AUTOR: Joanna Chmielewska
ROK WYDANIA: 2009
WYDAWNICTWO: Klin
OPIS
W sielską atmosferę
popołudniowego brydża wdziera się umundurowana jednostka policyjna, szukając
ofiary kolejnego porwania. I dom pisarki Joanny Chmielewskiej staje na głowie.
Kogo tym razem porwano i pozbawiono fragmentu ucha? Dzielna szajka
rodzinno-przyjacielska tropi mafię kulturalnych i nieco mniej kulturalnych
porywaczy, a pomaga jej wścibska od zawsze nastolatka, pękająca od plotek
krawcowa, krakowski artysta plastyk i - prywatnie - przedstawiciele wymiaru
sprawiedliwości. Do tego wszystkiego dochodzą porządne zawirowania uczuciowe.
Za zdolnym palantem, który niczego nie kończy, lata taka jedna, może i druga.
Za taką jedną lata następny, który nawet zdrową nerkę mógłby poświęcić w imię
miłości. A Laskowska ma krótkie nóżki... Detektywi Joanny Chmielewskiej,
popijając skomplikowane mieszaniny trunków rozwiązujące języki i żywiąc się
oryginalnymi potrawami z odgrzewanymi mielonymi na czele, odkryją szokującą
prawdę... [1]
RECENZJA
Chyba pierwszy raz mi się
rozbiegł gust z koleżanką. Pożyczyła mi „Porwanie”, mówiąc, że to zabawna,
fajna książka. Po przebrnięciu przez nią (nawet się nie przyznam, ile mi to
zajęło), muszę się z nią nie zgodzić. Dla mnie to była istna męczarnia, aż
zauważyła to mama i kazała mi ją porzucić.
Wszystko zaczyna się tak, jak w
opisie. Zbiorowisko znajomych, grających w brydża, zaskakuje brygada
antyterrorystyczna. To rusza lawinę pytań, dociekań i wątpliwości. Podejrzani
porywacze, dwie Joanny Chmielewskie i horrendalny okup w postaci pół miliona
euro, za kogoś kto ma się dobrze? Główna bohaterka niema zamiaru płacić za
siebie, zwłaszcza, że nikt jej nie porywał. Cała sprawa śmierdzi na kilometr,
bo wszystko w niej nie pasuje. Zwłaszcza przysłany na postrach kawałek ucha.
Bohaterów jest wiele i nie będę
się tu rozpisywać. Wszystkich da się poznać na kartach książki. Przyznaję, że
sama się gubiłam w mnogości znajomych Joanny. Główna bohaterka stylizowana jest
na autorkę, zwłaszcza pod względem imienia, nazwiska i zawodu, o charakterze
mogę tylko domniemywać. Grupka znajomych dochodzi do wniosku, że mogą zebrać
znacznie więcej informacji pokątnymi metodami niż policja w oficjalnym
dochodzeniu. Nietrudno się domyślić, iż to prawda.
Cała sprawa tyczy się licznych
porwań zatajonych przed policją. Czytelnik zostaje rzucony w wir różnych
historii, które łączą pewne elementy. Problem polega na tym, że jedni wracają
cali, a innym przydarzają się nieszczęśliwe wypadki. Ta druga opcja dotyczy
tych, których krewni zawiadomili policję. Przypadek? Jakimś trafem nikt nic nie
wykrył, ani nie wpadł na podobne tory, co nasi bohaterzy. No, nikt z
państwowych służb. Trochę to ośmiesza obraz mundurowych, iż więcej dowiedziała się
dziewczynka na rowerku w swoim wścibskim dochodzeniu, niż oni.
Akcja dzieje się głównie w mieszkaniu
Joanny Chmielewskiej. Tu wymieniają się bohaterowie wszystkimi nowościami, „postępami”
i tu rodzą się wszelkie konkluzje. Nie zawsze logiczne i powiązane ze sprawą,
ale kto by o to dbał. Często trzeba się samemu orientować, kiedy przenosimy się
do wspomnień albo w czasie do minionych wydarzeń. Człowiek rozkochany w logice,
skrupulatnym realizowaniu kolejnych punktów i metodycznym działaniu kompletnie
by oszalał!
Język dostosowano do bohaterów.
Są i przekleństwa, i naleciałości gwary i mnóstwo potocznych zwrotów.
Fascynujących prawd życiowych też tu nie znajdziemy. Za to mnóstwo nieskładnych
opowieści, zeznań, plotek i ploteczek. A ty człowieku spróbuj to zrozumieć i
poskładać w jakąś całość.
Ciężko mi napisać coś sensownego,
bo przez całą książkę miałam dziwne poczucie chaosu, urywanych wątków i
plątania wszystkiego co idzie, a to połączone z niezmiernie wlokącą się akcją i
praktycznie jednym miejscem wydarzeń. Nie wiem, jak bohaterowie wytrzymywali
non stop w domku Joanny, ale ja się wręcz dusiłam czytając. Szła mi bardzo
opornie, Lady Spark świadkiem, że odłożyłam ją na chwilę, by przeczytać jeden z
prezentów. Nie wciągnęła mnie, nie porwała, raczej tylko momentami i pod
koniec, gdy w końcu sprawy zaczęły się wyjaśniać. Śmiałam się z pojedynczych
tekstów i sytuacji, ale nawet te żarty i wtrącenia dziwnych refleksji wydawały
się wprowadzać tylko zamęt. Niestety to moja pierwsza książka tej pani, a
spodziewałam się znacznie więcej i żałuję, że zaczęłam poznawać Chmielewską od
tej pozycji. Obym się nie zraziła na amen.
"Chcieć mogą, ich prawo. Tyle, że wszyscy mają takie same prawa, ja, na przykład, też. Nie ma tak, że prawa mają tylko zboczeńcy i psychopaci, a ludzie biologicznie normalni mają się czołgać im u stóp, skamleć i służyć. Każdy ma swoje upodobania." ~ Joanna Chmielewska, Porwanie, Warszawa 2009, s. 63.
OCENA: 4/10
[1] Opis pochodzi z okładki książki.
