ponownie jazda bez trzymanki kolejką górską. Wszystko dzieje się bardzo szybko, a kolejne wydarzenia pędzą na łeb na szyję. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do dynamiki fabuły, musi być w każdej dobrej książce! Niemniej jednak, kiedy ten element jest niedopracowany i czasem nawet sama autorka gubi się w całej historii to chyba coś jest nie tak, prawda? 

Znów wyhaczyłam pewne sprzeczności i niedociągnięcia. Nie chcę dodawać spoilerów, ale niektóre rzeczy naprawdę, o ironio, wołały o pomstę do nieba! Ponadto wydawało mi się, że w całym cyklu nie było konsekwencji prowadzenia historii. To, co w jednym tomie nie było problemem w innym stawało się, z zupełnie nierozumianych przeze mnie przyczyn, czymś awykonalnym!

Przez chwilę sama zastanawiałam się co jest gorsze – niezgodność w prowadzeniu niektórych akcji, czy usilne próbowanie wplecenia w całą powieść lekkiego erotyku. Żeby to, chociaż było subtelne, żeby to chociaż było takie przyjemne w odbiorze – dla mnie wyglądało to miejscami śmiesznie, miejscami żałosne… no i jeszcze te wyszeptywane przez bohaterów słówka. Możecie mi wierzyć – niezliczoną ilość razy przewracałam teatralnie oczami i wzdychałam z irytacji. Czy naprawdę w dzisiejszych czasach wszyscy myślą, że tani seks zawsze się sprzeda? W gwoli uściślenia ta konkretna uwaga dotyczy całej serii, nie tylko ostatniej części. 

Paradoksalnie, najbardziej wciągały mnie te wątki, w których nasza Wiktoria albo nie występowała, albo zupełnie się nie udzielała! Jak już tylko bohaterka zaczynała się wtrącać to wiedziałam, że będzie źle. No i cóż, przynajmniej w tej kwestii się nie pomyliłam.

Po zapoznaniu się z trzecim tomem cyklu o pannie Biankowskiej nadal podtrzymuje zdanie, że Wiki jest po prostu głupia. Irracjonalność jej niektórych zachowań mnie porażała, a tematy głębokich rozmyślań sprawiały, że zaczynałam wątpić w całą ludzkość. No, ale poza tym bez zmian – Wiktoria nadal boska, cudowna, wszechmocna, wspaniała, inteligentna i tak dalej, i tak dalej. Boże, widzisz i nie grzmisz! 

Powtórzę się, ale jeśli chodzi o język nadal nie można było odczuć żadnej poprawy. Styl autorki owszem jest przejrzysty, niemniej wciąż jest również przeciętny. Dłuższych opisów niestety też się nie doczekałam! Ach, marna moja dola! No, ale przynajmniej szybko się czyta.

Reasumując, Ja, potępiona to najgorsza część całej serii. Co prawda została oceniona przeze mnie na 2, podobnie jak Ja, diablica, ale taką cyferkę dałam tylko, dlatego, że na samym końcu nawet trochę się wciągnęłam. To jednak nie zmienia faktu, że trzecia część cyklu to książka pełna sprzeczności, niedociągnięć i irracjonalnych postaw wszystkich bohaterów. Cieszę się, że to już koniec! 

Cykl „Wiktoria Biankowska”, w moim odczuciu, jest bardzo słaby. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że naprawdę sprawnie szło zapoznawanie się z kolejnymi kartkami historii. Myślę, że ogólna ocena cyklu mówi sama za siebie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

„Nie ma czegoś takiego jak empatia. To wyjątkowo tania zagrywka, niestety z niewiadomych mi przyczyn nadużywana w Niebie.” ~ Katarzyna Berenika Miszczuk; Ja, potępiona; Warszawa 2012; s.114

Ocena: 2/10

Ogólna ocena cyklu: 
1.Ja, diablica: 2
2. Ja, anielica: 3
3. Ja, potępiona: 2
OGÓLNA OCENA: 2!


Skończyłam! A teraz idę oddawać się dalej błogiemu leniuchowaniu! Buźka,
Tea

[1] Opis pochodzi z okładki książki

czwartek, 4 lutego 2016

209. „I powiozą mnie windą do nieba…”

AUTOR: Katarzyna Berenika Miszczuk 
CYKL: Wiktoria Biankowska
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: W.A.B.

OPIS
W życiu Wiktorii ponownie zjawia się przystojny diabeł. Rozbija jej związek z Piotrem i ma nietypową prośbę - chce odzyskać swoje anielskie skrzydła. Czy dziewczynie uda się zwrócić złotookiemu Belethowi marzenia? Przed Wiktorią stają naprawdę trudne wybory - bo z jednej strony zabiegający o jej miłość śmiertelnik, a z drugiej... no właśnie, diabelnie przystojny upadły anioł. W dodatku akcja przeniesie się do nieba. A tam pojawią się kolejni bohaterowie - zabawne putta, podstępny Moroni, rodzice Wiktorii i oczywiście syn szefa, jeżdżący najnowszym maserati... [1]

RECENZJA
Po bardzo słabej pierwszej części cyklu o Wiktorii Biankowskiej naszedł czas na zapoznanie się z kolejnym tomem jej przygód. Przyznam się szczerze, że zasiadając do czytania książki „Ja, anielica” miałam tylko jedno marzenie – abym tym razem przynajmniej troszeczkę mniej się irytowała. Po lekturze śmiało mogę powiedzieć, że w porównaniu do  Ja, diablica druga część wypada ociupinkę lepiej, chociaż szału nadal nie ma. 

Wiktoria wiedzie spokojne, nieświadome życie na Ziemi u boku Piotrka, który w tym momencie jest całym jej światem. Dzięki wyrokowi Lucyfera i Gabriela z pamięci Biankowskiej wymazane zostały wszystkie wspomnienia związane z jej diabolicznym „wcieleniem”. Mimo tego, że Wiki zapomniała o Piekle, Piekło nie zapomniało o niej, a konkretniej pewien przystojny i nieokrzesany diabeł o imieniu Beleth. Dzięki sieci intryg i układów zawieranych przez zaświaty Wiktoria po raz kolejny zostaje obdarzona piekielnymi mocami, z tą tylko różnicą, że tym razem trafia do Nieba. Jeśli ktoś myśli, że czeka ją spokojne życie w Arkadii, jest w ogromnym błędzie! Biankowska również w Raju wplątuje się w niemałe kłopoty. 

Próbowałam! Naprawdę wierzcie, że próbowałam spojrzeć na książkę przychylniejszym okiem. Starałam się tak szybko nie irytować, dawać szansę bohaterom na lepsze zapoznanie się z nimi… no ale nie mogłam! Po raz kolejny szukając odpowiedzi na pytanie: „jak można taki pomysł tak sknocić?!” wychodziłam z siebie i nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Co prawda w drugim tomie przygód niepokornej Wiki zdawało mi się, że tym razem autorka bardziej starała się skupić wszystko w jedną, spójną całość. Nie odnosiłam już wrażenia jakoby książka była stworzona z luźno połączonych ze sobą fragmentów, bez żadnego ładu i składu. Chwała Bogu za to! Również cała akcja wydawała się przebiegać spokojniej niż wcześniej, bardziej przemyślanie. Mimo tego autorka nie wyrzekła się jednak wielu sprzeczności, a cała historia wciąż była niezwykle przewidywalna i miejscami wręcz irytująco męcząca. 

Wielkiej zmiany nie ma również w języku. Styl autorki nadal jest prosty, przejrzysty i niestety przeciętny. Dłuższe opisy pojawiały się jedynie w momentach odniesienia się do pierwszego tomu cyklu, a poza tym ze świecą szukać głębszych przemyśleń bohaterów, podkreślam głębszych – rozhisteryzowanych wywodów Wiktorii kogo ma wybrać: przystojnego diabła czy czarującego Piotrusia, do tego nie zaliczam. 

Zajmijmy się naszymi bohaterami! O ile wcześniej sądziłam, że Wiktoria jest dziecinna, o tyle po książce Ja, anielica jestem już pewna, że nasza pannica jest po prostu głupia. Pomijam już fakt wymienionych wyżej „strasznistych dylematów!”, ale ponadto czytając o tym jak sama na własne życzenie pakuje się w tarapaty miałam ochotę wziąć i solidne nią potrząsnąć! Wciąż infantylna, irytująca i męcząca. Autorka książki miała jednak zupełnie inną od mojej charakterystykę tej postaci – w jej odczuciu ta jest wszechmocna, wspaniała, cudowna, po prostu najlepsza – cud, że za życia nie wynieśli jej na ołtarze! 

Muszę jeszcze przynajmniej wspomnieć o dwóch męskich postaciach. Na początku parę słów o Belethcie – zboczony, poprany, erotoman. W każdej sytuacji, w każdym momencie myśli tylko o tym, aby zaciągnąć Wiktorię do łóżka. Dwuznaczność jego wypowiedzi jest porażająca, a ja zupełnie nie mam pojęcia, o co autorce chodziło. Gdyby takie subtelne (chociaż w przypadku Beletha o subtelności mówić nie można), erotyczne podteksty zdarzały się raz na jakiś czas to byłoby jeszcze okej, ale w zbyt dużej dawce nie są zabawne a irytujące, prostackie i prymitywne. No i jeszcze szepnę dosłownie słówko o Piotrusiu – mdły, mało interesujący i trochę zagubiony we własnym świecie ot co! 

Przyznam się szczerze, że przez chwilę pomyślałam, żeby dać książce 4. Mimo tych wszystkich wymienionych wad, uważam, że Ja, anielica jest ociupinkę lepszą lekturą od pierwszego tomu serii - przez pewien czas historii denerwującego diabła w ogóle nie było, a na dodatek nadal bardzo szybko się ją czyta. Już byłam pewna, że czwórka będzie odpowiednia – w zakończeniu nawet fajna akcja, wszystko okej, i wtedy autorka daje ni z gruchy ni z pietruchy jeden z tych swoich dwuznacznych tekstów, no i umarł w butach! Trzy! Trzy i ani stopnia wyżej! 

„Ciekawość to pierwszy stopień do Piekła. Czy może jednak zaszkodzić, kiedy w tym Piekle już się było?” ~ Katarzyna Berenika Miszczuk; Ja, anielica; Warszawa 2011; s.204

OCENA: 3/10


Zostało mi jeszcze nieco ponad 24 godziny i wreszcie będę miała wolne! Już nie mogę się doczekać! Z tego miejsca chciałabym Was również zaprosić na nowy, książkowy filmik na kanale Lady Spark!

Pozdrawiam,
Tea


[1] Opis pochodzi ze strony lubimyczytac.pl

sobota, 11 lipca 2015

146. „Pożegnania nadszedł czas…”, czyli ostatnia część Trylogii Suremu

AUTOR: Wiera Szkolnikowa
TYTUŁ ORYGINALNY: Выбор Наместницы
SERIA: Trylogia Suremu
TŁUMACZ: Rafał Dębski
TOM: Trzeci
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

OPIS
Zdawać by się mogło, że w Imperium Anryjskim wreszcie nastał czas spokoju i radości. Na tronie zasiada przepowiedziany w proroctwie król-elf, a królowa właśnie urodziła mu następcę. Na pozór wszystko w państwie układa się dobrze, ale przecież gdzieś zawsze czai się nieszczęście, a rzeczywistość nader często wygląda zupełnie inaczej, niż mogłoby się wydawać. [1]

RECENZJA
Po dwóch bardzo słabych częściach Trylogii Suremu nadszedł czas na ostatnią odsłonę cyklu Wiery Szkolenikowej. Nie będę ukrywała – zasiadając do czytania trzeciej księgi Namiestniczki jedyne o czym marzyłam to skończyć ją jak najszybciej i zapomnieć, że miałam taką wątpliwą przyjemność  zapoznać się z całą serią. Pełna obaw zaczęłam zagłębiać się w lekturze… i ku mojej ogromnej ucieszę i niemałemu zaskoczeniu moja pożegnalna przygoda z trylogią Wiery Szkolenikowej okazała się zdecydowanie najlepszą, chociaż w ogólnym rozrachunku nadal wypada słabo.

Król powrócił, a królestwo przez stulecia rządzone przez kobiety znów zyskało swojego prawowitego władcę. Teraz powinno być już tylko lepiej… niestety okazuje się, że król w nosie ma los swoich poddanych – podwyższa i nakłada kolejne podatki, usuwa niewygodnych lordów, wywołuje nowe wojny i robi to wszystko bez żadnych skrupułów. Wydaje się, że gorzej być nie może, prawda? A jednak może! Otóż nowy-stary król jest Bestią, a jego pierworodny ma w przyszłości stać się Aredem – najgorszą z możliwych czarnych mocy! Pradawna przepowiednia o końcu świata spełnia się i wszystko wskazuje na to, że nic już nie można zmienić… a może jednak? W sumie jeśli chodzi o fabułę, ta część jest zdecydowanie najlepsza. Tylko, trzeba od razu powiedzieć, że  Księga III Namiestniczki wypada lepiej na tle dwóch poprzednich, ale wcale nie oznacza to, że jest bardzo dobra czy wręcz wybitna. Nie, nie! Do tego jeszcze daleka droga, niestety. Cieszyć może jedynie fakt, że w tym tomie mamy trochę więcej akcji i cała powieść, aż tak nadto nie nudzi. Dzięki Bogu, bo trzeciej pod rząd tak nużącej i irytującej książki bym nie zniosła! Przez moment zastanawiałam się nawet czy nie dać wyższej oceny… ale wtedy doszłam do zakończenia i nagle całkowicie zdurniałam. Cała trylogia była napisana w tonie średniowiecznego królestwa, a tutaj nagle mamy ekraniki, mamy jakiś zaprogramowany system i lustro przyszłości – WTF?! Niestety, ale ta końcówka całkowicie mnie poraziła i wcale nie kupiłam tłumaczenia autorki, że technologia oraz taka wiedza ma być rzekomo przejawem mocy Areda. Och, no come on!

W sumie o bohaterach zbyt dużo powiedzieć się nie da. Małżonką króla, który swoją drogą nie jest wcale intrygujący, a wręcz prymitywny czasami (no, ale cóż w końcu na początku był kawałem kamienia, a potem stał się Bestią – a jeszcze jakby tego było mało był elfem! ), jest Salome Jasne. W ogóle bardzo mało tej naszej Namiestniczki i tak się zastanawiam czy autorka nie miała pomysłu na nazwanie swoich książek inaczej? Tytuł „Namiestniczka” ni jak ma się do tego co zaserwowała nam w drugim i trzecim tomie. Takie to trochę pójście na łatwiznę z jej strony. A sama nasza władczyni w tej części… stała się trochę bardziej jędzowata, trochę się wyrobiła, jeśli chodzi o bycie „złą kobietą”, ale nadal do poprzedniczki jej jeszcze daleko!

No i jeszcze język. Niestety mimo wprowadzenia dynamizmu akcji, Wiera Szkolnikowa nie wyzbyła się nałogu pisania sztywnych, sztucznych dialogów. A szkoda, bo to bardzo zaważa na ogólnym odbiorze książki.

Wiecie co Wam powiem? Bardzo się cieszę, że w końcu skończyłam czytać Trylogie Suremu! Męczyłam się przy niej strasznie i moje oceny chyba najlepiej to obrazowały. Namiestniczka wraca do biblioteki, a ja będę ją odradzać wszystkim znajomym!

„Tak. Jeszcze cię kocham. Próbowałam przestać, ale zabić miłość trudniej niż człowieka. Wystarczy jedno uderzenie, żeby umrzeć, a miłość zdycha latami, męczy się, boli, zrzuca starą skórę, przelewa się na dzieci, ale wciąż żyje” ~ Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka. Księga III, Warszawa 2012, s. 567

OCENA: 3,5
OCENA CAŁEJ TRYLOGII SUREMU: 2,5


Nareszcie! W końcu! Przebrnęłam przez wszystkie części! Idę z tej okazji odtańczyć taniec radości przy ognisku!

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Prószyński i S-ka


piątek, 3 lipca 2015

144. Kamienny posąg czy wszechpotężny król


AUTOR: Wiera Szkolnikowa
TYTUŁ ORYGINALNY: Выбор Наместницы
SERIA: Trylogia Suremu
TŁUMACZ: Rafał Dębski
TOM: Drugi
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka

OPIS
Po latach rządów, zgodnie z obietnicą kapłanek, w spokoju i ciszy odeszła namiestniczka Enrissa Złotowłosa. Władzę w Imperium Anryjskim przejęła jej następczyni, Salome Jasna. Brak jej jednak siły charakteru poprzedniczki, co wykorzystuje Wielka Rada, sprawująca faktyczną władzę. Tymczasem kraj dotykają nieszczęścia. Słabość nowej namiestniczki wykorzystują także wielbione przez nią elfy. Stają się brutalne i butne, wdają się w spory z ludźmi. Nienawiść między nimi a innymi mieszkańcami Imperium rośnie. W miastach płoną stosy. Zaraza zbiera krwawe żniwo. Jedyną nadzieją dla udręczonej krainy jest powrót prawowitego władcy - króla, o którym mówi proroctwo. [1]

RECENZJA
Po „Namiestniczce. Księdze I”, która swoją drogą okazała się być jedną wielką klapą (nie bójmy się tego słowa!), przyszedł czas na kontynuację, a więc drugi tom Trylogii Suremu autorstwa Wiery Szkolnikowej. Wcześniejsza przygoda z twórczością autorki sprawiła, że do tej odsłony serii naprawdę nie miałam zbyt dużych wymagań. Liczyłam tylko na jakąś akcję, coś co chociaż wywoła u mnie cień zainteresowania, mały zalążek, niewielkie nasionko. Nie łudziłam się, że po tak słabej inauguracji cyklu, nagle Pani Szkolnikowa zaserwuje mi prawdziwą, czytelniczą ucztę. Niemniej jednak to, co dostałam mnie zaskoczyło… niestety negatywnie. Jeśli ktoś twierdzi, że nie można napisać dwóch słabych książek, które na dodatek są odsłonami jednego cyklu, sprowadzę go na ziemię – otóż można! „Namiestniczka. Księga II” jest tego najlepszym przykładem!

Swój wywód zacznę od fabuły. Na tronie Imperium, zgodnie z przepowiednią, zasiadła nowa Namiestniczka. Dzieci z pierwszej części stały się już dorosłymi ludźmi i teraz władza poszczególnych krain wchodzących w skład całego królestwa spoczywa w ich dłoniach. Nowa władczyni - Salome Jasna, nie jest w stanie poradzić sobie z utrzymaniem wszystkich ziem w ryzach, a ciągłe wyświadczanie się swoimi urzędnikami z czasem przestaje przynosić pożądane efekty. Ponadto siedzące do tej pory cicho Elfy zaczynają domagać się swoich praw i w momencie, gdy Namiestniczka przystaje na ich propozycje, postanawiają sami wymierzać sprawiedliwość śmiertelnikom, którzy naruszają ich święty, magiczny las. Mieszkańcy krain zaczynają się buntować i królewska władza jest mocno zagrożona. W tej sytuacji pomóc może już jedynie cud, a konkretniej „zmartwychwstanie” posągowego króla. Wszakże, o tym właśnie mówiła przepowiednia! Nie pozostaje, więc nic innego jak tylko czekać, mając nadzieję, że król wreszcie postanowi zaszczycić wszystkich swoją realną osobą. I tutaj stop-klatka. Po pierwszej części nie miałam żadnych złudzeń, że nagle akcja zmieni się o 180; że co chwila będę poddana różnym emocjom; że książka wręcz wbije mnie w fotel. Liczyłam jednak, że chociaż w niewielkim stopniu będzie się coś działo, a tutaj nic, zero, null! Co gorsza, scena pewnej egzekucji, aż zanadto przypominała mi tę, z Pieśni Lodu i Ognia Martina, a niezbyt inteligentny głównodowodzący armii to normalnie „skóra” zdjęta z Theona Greyjoy’a! Ponadto przez całą książkę mowa jest o przepowiedni –autorka przygotowuje wszystkich na wielkie wow, żeby  w kulminacyjnym momencie zaserwować czytelnikowi raptem cichutkie „o”. To tak samo gdybym, ja trąbiła na prawo i lewo o ogromnych zakupach, na które planuje się wybrać, a już po nich ogłosiłabym, że kupiłam bułkę i banana.

No, a teraz przechodzimy do bohaterów. A w sumie bohaterki, bo na tytułowej postaci się skupię. Nasza Namiestniczka, w przeciwieństwie do swojej przeciwniczki, jest naiwna, łatwowierna, dziecinna i miejscami wręcz głupia. Nie ma ani charakteru, ani żadnej wyrazistości – jest mdła, bardzo ulega, podatna na wpływy innych osób i przede wszystkim ślepo wierzy, że jej król zejdzie do niej ze swojego kamiennego tronu. Chociaż od dziecka wiedziała o tym, że to właśnie ona zostanie władczynią, miało się wrażenie, że zupełnie nie jest gotowa do tej roli. Ot, marionetka w rękach innych… szmaciana lalka, którą można wykręcać, rzucać i ciągać. I jak ją tutaj polubić?

Został nam już tylko styl, który w sumie nie różni niczym od zaproponowanego w pierwszym tomie. Nadal zdarzały się sztuczne i nudne dialogi, przy których walczyłam z ogromną pokusą ziewnięcia w głos.

Reasumując – nie ma akcji, nie ma ciekawej postaci, jest kolejne podobieństwo z twórczością Martina i nadal mamy sztuczne dialogi. Jedyny punkt mogę przyznać, za okładkę. 

A teraz nawet nie chcę myśleć, że przede mną jeszcze trzeci tom…

„Ma być żoną, to będzie, tak nawet sprawiedliwej, krąg się domknie. Najważniejsze, żeby nie żądał miłości. Bo jej dać nie może… nie umie… nie wie, co znaczy kochać” ~ Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka Księga II, Warszawa 2011, s. 456
OCENA: 1/10

Namiestniczka numer dwa! Jeszcze tylko jedna część przed nami (chwała Bogu!). Pozdrawiam


[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Prószyński i S-ka


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

124. Prawie jak Batman… prawie robi jednak wielką różnice


AUTOR: Agnieszka Lingas-Łoniewska
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO: Novae Res

OPIS
Melisa, James i Nocny Łowca. Historia jak z komiksu o walce ze złem, walce z własnymi słabościami, demonami przeszłości i oczywiście o wielkiej miłości. Ona jedna, ich dwóch, Miasto Aniołów i zagrożenie, któremu niekiedy nie można się oprzeć. Obrońca nocy to sensacyjna opowieść o pyskatej dziennikarce, zarozumiałym potentacie mediowym i Nocnym Łowcy. Dobro walczy ze złem, ludzie ze swoimi pragnieniami, a Melisa Mallory z miłością do dwóch mężczyzn. Agnieszka Lingas-Łoniewska bawi się formą, zapraszając nas do nieco komiksowej opowieści z elementami fantasy, gdzie jednak zło i zagrożenie są realne, a uczucia gorące i buzujące od pożądania. [1]

RECENZJA
No i stało się! Mocno tłukąc się pięścią w pierś i głośno lamentując, że to tylko i wyłącznie moja wina spuszczam głowę, aby z pokorą przyznać się do popełnionego przez siebie błędu! Podczas swojej ostatniej wizyty do biblioteki, widząc na jednej z półek książkę Agnieszki Lingas-Łoniewskiej najzwyczajniej w świecie poleciałam na ładną okładkę no i mam za swoje! Będąc „okładkową blacharą” sama siebie skazałam na tyle stron ciągłej irytacji! Tak moi Drodzy, dobrze się spodziewacie, poniższa recenzja nie będzie wcale, a wcale pozytywna!

Minusów tej książki jest tyle, że sama nie wiem, od czego dokładnie zacząć. Może opowiem troszkę o fabule. Mamy sobie Melisę – młodą dziennikarkę śledczą, która prowadzi sprawę nowego, bardzo groźnego narkotyku. W tym samym czasie kiedy kobieta oddaje się pracy okazuje się, że redakcje w której pracuje przejmuje nowy właściciel – milioner James Maseratti. Świeżo upieczony szef od razu zabiera Melisie sprawę narkotyku, nad którą spędziła już tyle godzin, ale przecież kobita musi walczyć o swoje, więc dziennikarka, niezrażona zakazem nadal prowadzi śledztwo. Pracując na dość podejrzanym gruncie staje się potencjalną ofiarą i z wielkiej opresji ratuje ją zakapturzona, tajemnicza postać – Nocny Łowca! Nieznany bohater od pewnego czasu, pod osłoną nocy (jak sam jego przydomek wskazuje), zaprowadza porządek na ulicach Los Angeles dając tym samym policji małego pstryczka w nos. Pomiędzy dziennikarką i superherosem z Miasta Aniołów niemal natychmiast pojawia się nic porozumienia, jakieś szybko kiełkujące uczucie. Ale to nie wszystko również i nowy szef nie jest kobiecie obcy. Dwóch mężczyzn, różnych od siebie i jedna kobieta – miłosny trójkąt z komiksową historią w tle. Sam pomysł nie był do końca zły. Wychodzę założenia, że nawet najbardziej banalną fabułę można poprowadzić zupełnie nowymi, nieprzewidywalnymi torami. Niestety, Pani Agnieszce to się nie udało. Przygody Melisy i jej dwóch adoratorów są tak… nie wiem jak to nawet dokładnie i delikatnie ująć... nieciekawe, nieporywające, banalne i irytujące, że to głowa mała. Zgadnięcie, kto taki kryje się za maską Nocnego Łowcy jest naprawdę dziecinnie proste, a cała historia niebezpiecznie przypomina nam losy Batmana, naprawdę! Moja frustracja wzrastała z każdą kolejną przeczytaną stroną lektury. Nie zliczę ile razy poirytowana przewracałam oczami, ile razy wzdychałam z niezadowoleniem i miałam ochotę rzucić książkę w kąt i już nigdy do niej nie wracać! Naprawdę! Lady Spark może potwierdzić ile „czułości” nasłuchała się o „Obrońcy nocy”!

Przechodzimy dalej! Postacie! O tutaj to sobie naużywam! Na początek nasza Mallory! Och, jaka ona cudowna, jaka wspaniała, jaka piękna, jaka mądra, jaka seksowana, jaka ponętna, jaka pyskata, jaka pewna siebie, jaka urocza, jaka kobieca, jaka zabawna – i tak mniej więcej jest przez całą książkę. Okej, swoje też przeżyła – jej  były mąż, notabene policjant, okazał się być damskim bokserem i musiała naprawdę znaleźć w sobie siłę, żeby z nim zerwać. To się jej chwali, ale po za tym Mallory strasznie mnie irytowała! Nie cierpię tak wyidealizowanych bohaterów, a tutaj to naprawdę było miejscami nie do przyjęcia! No i teraz jeszcze pozostał nam James Maseratti (UWAGA PONIŻEJ SPOJLER!), bo chyba już każdy się domyślił, że to przecież nie kto inny jak Nocny Łowca! O mój Boże! Ideał! Naprawdę nic tylko wzdychać i achać patrząc na niego! Takie to piękne, takie inteligentne! Rekin biznesu! Milioner! Podejrzewam, że spokojnie mógłby kupić całą Polskę, no albo przynajmniej ¾! Oczywiście zakochał się w Mallory od pierwszego spotkania (ona potrzebowała o jedno więcej, żeby to zrozumieć)! No, a że na miłości nie można oszczędzać James robi „małe niespodzianki” dla ukochanej – a to lot własnym samolotem na randkę na Hawaje, gdzie ma domek i własną plaże kupuje jej własne ferrari i wymienia całą garderobę. Co prawda on też swoje przeszedł – przeżył tragedie, miał wypadek, po którym okazało się, że ma super moce (jest piekielnie szybki), ale nie wiemy na dobrą sprawę, co tak naprawdę się tam wydarzyło, bo autorka zamiast poświęcić więcej miejsca na wyjaśnienie tej sprawy, wolała bardziej skupić się na opisie igraszek Mallory i Jamesa a to w łóżku, a to na pomoście, a to w wodzie, albo gabinecie. Taki trochę tani erotyk, który zupełnie nie przypadł mi do gustu! Tak przedstawionej historii bohaterów mówię stanowcze nie!

No to teraz czas na język. Co prawda tutaj nie mam jakiś większych zastrzeżeń, język jest prosty i łatwy w odbiorze, ale jakoś nie pomogło to uratować reszty. Ponadto mam również zastrzeżenia, co do korekty – kropki w połowie zdania i trochę błędów interpunkcyjnych, tylko wzmocniły moją frustrację.

Jedynym plusem, który znalazłam w książce jest zamieszczona na samym końcu playlista, z której piosenki później znalazłam sobie na YouTubie i przesłuchałam.

Reasumując, ta książka nie miała w sobie nic co przyciągnęłoby moją uwagę! Nic, a nic! Przed napisaniem swojego zdania zerknęłam na recenzję innych na portalu LubimyCzytać i zwątpiłam w  siebie, naprawdę! To co wszyscy tak zachwalają dla mnie jest niczym innym jak gniotem, na który straciłam czas. Jestem pewna, że przez dłuży okres czasu z pewnością nie zajrzę do innych książek autorki.

„Bo wzmocniony tamtym uczuciem i tamtą tragedią, kochał Melisę Mallory miłością tak mocną, tak potężną, że gdy tylko o tym myślał, czuł wszechogarniający ból. Że można kogoś tak szaleńczo kochać i nie dusić się od samego uczucia, przepełniającego serce, duszę i ciało.” ~ Agnieszka Lingas-Łoniewska, Obrońca Nocy, Gdynia 2013, s. 174

OCENA: 1/10

Tea znowu w ataku! Trochę sobie poużywałam, a teraz wracam do dalszego pisania pracy magisterskiej z piosenką na ustach! A piosenka to oczywiście….


MAM TĘ MOC! MAM TĘ MOC! 




[1] Opis pochodzi ze strony empik.com