Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2019

547. Cecelia Ahern - "Pora na życie"


AUTOR: Cecelia Ahern
TYTUŁ ORYGINALNY: The Time Of My Life  
TŁUMACZ: Barbara Jaroszuk
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Świat Książki
OPIS
Lucy Silchester mieszka z kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydzą się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Pewnego dnia, po powrocie pracy, znajduje na podłodze złotą kopertę, a w niej zaproszenie. Na spotkanie z Życiem. Swoim.
Brzmi to może dziwnie, ale Lucy czytała o całej sprawie w jakimś czasopiśmie. Tak czy owak nie potrafi ustalić daty spotkania – jest zbyt zajęta narzekaniem na pracę, wystawianiem do wiatru znajomych i unikaniem rodziny. Jaj życie nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się, jako jej Życie, powtarzanym z uporem półprawdom grozi kompromitacja. Lucy musi nauczyć się mówić prawdę o tym, co jest dla niej naprawdę ważne. [1]

RECENZJA
Po przeczytaniu „Love, Rosie” (inny tytuł „Na końcu tęczy”) wiedziałam, że prędzej czy później znowu zapoznam się z twórczością Ceceli Ahern. I biorąc się za czytanie „Pory na życie” wiedziałam, że będą tylko dwa wyjścia: albo będę zachwycona albo książka będzie rozczarowaniem miesiąca. Mimo to z wielką chęcią i ochotą zabrałam się za czytanie.

Główna bohaterka powieści „Pora na życie” jest Lucy Silchester. Ma kota o imieniu Pan Pan (dlaczego tak? Tego dowiecie się jak przeczytacie książkę). Mieszka w wynajętej kawalerce. Od trzech lat nie jest ze swoim chłopakiem. Lucy jest też nagminną kłamczuchą. Kłamie w każdej chwili swojego życia. Śmiem stwierdzi, że nawet, kiedy śpi to kłamie. Pewnego dnia dostaje list z zaproszeniem na spotkanie swojego Życia…

Dobra przyznam się, że ja i Lucy kompletnie się nie polubiłyśmy. Bardzo mnie irytowała tym swoim marudzeniem i zachowaniem. Nie umiała sama siebie ogarnąć. Nie zdawała sobie sprawy, że swoimi kłamstwami i ucieczkami rani nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. W życiu plecie się różnie i ja to wiem, ale Lucy sama rujnowała swoje, gdy uważała się za wiecznie nieszczęśliwą i niezrozumianą przez świat.

Był jeden moment, kiedy solidaryzowałam się z Lucy. Jej sytuacja z tatą była okropna. Trochę ją rozumiem, bo ja też walczę z tatą, żeby akceptował moje wybory, że to ja muszę przeżyć swoje życie. I owszem nie jestem jeszcze obrzydliwie bogata (i w sumie wątpię, żebym kiedykolwiek była), nie mam nieziemsko przystojnego i bogatego faceta (w to też w sumie wątpię, że taki egzemplarz mi jest pisany, ja tam się zadowolę zwykłym, normalnym mężczyzną – jakby, kto pytał), że zamiast znaleźć normalną pracę byłam na stażu (szukałam cały czas pracy, ale to wcale nie jest takie proste, a ja miałam kredyt do spłacenia, więc lepszy staż niż nic). Rozumiałam to, gdy jej własny ojciec powiedział jej prosto z mostu, że go zawiodła, że marnuje swoje życie i hańbi jego nazwisko. Było mi jej wtedy żal. Owszem w pewnej kwestii miał rację, bo Lucy zachowała się nieodpowiedzialnie, ale wieczne wypominanie też nie jest niczym dobrym.

Ogólnie doceniam pomysł Ahern. Motyw na spotkanie własnego życia jest dla mnie bardzo oryginalny, ale nie twierdzę, że chciałabym spotkać swoje Życie w postaci mężczyzny z krwi i kości. Za takie atrakcje to ja serdecznie podziękuję. To nie na moje nerwy, bo Życie Lucy było dość upierdliwe, więc myślę, że moje nie byłoby wiele lepsze.

Spodziewałam się, że zostanę wciągnięta w książkę, a ja czuję się trochę rozczarowana. Oczekiwałam czegoś więcej. Po prostu brakowało mi w książce tego czegoś, co by ją zdefiniowało. Ja po prostu wiem, że pod koniec roku jak będę tworzyła podsumowanie to patrząc na tytuł będę zastanawiała się, o czym ona była. No trudno, może inne pozycje Ahern bardziej mnie zadowolą.

"Nigdy tak naprawdę nie przestaniesz pamiętać o czymś, co zrobiłeś, choć, jak dobrze wiesz, nie powinieneś. Takie rzeczy pałętają się w twojej świadomości, snują się po jej obrzeżach niby złodziej przeprowadzający rekonesans przed skokiem. Widujesz je, jak teatralnie czają się obok w pasiastej czerni i bieli i chowają za skrzynką pocztową, gdy znienacka się odwracasz, by stawić im czoło." ~ Cecelia Ahern, Pora na życie, Warszawa 2014, s. 9.
OCENA: 6/10
Daję Wam jedną ze starszych recenzji jakie posiadam. Chciałam wrzucić dziś podsumowanie roku, ale niestety nie wyrobiłam się, więc w przyszłym tygodniu z pewnością je dostaniecie. 
Od jakiej lektury zaczęliście rok 2019? Ja od "Syrenki" Camilli Lackberg ;) 
Całusy
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

530. "Szukając Alaski" - książka o podstawowych problemach nastolaków


AUTOR: John Green  
TYTUŁ ORYGINALNY: Looking for Alaska
TŁUMACZ: Anna Sak
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Bukowy Las

OPIS
Życie Milesa Haltera było totalną nudą, aż do dnia, gdy zaczął naukę w równie nudnej szkole z internatem. Wtedy spotkał Alaskę Young. Piękną, inteligentną, zabawną, seksowną i do bólu fascynującą. Alaska owinęła sobie Milesa wokół palca, wciągając go do swojego świata i kradnąc mu serce. Czy dzięki niej chłopak odnajdzie to, czego szuka? Wielkie Być Może – najintensywniejsze i najprawdziwsze doświadczenie rzeczywistości.
Głęboko poruszająca książka Johna Greena, porównywana z przełomowym Buszującym w zbożu J.D. Salingera, to powieść o myślących i wrażliwych młodych ludziach. Zbuntowanych, szukających intensywnych wrażeń i odpowiedzi na najważniejsze pytanie: o miłość, która wywraca świat do góry nogami, o przyjaźni, której doświadcza się na całe życie. [1]

RECENZJA
Pierwsze spotkanie z twórczością Johna Greena było ogromnym niewypałem. „19 razy Katherine” było czymś okropnym. Nudne jak podręcznik do matematyki, którym chyba było. Postanowiłam dać autorowi kolejną szansę i sięgnęłam po „Szukając Alaski” z modlitwą o coś lepszego niż dostałam za pierwszym razem.

Miles Halter przenosi się ze słonecznej Florydy do szkoły z internatem Culver Creek. W swojej starej placówce nie miał przyjaciół, więc bez żalu ją opuszczał. Pierwszego dnia poznaje Chipa Martina, którego przezwisko to Pułkownik oraz Alaskę Young, dla której kompletnie traci głowę. Sam Miles otrzymuje ksywkę „Klucha”, co ma z nim mało wspólnego, bo jest chudy jak patyk. Głównym zadaniem paczki przyjaciół jest wymyślanie żartów, które da się wykonać w szkole. Pomijam fakt czy to dojrzałae, bo trudno oczekiwać dojrzałości od nastolatków, którzy są w związku z osobami, których nawet nie lubią, a na dodatek buzują w nich hormony. Jednak Miles vel Klucha ma też ambicje odnośnie nauki, wiec uczy się w każdej wolnej chwili i ma całkiem dobre stopnie.

Nie wiem czy jestem za stara na takie pozycje czy może nie rozumiem amerykańskich nastolatków. Bo ja nie rozumiem jak Pułkownik może być w związku dziewięć miesięcy z osobą, której nawet nie lubi. Ja tego nie ogarniam! Nawet zaczynam wątpić czy takie dzieciaki istnieją w Ameryce, a jeśli tak to zaczynam się cieszyć, że urodziłam się w Polsce.

„Szukając Alaski” czytało mi się zdecydowanie lepiej niż „19 razy Katherine”. Nie wiem tylko, dlaczego, bo w tej książce również było sporo dwuznacznych tekstów. Bohaterowie szału też nie robili, ale polubiłam ich w jakimś stopniu. Może to ze względu na podział książki? „Szukając Alaski” jest podzielone na dwie części „przed” i „po”. Czytelnik nie wie, czym jest tajemnicze „przed” i „po”.

Mimo pewnych dziwnych zachowań Klucha, Pułkownik, Alaska i reszta to nastolatkowie z podstawowymi problemami, z którymi ja też swego czasu się mierzyłam. Nieodwzajemnione uczucie, brak akceptacji ze strony otoczenia i inne. To wszystko jest bardzo realne. Wszyscy w pewnym wieku szukamy odpowiedzi na pytanie o sens tego wszystkiego, co nas otacza, o sens miłości i przyjaźni, o sens radzenia sobie w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

Drugie spotkanie z prozą Greena było zdecydowanie bardziej udane. Zatarło mi w pewien sposób okropne wrażenia po traumatycznym spotkaniu kilka miesięcy temu. Z większym optymizmem sięgnę po kolejne jego pozycje, ale będę również ostrożna, żeby zbyt mocno się nie rozczarować, bo już znam oba oblicza autora.
"Spędzasz całe swoje życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiasz sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, żeby uciec od teraźniejszości." ~ John Green, Szukając Alaski, Wrocław 2013, s. 80.
OCENA: 7/10

Cześć, 
Jak ten czas szybko pędzi...

[1] Opis pochodzi z ze strony wydawnictwa

czwartek, 15 marca 2018

498. Gdy cmentarz staje się domem...

AUTOR: Neil Gaiman
TYTUŁ ORYGINALNY: The Graveyard Book
TŁUMACZENIE: Paulina Braiter
SERIA: Gaiman
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO: MAG

OPIS
Kiedy małemu dziecku udaje się uciec przed mordercą zamierzającym zabić całą rodzinę, kto mógłby przypuszczać, że schronienia udzieli mu miejscowy cmentarz? Wychowany przez zamieszkujące go duchy, zjawy i widma, Nik musi uczyć się życia od umarłych. Ale wciąż grozi mu niebezpieczeństwo, bo morderca nie ustaje w wysiłkach, żeby dokończyć swoje zadanie... [1]

RECENZJA
Brytyjski pisarz Neil Gaiman to obecnie jeden z najbardziej „wziętych” autorów fantastyki. Ja, jako ogromna fanka tego konkretnego gatunku ze wstydem musze przyznać, że do tej pory poznałam raptem jedną książkę Gaimana… aż do dzisiaj, bo oto przed Wami recenzja kolejnej książki pisarza – tym razem padło na Księgę Cmentarną.

Pewnej nocy w niewielki miasteczku dochodzi do strasznej zbrodni. Z rąk zabójcy ginie prawie cała rodzina – z miejsca zbrodni udaje się zbiec małemu chłopcu. Kto by pomyślał, że bezpieczną przystań mały znajdzie na cmentarzu, a opieką otoczą go miejscowe duchy? Od tej pory chłopiec dostał imię Nikt i przez lata cieszył się spokojem wśród swoich niematerialnych przyjaciół… ale zło nigdy nie znika, może się jedynie przyczaić – a morderca chce dokończyć to co zaczął w pewną, straszną noc…

Księga Cmentarna to literatura grozy dla dzieci. Już sam pomysł połączenia świata żywych ze światem umarłych jest dla mnie bardzo ciekawym i atrakcyjnym zabiegiem. Co prawda początkowo nie mogłam wejść w lekturę, ale im dalej w las tym lepiej. Cała akcja może nie pędzi na łeb na szyję, ale mimo wszystko potrafi wciągnąć czytelnika.

Ogólnie ostatnie tygodnie są dla mnie bardzo ciężkie i mam mało czasu na czytanie, dlatego nie chciałam niczego co byłoby mocno wymagające i obciążające. Książka Gaimana jak najbardziej wpisywała się w ramy tego czego poszukiwałam, więc za to również mogę dopisać punkt.

Odniosłam wrażenie, że styl autora wypadł lepiej niż w Koralinie. Zdecydowanie mniejsza ilość powtórzeń i  „pióro” momentalnie nabrało jakieś lekkości. Z pewnością sięgnę również po inne książki autora, żeby przekonać się czy z lektury na lekturę będzie coraz lepiej.

Księga Cmentarna to może nie idealna, ale na pewno dobra pozycja. Autor miał bardzo fajny pomysł na fabułę, ale odniosłam wrażenie, że nie do końca wykorzystał ten potencjał. Ja spędziłam miły czas przy książce i mam nadzieję, że pozostałe książki Gaimana dostarczą mi równie dobrej rozrywki.

OCENA: 7/10


Gdzie jest wyłącznik? Potrzebuje totalnego resetu i to najlepiej już!

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa


czwartek, 8 marca 2018

495. "Całe miasto o tym mówi" - przedpremierowo


AUTOR: Fannie Flagg
TYTUŁ  ORYGINALNY: The Whole Town’s Talking
TŁUMACZ: Dorota Dziewońska
ROK WYDANIA: 2018
WYDAWNICTWO:  Literackie

OPIS
1889, Missouri. Dziesięć lat wcześniej szwedzki imigrant Lordor Nordstrom kupił kawałek żyznej ziemi. Wkrótce potem dołączyli do niego inni osadnicy i tak powstało Elmwood Springs. Niedawno za namową sąsiadów zamieścił ogłoszenie matrymonialne…
1889, Chicago, Katrina Olsen od pięciu lat jest służącą w duże posiadłości. Jej uwagę przykuł prasowy anons:
37-letni Szwed pozna Szwedkę
w celu matrymonialnym.
Mam dom i krowy.
Lord Nordstrom
Swede Town, Missouri
I tak zaczęła się ta historia. Poznajcie dowcipną i pełną ciepła opowieść o losach mieszkańców amerykańskiego miasteczka i nadstawcie dobrze ucha, by usłyszeć, o czym plotkuje się na Spokojnych Łąkach. Spokojne Łąki, hmmm, nie są może najlepszym miejscem do lotek, a jednak gwarno tam i radośnie jak na targowisku. [1]

RECENZJA
Kiedy kilka dni temu mama ze skrytki pocztowej przyniosła mi przesyłkę od Wydawnictwa Literackiego byłam ogromnie podekscytowana, bo od dłuższego czasu chciałam zapoznać się z twórczością Fannie Flagg, ale jakoś nigdy mi nie było po drodze.

Cała historia zaczyna się od roku 1889, gdy szwedzki imigrant Lordor Nordstrom umieszcza ogłoszenie matrymonialne i za jego pomocą poznaje młodszą od siebie Szwedkę Katrin Olsen. Dziewięć lat wcześniej Lordor założył Elmwood Springs. Historia opisywana przez Fannie Flag nie skupia się tylko na losach Nordstroma i jego rodziny.  Nie jest to też kronika, chociaż jest to najbliższe i najlepsze określenie, bo czytamy tu o wszystkich mieszkańcach Ważnym elementem dla Elmwood Springs są Spokojne Łąki, dla dlaczego i czym są i co się na nich dzieje? Tego Wam nie zdradzę.

„Całe miasto o tym mówi” to bardzo przyjemna i zabawna książka, która jest napisana w sposób łatwy, ale nie infantylny. Doskonale bawiłam się przy lekturze Fannie Flagg. Jednak w tej książce po prostu poznajemy kolejne pokolenia z Elmwood Springs. Nie ma w niej żadnej intrygi, którą czytelnik mógłby rozwiązywać od samego początku do końca książki. Mimo braku tej intrygi to ciągnęło mnie do tej książki. Świetnie było obserwować jak po 1889 roku zmieniało się Elmwood Springs. Autorka pokazała, że siłą takich małych miast, które zaczynają swoją historię jest lokalny patriotyzm i że to jest coś normalnego i naturalnego.

Muszę przyznać, że Flagg stworzyła całą gamę postaci i każda z nich jest po prostu inna. Nie odnosi się wrażenia, że któraś z nich już się w historii książki pojawiła. Część bawi, część wzrusza, a część po prostu irytuje, ale każda z nich jest wyjątkowa.

Nie jest to literatura, gdzie czytelnik musi coś rozwiązywać (chociaż nie ukrywam czasami zdarzają się momenty rodem z kryminału) – jest to po prostu lekka książka, która ma zrelaksować czytających. Nie nadwyręża swoją treścią przesadnie, bo nawet po ciężkim dniu w pracy można ją czytać bez obaw, że gdzieś zgubimy wątek.

Osobiście polubiłam twórczość autorki „Całe miasto o tym mówi”. Podoba mi się jej poczucie humoru i to, że pisząc lekko nie jest to jednoznaczne z infantylnością. Jeśli w przyszłości w moje ręce trafią książki Fannie Flagg sięgnę po nie z wielką chęcią, bo są idealnym przerywnikiem od ciężkich lektur.
"Bywa, że kiedy człowiek się dużo nacierpi, nagle, w najmniej spodziewanym momencie, los znajduje jakiś dziwny sposób, by wszystko ułożyło się tak jak powinno." ~ Fannie Flagg, Całe miasto o tym mówi, Kraków 2018, s. 401.
OCENA: 7/10
PREMIERA KSIĄŻKI 15 MARCA 2018!
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Przybywam do Was dzisiaj, ponieważ mam dla Was przedpremierową recenzję książki, która ukaże się 15 marca 2018 nakładem Wydawnictwa Literackiego. 
Lady Spark

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 19 lutego 2018

490. Wyznania chińskiej kurtyzany



AUTOR: Miao Sing  
TYTUŁ ORYGINALNY: The Jasper Gate. The Memoirs of a Chinese Courtesan
TŁUMACZ: Jerzy Chociłowski
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Świat Książki

OPIS
Napisana z humorem i elegancką pikanterią, lekka powieść, rozgrywająca się w orientalnej scenerii. W Londynie, przy herbatce, emerytowana kurtyzana opowiada koleżance o swoim życiu i bujnej erotycznej przeszłości. Jako nastolatka została sprzedana przez rodziców na żonę pewnego starca. Potem trafiła do domu publicznego, a następnie wspinała się po szczeblach kariery kurtyzany, doskonaląc miłosne techniki i nieoczekiwanie znajdując w swym zawodzie coraz więcej przyjemności... W tle świetnie opisane Chiny i barwne orientalne obyczaje. [1]

RECENZJA
W sumie sama nie pamiętam, dlaczego kupiłam książkę „W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany”. Możliwe, że byłam po lekturze „Wyznań gejszy” i chciałam się przekonać jak to wszystko wyglądało w Chinach. Na dodatek uwiodły mnie również kolory na okładce.

Dong Mei, czyli byłą kurtyzanę poznajemy podczas rozmowy z Londynie. Razem ze swoją przyjaciółką – która jest subtelna niczym słoń w składzie porcelany – rozmawiają sobie o wszystkim i o niczym, aż w pewnym momencie Forsycja Wu zadaje jej pytanie, czy to prawda, że była kurtyzaną (wspominałam już, że delikatna, nie?). Dong Mei nie wypiera się tego, a nawet na prośbę przyjaciółki zaczyna opowiadać historię swojego życia, gdy jako nastolatka została sprzedana, aby jej rodzina podczas okupacji japońskiej miała, za co żyć. Początkowo dziewczyna trafiła do zwykłego burdelu, ale gdy wyszło na jaw, że jest dziewicą została ponownie sprzedana, ale tym razem do ekskluzywnego domu publicznego, gdzie miała się nauczyć zawodu kurtyzany, który dla niej, jako niewolnicy miał być przepustką do lepszego życia.

Jeśli zastanawiacie się czy główna bohaterka wstydziła się kiedykolwiek tego, że była kurtyzaną to zaskoczę Was, ale nigdy coś takiego nie miało miejsca. Uważała to za normalny zawód jak nauczycielka czy sekretarka. Na dodatek brakowało mi też większych opisów życia, z którymi borykali się ludzie podczas okupacji japońskiej. Rozumiem, że ona, jako kurtyzana po prostu nie miała z takim zwykłym egzystowaniem do czynienia to jednak mogła dać coś od siebie.

Chociaż w książce ciężko doszukiwać się rubasznych, gorących czy też pikanych opisów seksu, to mam za to coś zupełnie innego. Otóż momenty zbliżeń są określane żargonem wojennym czy też marynarskim. I chociaż miało to dodać subtelności, to dla mnie dawało uczucie grubiańskości i monotonności. Odnosiłam wtedy również wrażenie, że nie rozmawiają ze sobą dwie kobiety przy herbacie, ale dwaj mężczyźni przy piwie.

W sumie to w połowie książki czułam się już lekko znudzona. Chociaż cała narracja bardzo mi się podobała. Jednak po 150 stronach miałam już dość życia Dong Mie. Raz była na dole raz na górze i tak ciągle. Jedynymi momentami, w których okazywałam swoje większe zainteresowanie przy końcówce książki to były momenty, gdy autorka brała udział w działaniach chińskiego ruchu oporu. Co prawda została do tego zmuszona przez własnego brata, ale to były jedyne fragmenty w drugiej części powieści, gdzie zapominałam o całym świecie.

Jak dla mnie bardzo średnia pozycja, a oczekiwałam zdecydowanie więcej, bo temat bardzo ciekawy.  
„Oczy miałam suche, dawno wypłakałam przydzielony mi zapas łez. Tylko w sercu poczułam znajome dźgnięcie. Serce najlepiej wszystko pamięta." ~ Miao Sing, W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany, Warszawa 2012, s. 225.
OCENA: 5/10

A już za dwa tygodnie Accantus <3 <3 <3 

[1] Opis pochodzi ze strony wydawnictwa Świat Książki

poniedziałek, 12 lutego 2018

488. Problem rasizmu w "Zatoce o północy"



AUTOR: Diane Chamberlain  
TYTUŁ ORYGINALNY: The Bay At Midnight
TŁUMACZ: Teresa Komłoz
SERIA: Kobiety to czytają!
ROK WYDANIA: 2013
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka

OPIS
Każde dziecko popełnia błędy. Konsekwencje tych błędów bywają tragiczne.
Julie przez ponad czterdzieści lat czuje się odpowiedzialna za śmierć siostry. Siedemnastoletnia Izzy została zamordowana podczas rodzinnych wakacji, a Julie nie udało się zapobiec nieszczęściu. Co gorsza do więzienia trafia niewłaściwy człowiek, choć Julie ma podstawy przypuszczać, że skazany powinien być ktoś zupełnie inny…
Do jakiego stopnia wybujała wyobraźnia nastolatki może wpływać na realne wydarzenia?
Czy błędy przeszłości ulegają przedawnieniu?
Jak uchronić bliskich przed niespodziewanymi, tragicznymi zdarzeniami?
Czy jedna dramatyczna noc może zaważyć na całym naszym życiu i dalszych relacjach z ludźmi?
Co Ty byś zrobiła na miejscu Julie? [1]

RECENZJA
Pierwsze spotkanie z twórczością Diane Chamberlain było dość rozczarowujące, zwłaszcza, że książka należy do serii „Kobiety to czytają!”, a jak wszyscy dobrze słyszą i czytają w niej są najbardziej poruszające i wstrząsające powieście. „Dobry ojciec” nie był zły pod względem pomysłu. Moim zdaniem on był po prostu niedopracowany. Nie skreśliłam jednak od razu autorki, bo w nowym stosie postanowiłam wziąć coś zupełnie starszego, by w końcu poznać wychwalaną wszędzie Diane Chamberlain. Czy mi się to udało?

Główną bohaterką jest Julie Sellers, która swoim czytelniczkom znana jest, jako Julie Bauer. Kobieta jest autorką bestsellerowych kryminałów ze staruszką Fran Gallagher w roli głównej. Gdy jest w trakcie pisania trzydziestej trzeciej powieści w jej drzwiach pojawia się córka przyjaciela z dzieciństwa. Dziewczyna pokazuje jej list swojego niedawno zmarłego wujka, który chciał wyznać policji prawdę o tym, kto czterdzieści jeden lat temu zamordował starszą siostrę Julie. Kobieta również jest zdania, że ten, kto został uznany za winnego był niewinny i niesłusznie umarł w więzieniu.

Oprócz wspomnień Julie z pamiętnego lata 1962 i jej spostrzeżeń z życia obecnego - na które składają się problemy z nastoletnią córką oraz niewiernym mężem, z którym jest w separacji, a także ciągłym poczuciem winy, że to ona doprowadziła w jakiś sposób do śmierci Isabel – mamy również wspomnienia jej młodszej siostry Lucy oraz matki Marie, która opowiada o swojej młodości i dyskryminacji przez amerykańskie społeczeństwo przed II wojną światową. Bo właśnie brak tolerancji są problemem przewodnim tej książki, że w 1962 roku wystarczył zły kolor skóry chłopaka, który nie miał mocnego alibi na noc śmierci Isabel, aby zginął w więzieniu niesłusznie oskarżony. Również podczas młodości Marie zauważamy, że problemem był to, iż jej matka była Włoszką i przez to nie mogła być z chłopakiem, którego kochała.

Dyskryminacja jest obecna również dzisiaj, ale to z różnych powodów. Jedni już się takimi ludźmi rodzą, a drudzy patrząc jak ktoś inny z innego państwa zabiera mu pracę tylko, dlatego, że robi za najniższa krajową staje się tym, kim się staje. W USA podczas tego lata, gdy zamordowano Isabel była to konsekwencja, gdy Stany Zjednoczone podzielone były na Północ i Południe, bo przecież zniesienie niewolnictwa nie zmieniło myślenia białych ludzi od razu. Dla wielu niewolnictwo było źródłem dochodu, a czarnoskóry zawsze znaczył gorszy.

Wspomnę tylko kilka słów o postaci, która najmocniej mnie irytowała, a była nią córką Julie – Shannon. Miałam wrażenie, że jest nadęta i zapatrzona w siebie mimozą. Miałam ochotę wytargać ją za czarne kłaki za to, w jaki sposób odnosiła się do matki. Owszem może i Julie była nadopiekuńcza, ale przeżyła tragedię, która odcisnęła na niej swoje piętno, a Shannon po prostu najchętniej pozbyłaby się matki. Ciężkie jest czasami życie czytelnika…

I mam wrażenie, że ze mną jest coś nie tak, bo druga książka Chamberlain i druga mnie nie porwała. Muszę przyznać, że czasami była po prostu zbyt przegadana. Nie ciągnęło mnie do niej. Jak już zasiadłam i z musu przeczytałam około czterdziestu stron to potem jakoś szło, ale następnego dnia znowu powtarzała się historia. Nie mam pojęcia, od czego to jest zależne, ale boję się, że moje zdanie o Chamberlain się nie zmieni, a bardzo bym chciała, bo stawiana jest obok Picoult, jako ta, która porusza ludzkie serca. Na obecny moment mam wniosek jeden: nie mam serca!

No znowu się rozczarowałam i jest mi ogromnie smutno z tego powodu. Oczekiwałam wow i wbicia w fotel. Byłam zaskoczona tylko wtedy, gdy wyszło, kto jest mordercą Izzy. Może z inną pozycją tej autorki będzie lepiej. Tylko, jaką wybrać?!

„- Dochodzi do tragedii – zaczęłam cicho, jakbym mówiła bardziej do siebie niż do niego. – Potem żyjesz dalej, a przynajmniej starasz się żyć, wykonujesz czynności, które cię utrzymują przy życiu, ale tak naprawdę nigdy nie zapominasz. To zawsze jest z tobą, czai się pod idealnie gładką powierzchnią. I nagle… trach – Uderzyłam się pięścią w udo. – Coś nagle spada na ciebie […], i musisz się zmagać ze wszystkim jeszcze raz od nowa." ~ Diane Chamberlain, Zatoka o północy, Warszawa 2013, s. 221.
OCENA: 6/10

Wiecie, co? 
Czasami mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać na koniec świata...

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 29 stycznia 2018

484. W polityce wszystkie chwyty dozwolone... - "Ghostwriter"

AUTOR: Robert Harris
TYTUŁ ORYGINALNY: The Ghost
TŁUMACZ: Piotr Amsterdamski
ROK WYDANIA: 2010
WYDAWNICTWO:  Albatros A.Kuryłowicz

OPIS
Były premier Wielkiej Brytanii Adam Lang zleca napisanie swoich wspomnień, za które ma otrzymać 10 milionów dolarów, partyjnemu aparatczykowi Michaelowi McArze. Przed zakończeniem pracy McAra ginie w zapadkowych okolicznościach podczas przeprawy promem na wyspę Marha’s Vineyard, gdzie mieszkał wraz z Langiem i jego żoną. Do zakończenia autobiografii premier zatrudnia, więc profesjonalnego „ghostwritera” – „autora widomo”. Wynajęty pisarz natrafia na odkryte przez McArę materiały sugerujące mroczne tajemnice w przeszłości Langa, w szczególności na temat jego rzekomych związków z CIA. Czy dlatego McAra musiał zginąć? W tym samym czasie Lang zostaje oskarżony o współudział w zbrodniach wojennych, grozi mu proces przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze. Ktoś za wszelką cenę nie chce dopuścić do ujawnienia prawdy. Nikt spośród tych, którzy ją znają, nie jest bezpieczny… [1]

RECENZJA
Kilka tygodni temu na jednym z kanałów w TV leciał „Ghostwriter” czy też „Autor widmo”. Próbowałam obejrzeć, ale po dwudziestu minutach doszłam do wniosku, że ogromnie mnie nudzi. Miałam wtedy dwie teorie, że albo jest tak nudny albo dobrze oddaje książkę, ale w taki sposób, że bez znajomości szczegółów w niej zawartych nie zrozumiem ekranizacji. Dlatego postanowiłam się przekonać, jaka jest prawda.

Głównym bohaterem książki i zarówno jej narratorem jest mężczyzna, którego imienia i nazwiska próżno szukać na kartach powieści. Pracuje on w branży literackiej. Ludzie wynajmują go, aby napisał za nich ich własne wspomnienia. W tym świecie nazywany jest „murzynem”, ale on sam woli określenie „duch”, ponieważ musi wiedzieć dokładnie, co czuła dana osoba w konkretnej sytuacji. Nadaje jej drugie życie. Na potrzeby tej recenzji nazwijmy tego mężczyznę Widmem. Poznajemy go w momencie, gdy dostaje propozycje napisanie autobiografii brytyjskiego premiera Adama Langa. Poprzedni kandydat na to miejsce Michael McAra popełnił nagle samobójstwo. Z kolei Widmo zostaje pobity w biały dzień na godzinę po przyjęciu zlecenia. Co kryje przeszłość Adama Langa? Dlaczego pisanie jego autobiografii jest tak niebezpieczne? Jakie zaskakujące fakty odkryje Widmo?
W pewnym momencie Adam Lang zostaje oskarżony przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze o zbrodnie wojenne. Jeśli chociaż trochę interesujecie się wydarzeniami politycznymi to może pamiętacie jak jakiś czas temu w mediach wrzało z powodu informacji, że w Starych Kiejkutach było nielegalne więzienie CIA w Polsce, gdzie byli przesłuchiwani groźni przestępcy, a metody nie były legalne. W „Ghostwriterze” również jest niechlubna wzmianka o tej miejscowości, a cała sprawa zatacza coraz szersze kręgi, a Widomo nie wie już, kto mówi prawdę, a kto jest przyjacielem, a kto wrogiem?

Gdyby nie szum medialny o Starych Kiejkutach uznałabym wzmiankę autora za jego wymysł fantazji i tyle, ale to potwierdzone informacje, więc nie mogę się doczepić. Sprawa ta od początku mnie bulwersuje, bo wszyscy znamy Stany Zjednoczone, jako wielkich orędowników obrony praw człowieka i tak dalej, ale jak się okazuje to czysta hipokryzja. Owszem bronią tego, ale tylko wtedy, gdy dzieje się to na ich ziemi i jest to w ich wyłącznie własnym interesie. W innym wypadku łamią je i co najśmieszniejsze nie używają do tego swojego własnego terytorium, ale innego np. Polska czy inny kraj na świecie. Sami przyznacie, że to w dużej mierze zakrawa o hipokryzje.

Za jakiś czas obejrzę film i wtedy zweryfikuję swoje zdanie czy jest dobry czy zły. Książka się obroniła. Przeczytałam ją bardzo szybko, ale to też spora zasługa czcionki, która jest wręcz ogromna.
Książka może nie ma porywającej i szalonej akcji, co w pewnym stopniu jest jej minusem, ale jednocześnie jest napisana w sposób niezwykle ciekawy, a to wszystko dzięki narracji pierwszoosobowej. Ona nadaje powieści przyśpieszenia. Dla mnie jest to dobra książka, a z pewnością przyzwoita. Były momenty, gdzie czułam się lekko znużona, bo opisy zwalają człowieka z nóg. Jednak warto się z nią moim zdaniem zapoznać.

"Sprawowanie władzy nie jest męczące – to brak władzy jest taki nużący." – Robert Harris, Ghostwriter, Warszawa 2010, s. 319.
OCENA:  7/10

Jejku! Już koniec stycznia. Za trochę ponad miesiąc koncert Studia Accantus, a pod koniec kwietnia z kolei musical "Piloci". Jest na co czekać ;)


[1] Opis pochodzi ze skrzydełek książki

poniedziałek, 22 stycznia 2018

481. Poznajcie sekret pewnych "Oświadczyn"

AUTOR: Tasmina Perry
TYTUŁ  ORYGINALNY: The Proposal    
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Kobiece

OPIS
Niepoprawna romantyczka Amy nie ma nic do stracenia, kiedy przed Bożym Narodzeniem porzuca ją ukochany i zostaje całkiem sama tysiące kilometrów od rodziny. Odpowiadają na ogłoszenie o osobę do towarzystwa w podróży dla tajemniczej starzej pani, nie spodziewa się, że odkryje namiętną historię, która czekała pięćdziesiąt lat, zanim ktoś ją opowie.

Wkrótce Amy wyrusza do Nowego Jorku w towarzystwie ekscentrycznej Georgii Hamilton. Dystyngowana dama nie tylko zaczyna udzielać dziewczynie lekcji dobrego stylu, ale odsłania przed nią bolesną historię z przeszłości. Czy miłość to siła tak potężna, aby wzniecić wspomnienia dni, które minęły dawno temu? [1]

RECENZJA
Ogromnie ucieszyłam się na możliwość zrecenzowania dla Wydawnictwa Kobiece książki pod tytułem „Oświadczyny”, bo ta książka od momentu zapowiedzi była na mojej liście „chciejek”. Z zapałem, więc tuż po wizycie kuriera zabrałam się do czytania.

Amy Carrell zostaje porzucona przez ukochanego Daniela, który jest ważną osobą Ministerstwie Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii. Na dodatek dziewczyna nie dostaje angażu, jako tancerka w sztuce, która mogłaby je pomóc wrócić do świata tańca po kontuzji stopy. A jakby tego było mało to jej agentka chce zerwać ich współpracę. Amy żyje w Londynie, bo chciała w tym mieście chciała rozwijać swoją karierę taneczną, ale rodzinę ma w Ameryce. W akcie desperacji odpowiada na ogłoszenie Georgii Hamilton o osobę do towarzystwa w podróży do Nowego Jorku. Amy ma szansę odwiedzić w tym trudnym dla siebie momencie swoją rodzinę, ale również poznać historię miłosną Georgii, która była skrywana przez nią pięćdziesiąt lat.

Muszę się przyznać, że nie spodziewałam się takiego rozwoju wypadków w przypadku opowiadanej historii przez pannę Hamilton. Z każdą stroną coraz bardziej pochłaniała mnie jej przeszłość. Wręcz płynęłam przez historię szanownej damy, które uczestniczyła w ostatnim sezonie debiutantek w 1958 roku. To, co spotkało Georgię i jej ukochanego było okropne. To jak działa ludzka zawiść jest okropne. Na dodatek to wszystko miało miejsce w jej najbliższym otoczeniu. Współczułam jej szczerze, bo przez całą resztę swojego życia była nieszczęśliwa, a to wszystko z powodu zazdrości jednej osoby…

Tak jak wspomniałam wyżej przez książkę się płynie. Język jest bardzo przyjazny czytelnikowi i nie nuży go. Autorka zadbała o wypośrodkowanie historii Georgii i Amy, która czasami była trochę irytująca, bo nie umiała wziąć spraw we własne ręce dopóki, ktoś nie pokazał jej prostej drogi do celu. Pierwszy raz czytałam cokolwiek, co wyszło spod ręki, Tasminy Perry i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo znalazłam w tej książce przesłanie. Bardzo proste i aktualne w każdych czasach: nie bądźmy zawistni i zazdrośni, bo swoimi czynami, które są napędzane tymi emocjami możemy zrobić komuś krzywdę i zniszczyć mu całe życie.

Jeśli tylko lubicie romantyczne historie, które są napisane lekko i przyjemnie, ale jednocześnie tak, że pochłaniają cię w każdym momencie to ta książka jest dla was. Ja zdecydowanie polecam, bo spędziłam przy niej bardzo dobre chwile.

"Wiesz, czasami życie bywa łatwiejsze, trochę przyjemniejsze, kiedy mu się tak bardzo nie opieramy." ~ Tasmina Perry, Oświadczyny, Białystok 2017, s. 125.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: 

OCENA: 7/10

Już koniec stycznia... Jak? Kiedy? I gdzie ta zima stulecia?! 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 15 stycznia 2018

479. Czy to "Początek" końca Dana Browna?

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Origin
SERIA: Robert Langdon
TOM: Piąty
TŁUMACZ: Paweł Cichawa
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji.
Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha… [1]

RECENZJA
Kiedy byłam nastolatką pochłaniałam książki Dana Browna z wypiekami na twarzy. Z czasem mi przeszło i zaczęłam podchodzić do nich z pewną rezerwą. Po „Inferno” czułam spory niesmak tego, co zafundował mi autor. Totalna fantastyka. Dlatego z pewną dawką niepokoju zabrałam się za „Początek”.

Robert Langdon został zaproszony do Bilbao, a konkretnie do Muzeum Guggenheima przez swojego byłego studenta Edmonda Kirscha, który ma zaprezentować swoje odkrycie mające wstrząsnąć całym światem. Edmond twierdził, że jest w stanie odpowiedzieć na dwa najtrudniejsze i najważniejsze pytania ludzkości. Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy? Jednak podczas prezentacji, którą w Internecie śledzi 3 miliony ludzi Edmond Kirsch ginie z rąk zamachowca, a Robert Langdon wraz z Ambrą Vial zostają wciągnięci w intrygę, które może kosztować ich życie.

Moi Drodzy stała się rzecz straszna, ale muszę ją Wam ogłosić. Otóż… Dan Brown, który kiedyś idealnie odnajdywał się w formie z Robertem Langdonem teraz się kończy. Mówię Wam to z przykrością, łamie mi się z tego powodu serce. Wiem, że jest to jego bohater i gdy mówimy Robert Langdon od razu łączymy go z Danem Brownem. Jednak ten znak rozpoznawczy zaczyna się wypalać. Po prostu to na dłuższą metę robi się męczące. Brown znowu próbował zszokować świat wbijając nóż we wszystkie religie świata, bo przecież każda z nich mówi o początku świata. Jednak w odróżnieniu od „Kodu Leonarda da Vinci” czy też „Aniołów i demonów” w „Początku” coś nie wyszło, bo wcale nie czuję się zszokowana po lekturze. Jednak szansa na to było, bo przecież Edmond Kirsch kwestionował istnienie Boga lub innego stwórcy w każdej religii na świecie.

Jestem zawiedziona, że Dan Brown zamiast zagadek umieszczonych w historii, obiektach architektury poszedł w kierunku sztucznej inteligencji, bo przecież w przypadku Langdona to właśnie logiczne i analityczne myślenie było jego atutem. Pewnie, dlatego wielu czytelników (w tym i ja) jest zawiedzionych postacią profesora w piątym tomie. Na dodatek chciałabym zaznaczyć, że nasz profesor się starzeje, więc pewne zachowania ulegają zmianie i dobrze, że ten aspekt oddał Dan Brown, bo przecież Langdon nie jest komputerem tak jak Winston, (kto czytał ten wie, o co chodzi).
Czytając kolejne strony odniosłam wrażenie, że autor momentami nie potrzebnie przeciągał akcję, co mnie osobiście męczyło. Szokujące dla mnie jest to, że mało interesowało mnie, co chciał ogłosić światu Edmond Kirsch, a wolałam czytać o księciu Julianie i jego umierającym ojcu. Pozostałe wątki trochę mnie nudziły i słabo wciągały.

Jest rzecz, o której muszę wspomnieć. Nie mogę odmówić Brownowi skrupulatnego przygotowania materiału o miejscach, o których chce pisać, przedmiotach czy też osobach. Jego reaserch jest niesamowity i za to czapki z głów dla tego Pana. To jak opisał Sagrada Familia w Barcelonie to majstersztyk. Gdy czytałam o tym kościele miałam wrażenie, że ponownie podziwiam go w Barcelonie.

Podsumowując jestem mocno rozczarowana tą pozycją. Naprawdę oczekiwałam więcej, bo potencjał był, ale chyba Dan Brown po prostu wypalił się. Gdyby nie dobry marketing, za jaki płaci pewnie ta książka przeszłaby bez echa w literackim świecie.
"Miłość pochodzi z innego wymiaru. Nie możemy jej wytworzyć na żądanie ani sobie podporządkować, gdy się pojawi. Miłość nie jest naszym wyborem." ~ Dan Brown, Początek, Katowice 2017, s.357.
OCENA:  5/10

Tak, o to wygląda moja ocena najnowszej powieści Browna. I bardzo bym chciała, żeby Dan Brown napisał coś innego, coś co mnie zaskoczy, ale chyba na to nie ma szans. 
Pozdrawiam,
Lady Spark


[1] Opis pochodzi z obwoluty książki

poniedziałek, 18 grudnia 2017

471. Robercie, ach Robercie! Gdzie mi się podziałeś, Robercie?

AUTOR: Dan Brown
TYTUŁ ORYGINALNY: Origin
TŁUMACZ: Paweł Cichawa
CYKL: Robert Langdon
TOM: Piąty
ROK WYDANIA: 2017
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, przybywa do Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie ma dojść do ujawnienia odkrycia, które „na zawsze zmieni oblicze nauki”. Gospodarzem wieczoru jest Edmond Kirsch, czterdziestoletni miliarder i futurysta, którego oszałamiające wynalazki i śmiałe przepowiednie zapewniły mu rozgłos na całym świecie. Kirsch, który dwadzieścia lat wcześniej był jednym z pierwszych studentów Langdona na Harvardzie, planuje ujawnić informację, która będzie stanowić odpowiedź na fundamentalne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji. Gdy Langdon i kilkuset innych gości w osłupieniu ogląda oryginalną prezentację, wieczór zmienia się w chaos, a cenne odkrycie Kirscha może przepaść na zawsze. Chcąc stawić czoła nieuchronnemu zagrożeniu, Langdon musi uciekać z Bilbao. Towarzyszy mu Ambra Vidal, elegancka dyrektorka muzeum, która pomagała Kirschowi zorganizować wydarzenie. Razem udają się do Barcelony i podejmują niebezpieczną misję odnalezienia kryptograficznego hasła, które stanowi klucz do sekretu Kirscha. [1]

RECENZJA
Robert Langdon, postać wykreowana przez Dana Browna, od naszego pierwszego spotkania znalazł sobie wygodne miejsce w moim czytelniczym serduszku.  Uwielbiam ten jego analityczny umysł, tą genialną umiejętność łączenia faktów i łamanie wszelkiego rodzaju kodów! Nic więc dziwnego, że jak tylko na rynku wydawniczym pojawił się Początek rzuciłam wszystko i zaczęłam zapoznawać się z kolejną porcją przygód Roberta.

Langdon bierze udział w niezwykłym wydarzeniu. Jeden z jego byłych studentów, obecnie miliarder i futurysta Edmond Kirsch, zaprosił go na swój najnowszy wykład, który zgodnie z zapowiedziami ma wywrócić cały dotychczasowy świat „do góry nogami”. Bo co jeśli się okaże, że tak naprawdę Bóg nie istnieje? Nie ważne jak przebiegał początek świata w danej religii, bo i tak to wszystko miałoby się okazać zwykłą bujdą? Edmond postawił sobie dwa kluczowe pytania – skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy? Cała ludzkość ma poznać odpowiedź podczas wystąpienia Kirstcha. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik… i wtedy w trakcie najważniejszego wieczoru swojego życia miliarder umiera z rąk zamachowca. Langdon po raz kolejny zostaje wciągnięty w intrygę, z której może nie wyjść żywy…

Dan Brown słynie z tego, że jego powieści to typowe sensacje. Akcja dzieje się bardzo szybko, wątki sprawnie się przeplatają, a cała historia zamyka się w dwudziestu czterech godzinach. Ten sposób „zagospodarowania” fabuły nigdy mi nie przeszkadzał i tak również było w przypadku Początku. Ponadto znakiem rozpoznawczym Browna są liczne nawiązania do historii, sztuki i filozofii i niestety teraz bardzo mi tego zabrakowało. Historia poszła z „biegiem” czasu i w większości opierała się na nowinkach technologicznych, co niekoniecznie przypadło mi do gustu. Nie mogę powiedzieć, że piąty tom przygód Langdona jest słaby, sama intryga została przedstawiona w taki przystępny i nawet ciekawy sposób, ale to nie ten Brown, którego ja polubiłam.

Ale jak już wspomniałam o swoim ulubionym profesorze to muszę ten temat podciągnąć dalej. Ja w ogóle nie wiem jak to się mogło stać! Nie mam głowy , co najlepszego myślał sobie autor podczas pisania tej części, ale ja się pytam dostanie – CO DO CHOLERY STAŁO SIĘ Z LANGDONEM?! Gdzie podział się ten Robert, którego polubiłam (ba! wręcz pokochałam!). Dlaczego mając tak rozpoznawalną już postać, której wcale nie trzeba było jakoś mocno ulepszać, a po prostu bazować na tym co czytelnik już dobrze zna i lubi, Brown całkowicie zepchnął Roberta na drugi plan. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, w których profesor historii był właśnie profesorem! Ja jestem staromodna i zdecydowanie bardziej wolałabym poczytać o jakiś średniowiecznych szyfrach niż sztucznej inteligencji. W lekturze występuje jeszcze oczywiście kobieta – jak zwykle piękna, jak zwykle inteligentna, przebiegła i sprytna – oto Ambra Vidal. Może i wyidealizowana aż za bardzo, ale osobiście nawet poczułam do niej jakąś sympatię.

Sam styl Browna jest bardzo przystępny. Łatwy i przejrzysty język w połączeniu z krótkimi rozdziałami zakończonymi w kluczowych momentach sprawiał, że z książką można było zapoznać się we wręcz rekordowym tempie. Ponadto muszę pochwalić autora za to, że po raz kolejny przed rozpoczęciem pisania zrobił szczegółowe „śledztwo” i wiedzę na temat nowinek technologicznych i ich obecnych jak i przyszłych możliwości ma w małym paluszku.

Dlaczego?! Danie Brownie dlaczego mi to zrobiłeś?! Jak tak można! Tyle czasu czekałam na kolejną cześć przygód swojego ulubionego profesora, a tymczasem dostałam jedynie jego słabą imitację! Robercie, gdzieś ty mi się zagubił? Gdzie zatraciłeś swój czar? Czy jeszcze kiedyś do mnie powrócisz? Czy będziesz taki jak dawniej? OBY!

OCENA: 5/10


Witam. Dzisiaj wyjątkowo ja, Tea, witam Was swoją recenzją w ten nowy, świąteczny tydzień. Już nie mogę doczekać się niedzieli, a Wy? Pozdrawiam!

[1]Opis pochodzi ze strony wydawnictwa

poniedziałek, 4 grudnia 2017

466. A czy Ty masz "Wielbiciela"?

AUTOR: Charlotte Link
TYTUŁ ORYGINALNY: Der Verehrer
TŁUMACZ: Daria Kuczyńska-Szymala    
ROK WYDANIA: 2014
WYDAWNICTWO:  Sonia Draga

OPIS
W lesie niedaleko małej miejscowości w okolicach Augsburga znaleziono zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Policja i bliscy zamordowanej stoją przed prawdziwą zagadką, gdyż ta kobieta zaginęła bez śladu przed kilkoma laty. Dopiero telefon od jej znajomej z wakacji dostarcza pierwszych wskazówek dla śledztwa.
Jednocześnie w Frankfurcie toczy się inna historia. Leonę zadowoloną z życia redaktorkę w wydawnictwie, ukochany mąż porzuca dla innej kobiety. To prawdziwy cios dla Leony, która dopiero, co była świadkiem samobójstwa. [1]

RECENZJA
Skoro poprzednia książka „Grzech aniołów” przez wielu była określana najsłabszą to z wielkim entuzjazmem zasiadłam do „Wielbiciela” Charlotte Link. I przyznaję, że to była naprawdę dobra książka. Miałam ciarki na plecach i oblatywał mnie strach w pewnych momentach.

We Frankfurcie mieszkała Leona razem ze swoim mężem Wolfgangiem. Ich małżeństwo tylko z pozoru jest idealne. Prawda jest taka, że mężczyzna jest ogromnie zirytowany swoją żoną i od pół roku ma romans z koleżanką z pracy. Leona nie umie się otrząsnąć z szoku, jakim jest samobójstwo kobiety, którego była świadkiem. Eve, czyli samobójczyni miała za sobą ciężki okres, bo rozwiodła się z mężem kilka lat temu i od tego czasu cierpiała na depresję, a jej ostatnimi słowami były „W końcu mu się udało”. Leona, do której były zwrócone te słowa zastanawia się czy tym tajemniczym kimś był były mąż Eve i jaki miał ku temu motyw, bo w końcu byli po rozwodzie. Czy może był ktoś trzeci? W życiu Leony pojawia się nowy mężczyzna, który jest bratem Eve. Para zakochuje się w sobie, co wywołuje niezadowolenie w byłym mężu głównej bohaterki Wolfgangu. Początkowo wydaje się zazdrosny, ale gdy trzeba się bliżej temu przyjrzeć jego obiekcje, co do Roberta zaczynają być uzasadnione.

Jednocześnie w tym samym czasie w okolicach Augsburga zostają odnalezione zwłoki kobiety, która zniknęła ze wsi kilka lat temu pod pretekstem zwiedzania świata. Anna, czyli zamordowana kobieta w wieku osiemnastu lat opuściła rodzinny dom i zostawiła młodszą siostrę z chorym na raka płuc ojcem, który miał również przerzuty na jelita i żołądek. Dlaczego zginęła? Co robiła tak blisko domu skoro uciekła kilka lat temu? Dlaczego do niego wracała? I najważniejsze: kto ją zabił?

W swojej powieści kolejny raz autorka poruszyła problem psychiczny człowieka, który w dzieciństwie nie miał dobrych relacji z rodzicami. Z pewnością oddać należy, że Link dobrze wczuła się w postać osoby chorej psychicznie, bo gdy mamy fragmenty pisane z perspektywy samego Wielbiciela to czyta się je zdecydowanie najlepiej.

Dwie rzeczy mnie lekko zirytowały. Pierwsza: nie znam niemieckiego prawa, ale autorka powinna wiedzieć, że nie jeździ się po pijaku i nie proponuje osobie prowadzącej samochodu alkoholu! Druga: kobieta mająca czterdzieści jeden lat chce kiedyś założyć rodzinę, mieć dzieci i wnuki. Moje pytanie: kiedy?! Za rok? Dwa? Dziesięć?! Przecież jej jajniki są już prawie na emeryturze!

To, co zauważyłam po dwóch książkach Link to fakt, że jej powieści bardzo powoli się rozkręcają. Po dwustu stronach dwa wątki dalej się nie połączyły, ale mimo to wcale nie czułam się znudzona, a wręcz przeciwnie byłam coraz mocniej zaintrygowana. Link posiada talent do budowania napięcia i wciągania stylem czytelnika.

Jak bardzo podziałała na mnie książka niech świadczy fakt, że po pierwszej w nocy, gdy czytałam połowę drugiej części książki bałam się pójść do toalety i zapalałam wszystkie światła, jakie miałam na swojej drodze, bo bałam się, że ktoś za mną idzie. Jeśli tylko lubujecie się w takich klimatach to ta pozycja z pewnością przypadnie Wam do gustu.
 „To właśnie takich rzeczy – pomyślała – tak strasznie brakuje. Takich rzeczy, których zwykle człowiek nawet nie zauważa, póki je ma, ale potem wie, że to właśnie one sprawiały, że dobrze się czuł we własnym życiu.” ~ Charlotte Link, Wielbiciel, Katowice 2014, s. 65.
OCENA:  9/10

Wszędzie widzę zapowiedź nadchodzących świąt... Bleh... 

[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 27 listopada 2017

463. Czy pierścionek od Tiffany'ego może sam sobie wybrać kobietę?

AUTOR: Melissa Hill
TYTUŁ ORYGINALNY: Something From Tiffany’s
TŁUMACZ: Alina Siewior-Kuś
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Prószyński i S-ka
OPIS
Na Piątej Alei w Nowym Jorku dwaj mężczyźni kupują prezenty dla kobiet, które kochają. Gary dla swojej dziewczyny Rachel wybrał bransoletkę. Tymczasem Ethan szuka czegoś bardziej wyjątkowego – pierścionka zaręczynowego dla pierwszej kobiety, która uczyniła go szczęśliwym po śmierci żony. Kiedy jednak w zamieszaniu dochodzi do zamiany prezentów i do Rachel trafia pierścionek Ethana, drogi obu par się krzyżują. Ethan próbuje odzyskać pierścionek, by wręczyć go kobiecie, dla której był przeznaczony. Przekonuje się jednak, że to bardziej skomplikowane, niż przypuszczał. Czyżby los miał własne pomysły na życie obu par? [1]

RECENZJA
Książki, których akcja toczy się w święta Bożego Narodzenia chciałam czytać dopiero w grudniu, bo gdy widzę świąteczne reklamy w połowie listopada to dostaję białej gorączki. Jednak właśnie w ten magiczny czas zabiera nas autorka „Prezentu od Tiffany’ego”.

Wyobraźcie sobie śnieg, święta Bożego Narodzenia w Nowym Jorku. Dwóch mężczyzn na Piątej Alei w tym mieście kupuje prezenty dla swoich kobiet. Gary bransoletkę dla Rachel, a Ethan pierścionek zaręczynowy dla Vanessy. W wyniku wypadku, jakiemu ulega Gary mężczyźni łapią nie swoje prezenty, a gdy wychodzi to na jaw rozpoczyna się próba odzyskania tych właściwych, a to z kolei prowadzi do serii zdarzeń, których żaden by się nie spodziewał. A zakończenie może być zaskoczeniem dla wszystkich osób zamieszanych w to całe zdarzenie.

Czasami jest tak, że o bohaterach nie bardzo umiem się rozpisać. Tu jest inaczej. Pani Hill stworzyła ich bardzo dużo, ale skupiłabym się na głównych. Ethan jest wdowcem i ma ośmioletnią córkę Daisy – bardzo kochane dziecko i najlepsza postać całej powieści! Spotyka się z Vanessą i jest w niej tak bardzo zakochany, że nie widzi tego, że kobieta wcale nie ma instynktu macierzyńskiego, a na dodatek nie żywi do małej Daisy żadnych wielkich uczuć jak cały czas deklaruje. Nie znaczy to, że jest macochą z piekła rodem, ale uważa, że Daisy jest już tak dużym dzieckiem, że nie trzeba jej czytać przed snem. Kobiet chce, aby dziewczynka jak najszybciej dorosła. Ethan jest przekonany, że gdy tylko pobierze się z Vanessą staną się idealną rodziną, jaką kiedyś tworzył z Jane, czyli matką Daisy. Jest tylko facetem, więc usprawiedliwiam jego tok myślenia.

Druga para to Gary i Rachel. Poznali się, gdy mężczyzna remontował lokal gastronomiczny Rachel i jej przyjaciółki Terri. Mężczyzna jest niestety egoistką do kwadratu. Tylko brałby od Rachel, ale nic nie dawał od siebie. Z kolei ona jest zaślepiona miłością do niego tak mocno, że tego nie widzi. Nawet, gdy z musu się jej oświadczył, to zaczął analizować i szukać plusów całej tej sytuacji. Przez głowę mu nie przeszło nawet to, że powinien w jakiś sposób szukać rozwiązania tego problemu, a na dodatek, że jeśli wszystko wyjdzie na jaw (a on liczył, że nic takiego nie będzie miało miejsca) zrani mocno Rachel, która zawsze chciała dla niego jak najlepiej. Jednym słowem: dupek!

„Prezent od Tiffany’ego” to ciepła pozycja na zimowe wieczory, a nawet na jeden wieczór, bo czyta się ją bardzo sprawnie. Kartki same się przewracają. Jak to w komedii romantycznej bywa części wydarzeń możemy się spodziewać. Mimo to zakończenie trochę mnie zaskoczyło, ale też rozczarowało. Nie było złe, ale było takie trochę wyciągnięte z kapelusza. Rozumiem, że autorka chciała wyjść poza utarty schemat tego rodzaju książek, ale gdzieś moim zdaniem to nie wyszło. Nie do końca było to w moim guście po prostu.

Melissa Hill stworzyła ciekawych bohaterów, którzy wzbudzają w nas tak wielkie emocje, że chętnie wyciągnęlibyśmy ich z kart powieści i potrząsnęli nimi, aby otworzyli oczy. Autorka dała również przyjemną atmosferę, że żałuję, że nie mam więcej jej książek w swojej biblioteczce, bo chętnie bym jeszcze po nie sięgnęła.

OCENA:  6/10

Cześć! 
Witamy Was po długiej przerwie. Przyznam, że przydała się nam ona, bo pozwoliła trochę podgonić z recenzjami. Od dziś jednak wracamy na nowo i znowu możecie czytać nasze wypociny. 
Pozdrawiam,
Lady Spark


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 30 października 2017

457. Trudny "Wybór", który mnie nie zachwycił

AUTOR: Nicolas Sparks  
TYTUŁ ORYGINALNY: The Choice
TŁUMACZ: Elżbieta Zychowicz   
ROK WYDANIA: 2011
WYDAWNICTWO:  Albatros A.Kuryłowicz

OPIS
Travis Parker nigdy nie pragnął więcej, niż miał. Wystarczało mu spokojne życie, praca w zawodzie weterynarza, lojalni przyjaciele i wymarzony domek. Aby uniknąć komplikacji, nie angażował się w poważne związki z kobietami. Czy nowa sąsiadka – lekarka Gabby Hollan, bynajmniej nie femme fatale, ale kobieta pragnąca spełnić się jako żona i matka, od kilu lat związana z jednym mężczyzną – coś odmieni w jego życiu? Gabby odrzuca próby nawiązania bliższej znajomości. Wydawałoby się, że pomiędzy tym dwojgiem nic nie może się wydarzyć, a jednak… Z dnia na dzień ich znajomość przekształca się w coś, co zakończy się albo wielkim szczęściem, albo równie wielkim dramatem. [1]

RECENZJA
Przyznam, że do książek Nicolasa Sparksa dalej podchodzę z dużą dozą nieufności. Sama nie wiem, czego się po nim spodziewać. Można to określić tak, że ja i Sparks cały czas się badamy i próbujemy wzajemnie przekonać. „Wybór” miał ciekawy opis i to mnie w nim przyciągnęło, bo akurat ja posiadam wydanie z mniej zachęcająca okładką jak dla mnie.

Książka zaczyna się od prologu, w którym poznajemy Travisa Parkera, który jedzie do szpitala z kwiatami by przeprosić swoją żoną. Przy okazji wspomina swoje dzieciństwo, gdy ojciec opowiadał mu straszne historie. Jednocześnie Travis zaczyna myśleć o przeszłości w swoim życiu jak poznał swoją żonę. Potem zaczyna się pierwsza część, gdzie cofamy się w czasie o jedenaście lat i poznajemy jego o raz jego sąsiadkę Gabby Holland. Początkowo ich znajomość nie zaczyna się dobrze, bo Gabby podejrzewa, że bokser Travisa jest winny temu, że jej suczka Molly jest szczenna. Od tego momentu zaczyna się ich znajomość, która może prowadzić, albo do wiecznego szczęścia, albo do ogromnej tragedii.

Jeśli zaś chodzi o bohaterów to ogromnie irytowała mnie Gabby. Jej obsesja na punkcie tego, że Travis z nią flirtuje i przy rozmowie o imprezie z jego znajomymi ciągłe podkreślanie, że ma chłopaka, którego kocha było infantylne. W propozycji mężczyzny nie było nic dwuznacznego, a ona dla mnie po prostu przez chwilę była przeświadczona o swojej atrakcyjności, bo normalnie jest bardzo nieśmiała i nijaka. Ogromnie nudna postać. Travis też atrakcyjnością nie grzeszył, ale jawił się, jako ten zdecydowany i pewny siebie.

Książka jak już wspomniałam jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich dotyczy przeszłości, czyli początków znajomości Travisa i Gabby. Druga to opis po jedenastu lata, gdzie ukochana osoba musi podjąć decyzję czy uszanować wolę swojej drugiej połówki odnośnie nie podtrzymywania jej przy życiu w przypadku śpiączki. Muszę przyznać, że nie wiem jakbym postąpiła w takim wypadku. Nie wiem, jaki wybór bym podjęła. To był ten moment, kiedy współczułam tej postaci decyzji, bo czegokolwiek by nie zrobił mogłoby ją zabić psychicznie. Nie odłącznie sztucznego pożywienia i perspektywa wiecznego odwiedzania nieprzytomnej drugiej połówki w domu opieki lub też skrócenie jej życia… To decyzja, która zawsze będzie ciążyć w naszej psychice. Decyzja, od której zależy życie nie tylko ukochanej osoby, ale również najbliższych.

Według wielu to najlepsza książka Sparksa, dla mnie za to dłużyła się jak flaki z olejem. Byłam mocno tym zirytowana, bo miałam wrażenie, że nie idę z powieścią do przodu, a po prostu stoję w miejscu. To, co zauważyłam w powieściach Sparksa to fakt, że są one strasznie nierówne. „Wybór” czytało mi się dobrze przez pierwsze pięćdziesiąt stron i całą drugą część. Może, dlatego podchodzę bardzo sceptycznie do wszystkich jego pozycji. Ta nie jest zła, ale z pewnością wcale nie jest najlepsza. Uważam ją za słabego średniaka.

 „O ile rozmowa jest tekstem, o tyle śmiech jest muzyką, sprawiającą, że wspólnie spędzony czas staje się melodią, której można słuchać w kółko i nigdy nie straci uroku.” ~ Nicolas Sparks, Wybór, Warszawa 2011, s. 213.
OCENA:  4/10
Witajcie! 
Ja dziś mam tydzień nocnej zmiany, więc chcę już sobotę rano, gdy będę wracała do domu! 


[1] Opis pochodzi z okładki książki

poniedziałek, 16 października 2017

452. Gdy główna bohaterka nie jest główną bohaterką...

AUTOR: Sarah Addison Allen
TYTUŁ ORYGINALNY: The Girl Who Chased the Moon
TŁUMACZ: Julia Gryzczuk – Wicijowska   
ROK WYDANIA: 2012
WYDAWNICTWO:  Znak

OPIS
Podobno przyznałaś się, że pieczesz ciasta z mojego powodu…
Julia zawsze zostawia szeroko otwarte okna, kiedy piecze ciasta. Słodkim aromatem wypieków stara się zagłuszyć cierpkie wspomnienie nieszczęśliwej miłości i przyciągnąć do domu przyjaciół.
Sawyer już od dziecka nie mógł się oprzeć magii tego zapachu. Powiedział o tym Julii tuż przed tym, jak złamał jej serce. Teraz pragnie ją odzyskać. Czy to możliwe, że ciasta, które Julia wciąż piecze, świadczą, że ona nadal pamięta o tym, co ich łączyło?
Czy to uczucie da się jeszcze ocalić? [1]

RECENZJA
Ogólnie staram się nie zgrzytać zębami, gdy tytuł książki nijak się ma do jej treści. Jednak „Słodki świat Julii” to już drugi przypadek, który mnie zirytował mnie w tej kwestii. Naprawdę sądziłam, że główną bohaterką będzie Julia, a nie jakaś nastolatka Emily, o której w opisie nie ma nawet wzmianki. To w sumie bym jeszcze przeżyła, ale ten wątek fantastyczny to już lekka przesada.

Dobrze skoro już wiemy, że mamy dwie główne bohaterki to teraz naskrobię Wam kilka słów o każdej z nich. Emily jest siedemnastoletnią dziewczyną, która przyjeżdża do domu swojego nigdy niepoznanego dziadka. Jej matka zmarła i ze swoim ojcem ostatni raz widziała się dwadzieścia lat wcześniej. To, dlaczego Dulce zerwała kontakt z Vancem jest bardzo skomplikowaną sprawą, której wyjaśnienie mnie rozczarowało. Naprawdę było to mocno naciągane. Julia jest jej sąsiadką, którą wita upieczonym przez siebie jabłecznikiem. Julia przejęła restauracje po swoim zmarłym ojcu. Niechętnie wróciła do rodzinnego miasta, gdzie dalej mieszka jej była miłość Sawyer. Byli kochankowie spotykają się już w pierwszym rozdziale i odniosłam wrażenie, że mężczyzna jest po prostu pewniaczkiem, który zostawił nastoletnią Julię w ciąży i szybko wrócił do swojego poprzedniego życia i złamał kobiecie serce. Co stało się z dzieckiem Julii i Sawyere niech zostanie tajemnicą, bo nie mogę zbytnio zdradzać fabuły.

Akcja całej powieści dzieje się Mullaby małym miasteczku na Północy. Emily poznaje Wina Coffey’a, który należy do rodziny, która nienawidzi jej matki za to, co zrobiła jego wujowi. Dziewczyna nic nie wiedziała o przeszłości kobiety, ponieważ ta nic jej nie powiedziała. Ogólnie Emily stopniowo dowiaduje się o przeszłości swojej mamy, którą do tej pory uważała za kobietę idealną, bo stworzyła szkołę, która nie tolerowała tworzenia się szkolnych elit. Między Emily i Winem tworzy się pewnego rodzaju więź, którą zarówno rodzice chłopaka jak i dziadek dziewczyny chcą przerwać żeby nie doszło do tragedii. Jednak młodzi spotykają się. Oczywiście pojawia się również wątek Julii i Sawyera, ale moim zdaniem został on przytłoczony przez ten, który powinien być pobocznym.

Uwierzcie mi, że pewnie nie czepiałabym się tego, że tytuł nie pasuje, gdyby w całej powieści nie pojawił się pewien lekko fantastyczny wątek. Otóż ze swojego okna Emily widzi pewne dziwne światło. Mieszkańcy są przekonani, że to duchy osób, które kilkadziesiąt lat wcześniej zginęły w pożarze. Prawda jest jednak zupełnie inna. Ta prawda mnie rozbiła na łopatki i poczułam się zawiedziona. Bo autorka wszystko była w stanie wyjaśnić, nawet wybielić osobę, której moim zdaniem nie powinna. Lepiej by było, gdyby nie wykrystalizowała tej kobiety. Naprawdę! No i ten wątek… Nie pasował kompletnie do całej otoczki tej książki. Był przesadzony.

Dodatkowo brakowało mi zapachów ciast. W komentarzach odnośnie tej pozycji byłam przekonywana, że od razu będę miała ochotę na ciasto i powinnam zacząć je piec. Cóż… Wielkiej chęci nie miałam, a w zasadzie wcale nie miałam.

Czuję się rozczarowana. Książka zapowiadała się obiecująco, bo po pierwszym rozdziale już w niej siedziałam i dawałam jej na wstępie siedem punktów, jeśli nie osiem, ale no kolejne strony zbliżające mnie do zakończenia mnie rozwaliły na łopatki. Dlaczego autorzy psują coś, co zaczęło się dobrze? Chcą ulepszyć, a tylko przedobrzają. Średnio i słabo. A mogło być tak dobrze. Ehhhhh… 

„ - Nie tęskniłaś za domem?
- Cały czas tęsknię – odparła, nadal na niego nie patrząc. – Tylko nie wiem, gdzie on jest. Gdzieś tam czeka na mnie szczęście, wiem to. Czasami nawet to czuję. Ale to jak pogoń za księżycem – jak tylko wydaje ci się, że go złapałeś, znika za horyzontem. Rozpaczasz i próbujesz się pozbierać, ale to cholerstwo powraca następnej nocy, znowu dając ci nadzieję, że zdołasz je złapać.”~ Sarah Addison Allen, Słodki świat Julii, Kraków 2012, s. 232.
OCENA: 5/10

[1] Opis pochodzi z okładki książki