"Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła." ~ W. Szymborska

środa, 22 maja 2019

560. "Słów kilka Wróbelka Ćwirka" o twórczości Camilli Lackberg


Zgodnie z obietnicą po zakończeniu publikacji recenzji serii kryminalnej Camilli Lackberg postanowiłam zapoczątkować nowy cykl, który nazwałam "Słów kilka Wróbelka Ćwirka" :). 

Jak wiecie jestem ogromną fanką serii "Millennium" Stiega Larssona. Z dużym rozczarowaniem
przyjęłam fakt, że postanowiono pisać kontynuację. Osobiście mnie ona nie porwała i kolejnych tomów raczej nie mam w planach czytać. Jednak to nie o tym ma być ten post. Camilla Lackberg jego przedstawiana jako następca Stiega Larssona. Nie mogłam wydawać opinii, gdy nie przeczytałam żadnej książki, ale teraz kiedy jestem już po dziesięciu jej powieściach myślę, że jestem w stanie wyrazić swoją opinię i dokładnie ją uzasadnić.

Otóż nie zgadzam się z wydawnictwami, że jest ona następcą twórcy "Millennium". Jest to określenie, które nie pasuje do tej autorki. Camilla Lackberg ma pomysł na swoje powieści i umie je napisać poprawnie, ale nie na tyle, aby stawiać ją na równi lub tuż za Larrsonem.

Dlaczego? - zapyta mnie wiele osób, wśród, których pewnie znajdą się również fani autorki. Pragnę zaznaczyć tylko, że jest to moja prywatna opinia i nikogo w niej nie obrażam. Pamiętajcie też, że o to chodzi w świecie książki, że mamy różne gusta, ale nie obrażamy innych, którzy sądzą inaczej ;).

Już śpieszę Wam z odpowiedzią na to pytanie. Jak już wspomniałam wyżej: Camilla Lackberg ma dobre pomysły na swoje powieści. Ma poprawne pióro, ale nie dopracowane. W kilku jej książkach, które przeczytałam dostrzegłam potencjał w pomyśle, w intrydze kryminalnej. W końcu na tym - jako czytelnik - skupiałam się najbardziej, bo w końcu książki Lackberg są określane jako kryminalne. Patrząc również na gabaryty jej powieści należy się spodziewać bardzo dobrej, jeśli nie rewelacyjnej pozycji. Głównym mankamentem jej pozycji jest, że autorka za bardzo wtrąca życie prywatne głównego śledczego Patrika do jego pracy w policji. Erika, czyli jego żona, jest pisarką biografii znanych, szwedzkich kobiet. Gdy w "Księżniczce z lodu" postanawia napisać o swojej zamordowanej przyjaciółce Alice, odkrywa w sobie żyłkę do pisania powieści kryminalno - psychologicznych, co powoduje, że przy każdej sprawie, dziwnym trafem zawsze pisze o innej historii z przeszłości, która wiąże się w jakiś sposób z teraźniejszą zbrodnią. To powoduje, że śledztwa jej i Patrika splatają się, a ona zawsze wychodzi na tę osobę bystrzejszą i lepszą, a miejscowa policja jest pokazana jako ta gorszego sortu, która nie umie rozwiązać najprostszej sprawy, kto przejechał kota. To naprawdę irytowało, gdy Erika wtrącała się w śledztwo, jeździła na miejsce zbrodni i pakowała się w niebezpieczeństwo. Myślę, że bez Eriki, albo bez jej nadmiernego wywyższania powieści miałyby więcej w sobie.

Na dodatek irytował mnie brak konsekwencji, który serwowała nam Camilla Lackberg. Otóż szefem komisariatu, gdzie pracuje Patrik jest niejaki Bertil Melberg, którego przeniesiono do Fjallbacki z Goteborga z powodu poważnego błędu. Bertil jest przekonany o swojej wielkości, o tym, że ukarany został z powodu zazdrości przełożonych i ich obawy o swoje stołki. Melberg uwielbia medialny szum i najchętniej cały czas urządzałby konferencje prasowe dotyczące spraw, które dzieją się w jego komisariacie. W trakcie dziesięciu tomów popełnił tyle błędów, które szkodziły śledztwom, że już przy czwartym tomie, ktoś z góry powinien się nim zająć i zwolnić czy coś. Nie wierzę, że w realnym świecie nikt by na to nie zwrócił uwagi, zwłaszcza, że Bertil nie miał pleców w postaci nikogo wysoko postawionego. Gdyby miał to by go nie zdegredowali do Fjallbacki, prawda? I chociaż autorka ukazywała brak jego kompetencji i kompletną ignorancję dla przepisów praca to nic nikt z tym nie robił. To naprawdę irytowało.

Odniosłam wrażenie, że Camilla Lackberg po prostu zadowoliła się odniesionym sukcesem i nie widzi potrzeby poprawiania swojego warsztatu literackiego. Wiem, że stać ją na więcej, bo "Kamieniarz" mi to pokazał. Jest to jedyna z jej książek, którą pamiętam od początku do końca. W pozostałych mam lekkie przebłyski, ale np. przy "Ofierze losu" kompletnie nie jestem wstanie przypomnieć sobie fabuły, co jest smutne, bo pokazuje tylko jak bardzo zła to była książka.

Podsumowując: "Saga o Fjallbace", jest poprawna, ale nie wybitna i nigdy nie zgodzę się z tym, że jest to następczyni Stiega Larssona. Tych dwoje dzieli ogromna przepaść. Oczywiście seria Camilli Lackberg będzie miała swoich fanów i nie ma w tym nic złego, bo nie są to powieści złe, one są po prostu poprawne i nic więcej. Dla mnie to ogromne rozczarowanie lat 2018 i 2019. Z każdą kolejną powieścią liczyłam, że będzie lepiej, ale albo było tak samo lub też gorzej. Z pewnością nie sięgnę po najnowsze czyli "Złotą klatkę", ale nie wiem też czy jeśli wyjdą kolejne tomy "Sagi o Fjallbace" czy i one wpadną w moje ręce. Czas pokaże.

Ogólna ocena serii: 6!
Kaznodzieja - 5/10
Kamieniarz - 8/10
Ofiara losu - 5/10
Niemiecki bękart - 6/10
Syrenka - 7/10
Czarownica - 6/10